Wzięłam jego kurtkę, bo zrobiło się zimno. Wyszłam tylko na chwilę na balkon, bez planu, bez myślenia, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Kurtka wisiała na oparciu krzesła, jeszcze ciepła, pachniała nim i powietrzem z zewnątrz.
Wsadziłam ręce do kieszeni i wtedy poczułam papier. Najpierw paragon. Cienki, złożony na pół, lekko pognieciony. Jubiler. Nazwa sklepu nic mi nie mówiła, ale data była wczorajsza. Godzina też. Dokładnie ta, o której pisał mi, że "utknął w pracy" i wróci później.
Przez moment stałam tak bez ruchu, z kartką w palcach, jakby to była pomyłka. Jakby ktoś inny włożył ją do tej kurtki. Potem wyciągnęłam coś jeszcze. Małą karteczkę, zapisaną odręcznie.
"Dziękuję za wczoraj".
Pismo było kobiece. Starannie zaokrąglone litery, żadnego pośpiechu. Nie było podpisu. Nie musiał być.
Z balkonu dochodził chłód, z mieszkania ciepłe światło. Gdzieś w środku on rozmawiał przez telefon, śmiał się cicho. A ja trzymałam w ręku dowód, że wczorajszy wieczór należał do kogoś zupełnie innego, niż myślałam.
Zsunęłam kurtkę z ramion i wróciłam do środka. Położyłam ją na krześle tak, jak wisiała wcześniej, jakby nic się nie wydarzyło. Paragon i karteczkę wsunęłam do kieszeni swetra. Ręce miałam zimne, ale to nie było od balkonu. Przez chwilę stałam w korytarzu, słuchając jego głosu z salonu. Rozmawiał z kimś swobodnie, bez napięcia. Jak człowiek, który nie ma nic do ukrycia.
Usiadłam w kuchni. Na stole stał niedopita herbata, na blacie talerz po kolacji. Zwykły wieczór. Wzięłam paragon i rozprostowałam go ostrożnie, jakby mógł się rozsypać. Złoto. Cena, która nie była "na kolczyki dla koleżanki z pracy". Znam go od lat. Wiem, kiedy kłamie, nawet jeśli robi to dobrze. Karteczkę położyłam obok. Dwa kawałki papieru, które do siebie pasowały.
Przyszedł do kuchni chwilę później. Oparł się o framugę, zapytał, czy chcę herbaty. Pokręciłam głową. Patrzył na mnie uważniej, jakby coś wyczuwał, ale jeszcze nie wiedział co.
- Zimno na balkonie? - zapytał.
- Tak - odpowiedziałam. - Wzięłam twoją kurtkę.
Nie drgnął. Uśmiechnął się nawet. A potem jego wzrok spadł na stół. Na paragon. Na karteczkę. Ten uśmiech zgasł, jakby ktoś wyłączył światło.
- To nie tak, jak myślisz - powiedział odruchowo.
Nie podniosłam głosu. Nie było potrzeby.
- Wczoraj byłeś w pracy - przypomniałam mu. - Przynajmniej tak napisałeś.
Usiadł naprzeciwko mnie. Wziął paragon do ręki, jakby mógł go wytłumaczyć samym dotykiem.
- To prezent - powiedział. - Nic więcej.
- Dla kogo? - zapytałam.
Zawahał się. Na sekundę. To wystarczyło.
- Dla kogoś, kto mówi "dziękuję za wczoraj" - dodałam.
Milczał. W tej ciszy słyszałam zegar i własny oddech. Czekałam. Nie na prawdę, tylko na to, czy będzie miał odwagę ją wypowiedzieć.
- Spotykamy się od niedawna - powiedział w końcu. - To nie ma znaczenia.
Pokiwałam głową. To zdanie powtarzało się w moim życiu zbyt często, choć nigdy wcześniej nie było skierowane do mnie.
- Ma znaczenie - odpowiedziałam. - Dla mnie ma.
Zaczął mówić. O tym, że to się "tak potoczyło", że nie planował, że nie chciał mnie zranić. O tym, że to "tylko chwila", że "już myślał, jak to zakończyć". Słuchałam, ale słowa prześlizgiwały się po mnie. Widziałam obraz wczorajszego wieczoru, którego nie było w jego opowieści: sklep jubilera, wybór, decyzję. Karteczkę napisaną bez pośpiechu.
- Wiesz, co jest najgorsze? - zapytałam, gdy skończył. - Że to nie był impuls. To był plan.
Nie zaprzeczył. Tamtej nocy spał na kanapie. Ja w sypialni, z drzwiami zamkniętymi na klucz. Nie płakałam. Leżałam i myślałam o tym, jak długo można nie zauważać cudzych śladów we własnym domu. O tym, jak łatwo przyzwyczaić się do półprawd.
Przez następne dni chodziłam jak w ciszy. On starał się być obecny, pomocny, ostrożny. Przynosił kwiaty, robił zakupy, mówił szeptem. Jakby zmiana tonu mogła zmienić sens zdarzeń. Ja pakowałam w głowie nasze wspólne lata, jedno po drugim, i sprawdzałam, które z nich są prawdziwe.
W końcu powiedziałam, że musi odejść. Nie protestował. Spakował się w godzinę. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy. Zostawił resztę, jakby to było "na chwilę".
Zostałam sama z ciszą, która była inna niż wcześniej. Cięższa, ale uczciwa. Karteczkę wyrzuciłam. Paragon schowałam do szuflady. Nie jako dowód, tylko jako przypomnienie, że są granice, których nie wolno przesuwać.
Mijały tygodnie. Dzwonił. Pisał. Najpierw codziennie, potem rzadziej. Przepraszał. Mówił, że to błąd, że zerwał kontakt, że chce wrócić. Spotkaliśmy się raz, w kawiarni. Wyglądał na zmęczonego. Mówił o pustym mieszkaniu, o tym, że wszystko przypomina mu dom.
- A mnie? - zapytałam.
- Ciebie też - odpowiedział. - Najbardziej.
Patrzyłam na niego i myślałam o paragonie, o cenie, o wyborze. O tym, że są prezenty, które kupuje się z myślą o przyszłości. I o tym, że ja nie chcę być czyjąś alternatywą.
- Nie wrócisz - powiedziałam spokojnie.
Chciał jeszcze coś dodać, ale wiedział, że to koniec rozmowy.
Wieczorem znów wyszłam na balkon. Było zimno. Założyłam własny sweter. W kieszeni nie było nic, co nie należałoby do mnie. Stałam chwilę, oddychając chłodnym powietrzem, i po raz pierwszy od dawna poczułam, że to ja wybieram, co będzie dalej.