Położyłam dziecko spać i włączyłam komputer męża. Zrobiłam to bez nerwów, bez podejrzeń, bardziej z wygody niż z ciekawości.

Mój laptop był rozładowany, a on zawsze powtarzał, że „nie ma tam nic prywatnego”. Hasło znałam od lat - imię naszego psa i cztery cyfry, których nigdy nie zmieniał.

W salonie było cicho. Z kuchni dochodził jeszcze zapach herbaty, na podłodze leżała porzucona dziecięca skarpetka. Kliknęłam ikonę przeglądarki, potem pocztę. Komputer zalogował się sam, jakby czekał.

Pierwsza wiadomość była otwarta. Nie do mnie.

„Tęsknię. Ten weekend był za krótki” - przeczytałam i przez chwilę myślałam, że to jakaś reklama, źle sformatowany spam. Dopiero po sekundzie zauważyłam imię nadawcę. Kobiece. Obce. A pod nim odpowiedź mojego męża, wysłana godzinę wcześniej, kiedy siedział obok mnie na kanapie i oglądał wiadomości.

„Ja też. Już liczę dni.”

Serce zaczęło mi bić szybciej, ale ręce miałam dziwnie spokojne. Przewijałam dalej, jakby to był cudzy ekran, cudze życie. Zdjęcia, emotikony, plany. Daty. Hotele. Zdania pisane nocą, wtedy gdy mówił, że „idzie tylko do łazienki”.

W pokoju obok spało nasze dziecko. Oddychało równo, ufnie. A ja siedziałam przed komputerem i po raz pierwszy pomyślałam, że nie znam człowieka, z którym dzielę łóżko.

Przewijałam dalej, coraz szybciej, jakby od tempa zależało to, czy to wszystko okaże się prawdą. Każda kolejna linijka była jak małe uderzenie - nie na tyle mocne, by od razu powalić, ale wystarczające, żeby odebrać oddech.

„Kiedy znowu będziemy sami?”, „Myślałam o tobie całą noc”, „Szkoda, że nie mogę zasnąć obok ciebie”. Zdania, które przez lata należały do mnie, teraz miały inny adres.

Zatrzymałam się przy jednym mailu sprzed trzech miesięcy. Data nie była przypadkowa. Pamiętałam ten dzień dokładnie, bo wrócił wtedy późno i tłumaczył się korkami. Zrobiłam mu herbatę, siedzieliśmy razem w kuchni, opowiadał coś o pracy, a ja narzekałam, że dziecko znowu nie chce spać. W tym samym czasie pisał do niej, że „już tęskni” i że „najgorsze są powroty do domu”.

Zamknęłam oczy. Wciąż słyszałam jego głos z tamtego wieczoru, zwyczajny, spokojny, zupełnie niepasujący do słów na ekranie. Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale bez hałasu, bez łez. Jakby ktoś bardzo powoli rozrywał materiał, centymetr po centymetrze.

Wstałam i zajrzałam do pokoju dziecka. Spało na boku, z ręką pod policzkiem, dokładnie tak jak on, gdy był zmęczony. Poprawiłam koc, zatrzymałam się na chwilę dłużej, niż trzeba. Oddychałam razem z nim, próbując zapamiętać ten spokój, jakby za chwilę miał zniknąć.

Wróciłam do komputera. Teraz już czytałam wszystko. Bez wybierania, bez oszczędzania siebie. Były tam rozmowy o przyszłości, o wspólnym wyjeździe, o „trudnej sytuacji w domu”. O mnie. Pisali o mnie tak, jakby mnie już nie było, jakbym była tylko problemem do rozwiązania, przeszkodą między nimi.

Najbardziej zabolało jedno zdanie: „Jeszcze trochę i wszystko się ułoży”. Nie było w nim wahania ani poczucia winy. Była pewność.

Usłyszałam przekręcający się klucz w drzwiach. Zamknęłam laptopa odruchowo, zbyt szybko, jak dziecko przyłapane na czymś zakazanym, chociaż to nie ja robiłam coś złego. Wszedł, zmęczony, z kurtką przerzuconą przez ramię.

- Śpisz jeszcze? - zapytał półgłosem.

- Już położyłam - odpowiedziałam i zdziwiło mnie, że mój głos brzmi normalnie.

Spojrzał na mnie krótko, jakby sprawdzał, czy wszystko w porządku. Uśmiechnął się, pochylił, pocałował mnie w czoło. Ten sam gest, który powtarzał od lat. Znałam go na pamięć. Teraz poczułam tylko chłód.

- Idę pod prysznic - powiedział i zniknął w łazience.

Siedziałam nieruchomo, słuchając szumu wody. W głowie miałam pustkę, a jednocześnie zbyt wiele obrazów. Jego palce na klawiaturze. Jej imię na ekranie. Zdania, których nie powinnam była czytać, a które już na zawsze we mnie zostaną.

Nie zapytałam go tego wieczoru o nic. Nie zrobiłam awantury, nie płakałam. Przygotowałam kolację, jak zwykle. Jadł, opowiadał coś o pracy, a ja kiwałam głową, myśląc tylko o tym, jak łatwo jest kłamać, kiedy ktoś chce wierzyć.

W nocy leżałam obok niego, słysząc jego równy oddech. Przypomniałam sobie wszystkie momenty, kiedy czułam, że jest daleko, ale tłumaczyłam to zmęczeniem, stresem, dorosłym życiem. Teraz wiedziałam, że ta odległość miała imię.

Przez kolejne dni udawałam, że nic się nie stało. Odbierałam dziecko z przedszkola, robiłam zakupy, śmiałam się w odpowiednich momentach. On też nic nie zauważał, albo nie chciał zauważyć. Czasem zerkał na telefon z tym samym skupieniem, z jakim wcześniej patrzył na mnie.

Wieczorami, gdy zasypiał, znowu włączałam jego komputer. Czytałam dalej, jakby to była jakaś dziwna forma przygotowania, jakby każde kolejne zdanie miało mnie uodpornić. Ale nie uodparniało. Zamiast tego uczyłam się nowej wersji mojego małżeństwa, takiej, w której byłam tylko tłem.

Najgorsze przyszło, gdy trafiłam na rozmowę o dziecku. „Nie wiem, czy dam radę odejść”, pisał. „Teraz to już nie takie proste”. Nie było tam miłości, tylko kalkulacja. Jakbyśmy byli projektem, który wymknął się spod kontroli.

Zamknęłam laptopa i rozpłakałam się po raz pierwszy. Cicho, żeby nikt nie usłyszał. Płakałam nad tym, co straciłam, zanim jeszcze zdążyłam się z tym pożegnać. Nad kobietą, którą byłam, zanim zaczęłam czytać cudze wiadomości.

Nie wiem jeszcze, co zrobię. Każdego dnia budzę się z tą samą myślą i każdego dnia odkładam decyzję na później. Patrzę na niego przy śniadaniu, na nasze dziecko bawiące się na podłodze i myślę o tej pierwszej wiadomości, którą zobaczyłam. O tym jednym zdaniu, które nie było do mnie, a które zmieniło wszystko.

Bo są słowa, których nie da się „odczytać i zapomnieć”. One zostają. I powoli, bez pośpiechu, zmieniają życie w coś zupełnie innego.