Sprzątałam w schowku i znalazłam telefon. Leżał w pudełku po kablach, pod starym routerem, owinięty w szarą skarpetę, jakby ktoś chciał go ukryć nie tylko przed wzrokiem, ale i przed myślą.
Przez chwilę pomyślałam, że to mój dawny aparat z czasów, kiedy dzieci były małe i robiłam nimi zdjęcia na placu zabaw. Ale to nie był mój telefon. Ten był nowszy, cieńszy, z naklejką operatora, której nigdy nie widziałam.
Wzięłam go do kuchni. Na stole stał jeszcze kubek po herbacie, na podłodze leżał klocek, który rano wcisnęłam stopą, udając, że mnie nie zabolało. Z pokoju obok dobiegał spokojny oddech dzieci. Cały dom był w tej zwykłej, wieczornej ciszy, która zazwyczaj oznaczała koniec dnia.
Telefon był wyłączony. Podłączyłam go do ładowarki, tej samej, którą zawsze trzymamy w szufladzie „od wszystkiego”. Ekran rozświetlił się po kilku sekundach. Bez hasła. Bez blokady. Jakby ktoś był pewny, że nikt poza nim nigdy go nie dotknie.
Złapał zasięg niemal od razu. I wtedy zawibrował.
Przyszła wiadomość.
„Kochanie, jesteś już u nas?”
Czytałam to zdanie kilka razy, zanim dotarło do mnie, że nie ma tam pomyłki. Nie było imienia. Nie było „dzień dobry”. Tylko czułość i pewność, jakby to była rozmowa prowadzona od dawna. Jakby ktoś czekał na odpowiedź, a nie zastanawiał się, czy w ogóle ma prawo pytać.
Odłożyłam telefon na blat, jakby parzył. Przeszłam się po kuchni dwa razy, bez celu. Potem znów go wzięłam. Na górnej belce ekranu mignęły inne powiadomienia: nieodebrane połączenia. Kilka. Z tych samych numerów.
Otworzyłam skrzynkę wiadomości. Były starsze SMS-y. Krótkie, codzienne, a jednak całkowicie obce. „Kupisz chleb po drodze?” „Nie pisz teraz, on jest w domu.” „Uśmiechałam się cały dzień, bo wczoraj byłeś.” „Kiedy znowu?” Jedno zdanie kłuło najbardziej, bo brzmiało jak plan: „W weekend powiesz, że jedziesz do teściów? To przyjedź do nas w piątek.”
Do teściów. To było nasze wygodne hasło. Bezpieczna wymówka, kiedy nie chciało nam się spotkań, kiedy chcieliśmy mieć spokój. Nagle okazało się, że to hasło działało także w drugą stronę. Że było biletem wstępu do „u nas”, o którym nie miałam pojęcia.
Z pokoju dzieci dobiegł szelest. Zamarłam, jakby ktoś przyłapał mnie na kradzieży. Poszłam na palcach, zajrzałam. Spały. Jedno z ręką pod policzkiem, drugie wtulone w pluszaka. Ich oddech był równy, ufny. Poprawiłam koc, choć wcale nie był zsunięty. Potrzebowałam zrobić coś normalnego, cokolwiek.
Kiedy wróciłam do kuchni, telefon znów zawibrował. Tym razem krótsza wiadomość, jakby zniecierpliwienie.
„Hej? Jesteś?”
Wtedy zrozumiałam, że to nie jest stary sprzęt, o którym ktoś zapomniał. To było aktywne życie. Odpowiedzi, które gdzieś padały. Słowa, które ktoś pisał i ktoś na nie czekał.
Drzwi wejściowe otworzyły się pół godziny później. Usłyszałam klucz, potem jego kroki. Wszedł jak zawsze, z torbą z zakupami, z miną człowieka, który wraca do swojego domu. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył.
- Jeszcze nie śpisz? - zapytał lekko. - Myślałem, że padłaś.
Nie odpowiedziałam. Położyłam telefon na stole tak, żeby widział ekran. Wiadomość wciąż świeciła.
„Kochanie, jesteś już u nas?”
Uśmiech zniknął mu z twarzy w sekundę. Zatrzymał się w pół kroku. Torba z zakupami opadła mu ciężej, niż powinna.
- Skąd to masz? - zapytał, choć brzmiało to bardziej jak prośba, żebym powiedziała, że to pomyłka.
- Ze schowka - odpowiedziałam. - Był ukryty. W pudełku po kablach.
Patrzył na telefon, jakby to był przedmiot, którego nie poznaje, a jednocześnie zna zbyt dobrze.
- To… nie jest… - zaczął.
- Nie kłam - przerwałam mu spokojnie. - Są wiadomości. Są połączenia. Jest „u nas”.
Usiadł na krześle, jakby nagle zrobiło się za mało powietrza. Przetarł twarz dłońmi. Milczał dłużej, niż powinien ktoś niewinny.
- To głupota - powiedział w końcu. - To nic nie znaczy.
Poczułam, że śmiech chce mi wyrwać się z gardła, ale zamiast tego tylko spojrzałam na niego uważniej.
- „Kochanie” i „u nas” nic nie znaczy?
Zaczął mówić szybko. Że poznał ją przypadkiem. Że to się „wymknęło”. Że to „tylko rozmowy”, „czasem spotkanie”, „bez planów”. Że bał się rutyny, że nie chciał mnie zranić, że kocha dzieci, że kocha mnie. Słowa sypały się jak piasek, zasypując jedno pytanie: jak długo.
- Ile razy byłeś „u nich”? - zapytałam.
Zawahał się. A to zawahanie było głośniejsze niż odpowiedź.
- To nie ma znaczenia - powiedział w końcu.
- Dla mnie ma - odpowiedziałam. - Bo ja mam tylko jedno „u nas”.
Wstał, chciał podejść, dotknąć mnie, jakby dotyk mógł odsunąć to, co już zobaczyłam. Cofnęłam się odruchowo.
- Proszę cię - powiedział ciszej. - To już koniec. Zamknę to. Przysięgam.
Zamknę. Jakby to był plik na komputerze. Jakby dało się wyłączyć telefon i wrócić do mnie bez śladu.
- Wyjdź - powiedziałam.
- Ale… dzieci śpią w pokoju obok… - zaczął.
- Właśnie dlatego nie będziesz tu teraz tłumaczył niczego - ucięłam.
Spakował kilka rzeczy w pośpiechu. Nie patrzył na mnie. Wyszedł, zamykając drzwi trochę za mocno, jakby miał prawo do złości. A ja zostałam w kuchni z cudzym telefonem na stole, jak z obcym sercem, które nagle przestało bić w ukryciu.
Następnego dnia pisał. Dzwonił. Prosił o rozmowę. Wysyłał wiadomości o tym, że to błąd, że chce wrócić, że „to nie było nic poważnego”. Słowa brzmiały tak samo, tylko ja już nie byłam ta sama. Schowałam telefon do szuflady. Nie z zemsty. Z ostrożności. Żeby nie widzieć, jak przychodzi kolejne „kochanie” i kolejne „u nas”.
Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, usiadłam sama w kuchni i pomyślałam o tym jednym zdaniu: „Jesteś już u nas?” Bo najbardziej bolało nie to, że ktoś napisał do niego „kochanie”.
Najbardziej bolało, że ktoś powiedział „u nas”, jakby miał do tego prawo. I że ja nagle musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, którego nigdy wcześniej nie zadawałam: gdzie w tym wszystkim jest „u mnie”.