Trzy miesiące ciszy potrafią zmienić człowieka bardziej niż trzydzieści lat małżeństwa. Wiem to, bo przeżyłam jedno i drugie - i powiem szczerze, że ta cisza bolała bardziej.
Nazywam się Dorota, mam pięćdziesiąt siedem lat i przez całe życie byłam pewna jednej rzeczy: że moja córka Paulina nigdy mnie nie okłamie. Okazało się, że ból przyszedł - ale szczerość już nie.
Paulina wyjechała do Holandii na początku marca. Miała trzydzieści jeden lat, magisterkę z logistyki i jedną porażkę miłosną, po której - jak mówiła - potrzebuje „resetu". Firma partnerska w Rotterdamie szukała kogoś ze znajomością polskiego rynku.
Kiedy dostała ofertę, powiedziała: „Mamo, to będzie najlepsze, co mi się przydarzyło." Miała takie iskierki w oczach, że nie umiałam powiedzieć nic oprócz: „Jedź, córeczko."
Zbyszek, mój mąż, podwiózł ją na lotnisko. Wrócił z pustym bagażnikiem i powiedział: „Dasz radę, Dorotka."
Pierwszy miesiąc był jak z podręcznika. Paulina dzwoniła w każdą niedzielę koło południa. Opowiadała o biurze z widokiem na port, o współlokatorce z Portugalii, o tym, że w holenderskich supermarketach jest dwadzieścia rodzajów sera, ale żaden nie smakuje jak nasz żółty z Lidla. