W sobotę miał "dyżur" i wyszedł tylko na godzinę. Powiedział to lekko, wciągając buty w biegu, jakby prosił mnie o coś oczywistego. W domu pachniało rosołem, dzieci układały puzzle na dywanie, a ja wycierałam ręce w ścierkę, bo właśnie lepiłam pierogi na jutro.
- Wrócę szybciutko - rzucił jeszcze w drzwiach. - Tylko podjadę, podpisać papiery.
Kiwnęłam głową. Nawet nie zapytałam, gdzie dokładnie. Taki był nasz rytm: praca, obowiązki, "dyżury", które spadały nagle i zawsze miały pierwszeństwo.
Wrócił po niecałych dwóch godzinach. Udawał zdziwienie, że zwracam uwagę. Powiedział, że "się przeciągnęło", że "ktoś musiał dojechać". Potem zjadł kolację, położył się na kanapie i zasnął z telefonem w dłoni.
Wieczorem weszłam na Facebooka tylko po to, żeby odpisać koleżance. W skrzynce czekała wiadomość od obcej dziewczyny. Zdjęcie profilowe: czarny fartuch, uśmiech, restauracyjne tło.
"Nie chcę się wtrącać, ale pani mąż zostawił coś na stoliku".
Patrzyłam na te słowa, próbując zrozumieć, dlaczego kelnerka pisze do mnie, a nie do niego. I dlaczego w ogóle wie, kim jestem.
Nie odpisałam od razu. Przeczytałam wiadomość jeszcze raz, jakby miała się zmienić. "Pani mąż". To brzmiało zbyt pewnie. Nie "jakiś pan", nie "klient", tylko mąż. Czyli musiała wiedzieć. Musiała widzieć jego nazwisko, jego profil, albo ktoś jej powiedział. Może on sam.
Serce zaczęło mi bić szybciej, ale w mieszkaniu nic się nie zmieniło. Dzieci śmiały się w pokoju obok, telewizor mruczał cicho, a on spał na kanapie z tą miną, którą miał zawsze, kiedy uważał, że świat jest pod kontrolą.
Odpisałam krótko: "Co zostawił?"
Odpowiedź przyszła prawie natychmiast.
"To może głupie, ale… obrączkę. Zsunęła się, kiedy płacił. Chciałam zawołać, ale wyszedł szybko. I był z kimś. Nie wiem, czy powinnam pisać, ale pomyślałam, że pani by chciała wiedzieć."
Siedziałam przez chwilę bez ruchu. Obrączkę. Nie klucze, nie portfel. Obrączkę. Coś, co miało być częścią jego ręki, częścią naszego życia. Coś, czego nie "gubi się" jak reszty. Nie wtedy, kiedy się kocha. I nie wtedy, kiedy jest się z kimś, kto patrzy na twoją dłoń.
Zanim zdążyłam pomyśleć, napisałam: "Z kim?"
Kelnerka odpisała po chwili: "Nie znam jej. Ale była bardzo… swobodna. Jakby to nie był pierwszy raz."
Wstałam i podeszłam do kanapy. Spał. Telefon miał pod dłonią. Przez sekundę walczyłam ze sobą. Tą częścią mnie, która chciała wziąć go za koszulę i obudzić, i tą, która chciała uciec, schować się w łazience, udawać, że nic nie widzi. Zrobiłam to, co robi człowiek, który przestał sobie ufać: wzięłam telefon.
Nie był zablokowany. Ekran rozświetlił się i od razu zobaczyłam powiadomienie z aplikacji do płatności. Restauracja. Ta sama nazwa, którą kelnerka miała na fartuchu na zdjęciu. Godzina zgadzała się z jego "dyżurem". Kwota też pasowała do kolacji we dwoje.
