"Sprzedaj mieszkanie i zamieszkaj z nami" - powiedział mój syn tak spokojnie, jakby proponował wspólną niedzielną kawę, a nie wywracał mi życie do góry nogami.

Stał w przedpokoju, jeszcze w kurtce, z tym swoim dorosłym, pewnym siebie spojrzeniem, którego nauczył się w banku i na zebraniach wspólnoty mieszkaniowej. Mówił szybko, logicznie, punkt po punkcie.

Że będzie mi wygodniej. Że nie będę sama. Że po co mi tyle metrów, skoro "i tak większość czasu spędzam w kuchni". Kiwałam głową, choć w środku coś zaczynało się we mnie buntować, jakby ktoś obcy dotykał rzeczy, które są tylko moje.

"Pomyśl o przyszłości" - dodał, nalewając sobie herbaty, jakby był u siebie. "O zdrowiu. O tym, że my będziemy blisko". Uśmiechnął się, a ja nagle zobaczyłam w tym uśmiechu coś obcego, wyuczonego, zbyt gładkiego.

Zaczęłam się tłumaczyć, że to mieszkanie to całe moje życie. Że tu został zapach mojego męża, ślady dziecięcych rąk na ścianach, lata ciszy i przyzwyczajeń. Przerwał mi machnięciem ręki. "Mamo, nie dramatyzuj. To tylko mury".

I wtedy powiedział kolejne zdanie. Jedno, krótkie. Takie, po którym zrozumiałam, że w tej rozmowie nigdy nie chodziło o mnie.

"Bo to mieszkanie to kapitał" - powiedział, patrząc w telefon, jakby czytał pogodę. "Sprzedamy je teraz, ceny są dobre. Spłacimy kredyt. Zostanie coś na zapas. Dla wszystkich".

Dla wszystkich. To słowo zawisło między nami ciężkie jak kurz w starym pokoju. Nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość: jego pośpiech, nerwowe ruchy, to, że nawet nie zapytał, czy ja w ogóle chcę z nimi mieszkać. Plan był gotowy, dopięty, przemyślany. Beze mnie.

Usiadłam przy stole i poczułam, że robi mi się zimno, choć kaloryfery grzały jak zawsze. Przez chwilę widziałam siebie sprzed trzydziestu lat, gdy wprowadzałam się do tego mieszkania z noworodkiem na rękach i wiarą, że to będzie mój bezpieczny port. Przez kolejne lata wszystko kręciło się wokół dzieci: szkoła, obiady, zeszyty, choroby. Zawsze było "dla nich". A teraz znów słyszałam to samo, tylko w innym opakowaniu.

"Przecież będziesz z nami" - ciągnął syn. "Nie będziesz musiała się niczym martwić. Pomożesz z wnukami. Ola się ucieszy, zawsze mówiła, że przydałaby się pomoc".

Nie zapytał, czy ja mam jeszcze siłę pomagać. Nie zapytał, czego ja chcę. Mówił o mnie, ale beze mnie, jak o meblu, który można przestawić, jeśli będzie wygodniej. Poprosiłam go o czas do namysłu. Westchnął, ciężko, teatralnie. "Mamo, czasu nie ma. Bank nie poczeka. Albo teraz, albo będziemy się dusić do końca życia".

To "będziemy" znów zabrzmiało fałszywie. Wiedziałam już, że on myśli o sobie, o swoich ratach, o swojej wizji dorosłości, która nagle okazała się droższa, niż planował. A ja byłam dla niego rozwiązaniem. Najprostszym.

Gdy wyszedł, zamknęłam drzwi na dwa zamki. Usiadłam na kanapie i przez długi czas patrzyłam w jeden punkt. Cisza tego mieszkania zawsze mnie uspokajała, ale tym razem była jak echo pytania: czy jeszcze mam prawo do własnego życia, czy już tylko do bycia "wsparciem"?

Następnego dnia zadzwoniła synowa. Słodkim głosem mówiła o tym, jak cudownie byłoby mieszkać razem, jak dzieci "tak się do mnie garną". W jej słowach też słyszałam pośpiech. I ulgę. Jakby decyzja już zapadła, a ja byłam tylko formalnością.

Zaczęłam liczyć. Po raz pierwszy od dawna usiadłam z kartką i długopisem. Emerytura, rachunki, leki. Zrozumiałam, że jeśli sprzedam mieszkanie, nie będę miała nic. Ani zabezpieczenia, ani miejsca, do którego mogłabym wrócić, gdy "wspólne mieszkanie" przestanie być takie wspólne. Znam życie. Znam konflikty, które rodzą się z drobiazgów: zbyt głośnego telewizora, nieodłożonych kubków, innego rytmu dnia.

Wieczorem syn znów przyszedł. Tym razem był mniej cierpliwy. "Rozmawiałem z doradcą. To najlepsze wyjście. Nie rozumiem, czemu robisz problem".

Spojrzałam na niego uważnie. Na mojego dorosłego syna, który nie potrafił przyznać, że sobie nie radzi. Który zamiast powiedzieć "boję się", mówił "to dla dobra rodziny".

"A jeśli nie sprzedam?" - zapytałam cicho.

Zamilkł. Na moment. A potem jego twarz stwardniała. "To znaczy, że myślisz tylko o sobie".

Te słowa zabolały bardziej niż wszystko inne. Bo całe życie myślałam przede wszystkim o nim. O nich. I nagle zostałam nazwana egoistką, bo chciałam zachować dach nad głową.

Tej nocy nie spałam. Chodziłam po mieszkaniu, dotykałam ścian, otwierałam szafy, jakbym żegnała się z kimś bliskim. A rano podjęłam decyzję. Zadzwoniłam do notariusza, ale nie po to, by sprzedać mieszkanie. Zapisałam je w testamencie. Z jasnym warunkiem.

Kiedy powiedziałam synowi, że nie sprzedam, krzyczał. Mówił o niewdzięczności, o tym, że "zostawię ich na lodzie". A ja po raz pierwszy w życiu nie tłumaczyłam się długo. Powiedziałam tylko: "To moje życie. I moje bezpieczeństwo".

Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że po sześćdziesiątce człowiek ma prawo do spokoju. Nawet jeśli musi go obronić przed własnym dzieckiem.