Klucze leżały na komodzie - trzy komplety. Moje, Marka i Pauliny. Kiedyś był jeden. Kiedyś to było moje mieszkanie.
Mam na imię Grażyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od czterdziestu mieszkam w tym samym trzypokojowym bloku na Ursynowie. Czterdzieści lat. Tapety zmieniane cztery razy, panele kładzione dwa razy, łazienka remontowana raz - jeszcze z Henrykiem, zanim odszedł. Nie od nas. Po prostu - odszedł. Zawał na działce, między grządką pomidorów a malinami. Miał pięćdziesiąt osiem lat. To było siedem lat temu.
Marek to nasz jedyny syn. Dobry chłopak. Spokojny, pracowity, trochę za miękki - ale to chyba po mnie. Ożenił się z Pauliną pięć lat temu. Ładne wesele, chociaż kameralniejsze, niż sobie wyobrażałam. Paulina nie chciała dużego. "Po co, mamo, te przepychanki?" - powiedziała wtedy. Mamo. Od początku mówiła mi "mamo". To mi się podobało.
Półtora roku temu zadzwonił Marek. "Mamo, mamy sprawę. Robimy remont w mieszkaniu na Bemowie, ekipa mówi dwa-trzy miesiące. Moglibyśmy u ciebie przenocować? Będzie ciasno, ale damy radę."
A co miałam powiedzieć? To mój syn. Powiedziałam: wchodźcie.
Przeorganizowałam cały dom. Oddałam im duży pokój - ten z balkonem, ten Henryka, gdzie stało jeszcze jego biurko i pachniało jego papierosami, chociaż nikt tam nie palił od lat. Wyniosłam biurko do piwnicy. Pościeliłam świeżą pościel. Kupiłam nowe ręczniki. Paulina powiedziała: "Mamo, nie trzeba było."
Pierwszy miesiąc był nawet fajny. Wieczorami jedliśmy razem. Robiłam rosół w czwartki, Paulina przynosiła ciasto z cukierni na Puławskiej. Marek naprawił mi cieknący kran. Oglądaliśmy serialowe wieczory - ja swoje kryminały, oni swoje, ale czasem razem, z herbatą.
Po dwóch miesiącach zaczęły się drobne rzeczy. Paulina przestawiła mi garnki. "Mamo, tak jest wygodniej, bliżej kuchenki." Zgodziłam się. Potem moje zioła z parapetu trafiły na balkon. "Mamo, zasłaniają światło." No dobrze. Potem mój fotel - ten wysiedzony, w którym oglądam telewizję od dwudziestu lat - przesunęła pod ścianę, bo "nie pasuje do układu."
Nie protestowałam. Może miała rację. Może jestem staromodna.
Trzy miesiące minęły. Remont się przeciągał, bo ekipa coś spartaczyła z podłogą. "Jeszcze miesiąc, mamo" - mówił Marek, a ja widziałam, że mu głupio. "Spokojnie, synku" - odpowiadałam.
Czwarty miesiąc. Piąty. Szósty. Ekipa skończyła gdzieś w okolicach szóstego. Pamiętam, bo Marek powiedział przy kolacji: "Odbiór był, wszystko gotowe." Paulina wtedy odłożyła widelec i powiedziała: "Ale wiesz, Marek, tam jeszcze meble trzeba kupić. Nie będziemy spać na podłodze."
I tak kupowali meble. Miesiąc. Dwa. Potem okazało się, że "i tak tu jest bliżej do pracy Pauliny." Potem: "mamo, pomożemy ci z rachunkami, razem taniej." Potem już nikt nic nie mówił. Po prostu - zostali.
Remont skończył się rok temu. Ich mieszkanie na Bemowie stoi puste. Wiem, bo pytałam ostrożnie. Marek zmienił temat. Paulina powiedziała: "Może je wynajmiemy, jeszcze myślimy."
Wczoraj był czwartek. Zrobiłam rosół, jak zawsze. Paulina wróciła z pracy zmęczona, jadła w milczeniu. Marek siedział nad telefonem. Wstałam, żeby zaparzyć herbatę, i wtedy Paulina powiedziała to. Tak normalnie, jakby mówiła o pogodzie.
- Mamo, myślałam o jednej rzeczy. Ten mniejszy pokój, ten gdzie masz telewizor - on by nam się przydał. Potrzebujemy więcej miejsca. A tobie wystarczy ten pokoik z tyłu, nie?
Ten "pokoik z tyłu" to dziesięć metrów kwadratowych. Dawny pokój Marka z dzieciństwa. Bez balkonu. Okno na parking. Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na nią i czekałam, aż doda "żartuję." Nie dodała. Piła herbatę. Marek patrzył w telefon.
- Marek - powiedziałam. - Słyszałeś?
- No... - podniósł wzrok. - Paulina ma trochę racji, mamo. Jest ciasno.
Ciasno. W moim mieszkaniu. Jest im ciasno.
Rosół stygł na kuchence. Zegar tykał. Usiadłam z powrotem na krześle i poczułam coś dziwnego - nie złość, nie smutek. Jasność. Jakby ktoś zapalił światło w pokoju, w którym siedziałam po ciemku, nie zauważając.
Nie podniosłam głosu. Powiedziałam spokojnie:
- Marek, remont skończył się rok temu. Wasze mieszkanie stoi puste. To jest mój dom. Mój i taty.
Paulina otworzyła usta, ale nie dałam jej dojść do słowa.
- Kocham cię, synku. I ciebie, Paulino. Ale to się skończyło. Macie tydzień. Wiem, że to krótko. Ale te klucze - wskazałam komodę - powinny być znowu jedne.
Marek patrzył na mnie tak, jak nie patrzył od lat. Nie z pretensją. Z czymś w rodzaju ulgi. Paulina wstała bez słowa i poszła do dużego pokoju. Do pokoju Henryka. Do pokoju, który nigdy nie był jej.
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Siedziałam w fotelu - tym wysiedzionym, przesuniętym pod ścianę - i piłam herbatę z cytryną. Myślałam o Henryku. O tym, jak kiedyś powiedział: "Grażynka, ty jesteś za dobra. Ludzie to wykorzystują. Nie dlatego, że są źli. Dlatego, że mogą."
Miał rację. Jak zwykle miał rację, ten mój Henryk z działki, z malinami i zawałem. W piątek Marek zadzwonił. "Mamo, zaczęliśmy się pakować." W jego głosie było coś nowego. Może szacunek. Może zdumienie, że potrafię.
Weszłam do dużego pokoju, kiedy wyszli po kartony. Otworzyłam okno na balkon. Wiatr poruszył firankę, tę samą, którą wieszałam z Henrykiem. Pokój pachniał obcymi perfumami, ale pod spodem - wciąż był nasz.a
Odstawiłam fotel na miejsce. Na środek. Trzy komplety kluczy na komodzie. Niedługo zostanie jeden. Tak jak powinno być od początku.