W wiadomościach nie znalazłam nic wprost. Ale były ślady. Krótkie rozmowy, urwane zdania, emotikony, szybkie "ok, później". I jedno zdjęcie wysłane kilka dni wcześniej: jego ręka na stole, palec już bez obrączki, obok kobieca dłoń z jasnym lakierem.
Odłożyłam telefon na miejsce. Zrobiłam krok w tył. Poczułam, jak coś mi podchodzi do gardła, ale to nie były łzy. To było coś cięższego. Wstyd? Złość? A może po prostu świadomość, że kolejny raz wyobraźnia nie nadąża za prawdą.
Wróciłam do wiadomości z kelnerką. "Może pani podać nazwę restauracji?" - napisałam.
Odpisała od razu, jakby czekała.
"Restauracja R…" podała nazwę i dodała: "Obrączka jest u kierowniczki. Mogę ją zostawić na recepcji jutro, jeśli pani chce."
Pomyślałam o tym, jak absurdalne jest to, że odbieranie obrączki z obcej restauracji miałoby być moim zadaniem. Jakby ktoś wyznaczył mi rolę: sprzątaczka po cudzych kłamstwach.
Weszłam do kuchni. Oparłam się o blat. Popatrzyłam na garnek po rosole, na talerze w zlewie, na dziecięcy rysunek przyczepiony magnesem do lodówki. Wszystko było prawdziwe. I właśnie dlatego bolało.
Obudziłam go spokojnie. Delikatnie, bez szarpania.
- Wstawaj - powiedziałam cicho.
Otworzył oczy, zamrugał. - Co się stało?
- Zgubiłeś obrączkę - odpowiedziałam.
Zanim zdążył zareagować, widziałam, jak w jego twarzy pojawia się alarm. Ułamek sekundy. Potem sztuczny spokój.
- Jaką obrączkę? - zapytał, udając zdziwienie.
- Tę z twojego palca. Kelnerka z restauracji napisała do mnie na Facebooku. Zostawiłeś ją na stoliku.
Usiadł. Przetarł twarz dłonią. Milczał, jakby liczył, że jeśli nie odpowie, słowa cofną się do mojej skrzynki.
- To… musiała się zsunąć - powiedział w końcu.
- I dlatego kelnerka wie, kim jestem? - zapytałam.
Nie odpowiedział. A to milczenie było jak przyznanie się.
Zaczął tłumaczyć. Że był tylko na chwilę. Że spotkał "znajomą z dawnych lat". Że nic się nie wydarzyło. Że to nie tak. Słuchałam i czułam, że mój spokój jest czymś innym niż wybaczenie. To był spokój kogoś, kto przestał się dziwić.
- Wiesz, co jest najgorsze? - powiedziałam. - Nie to, że poszedłeś. Tylko to, że zdjąłeś z palca coś, co miało przypominać, kim jesteś.
- Nie zdjąłem! - oburzył się. - Zsunęła się!
- Tak - odpowiedziałam. - "Zsunęła się" akurat wtedy, kiedy płaciłeś za kolację dla kogoś innego.
Zamilkł. Patrzył na mnie, jakby dopiero teraz rozumiał, że nie będzie już rozmowy, którą da się uratować.
Nie wyrzuciłam go tej nocy. Powiedziałam tylko, że ma spać w innym pokoju. A rano ma mi powiedzieć prawdę. Całą.
Rano, zanim wstały dzieci, usiadłam w kuchni i znowu przeczytałam wiadomość od kelnerki. "Nie chcę się wtrącać…" To zdanie brzmiało jak litość. A ja nie chciałam litości. Chciałam tylko jednego: żeby ktoś w końcu przestał robić ze mnie osobę, która ma zbierać swoje życie z cudzych stolików.
I kiedy przyszła godzina, w której trzeba było zdecydować, wiedziałam już, że obrączka nie jest tym, co mnie obchodzi najbardziej. Obchodzi mnie to, co się zgubiło dużo wcześniej. I tego nie da się odebrać w żadnej restauracji.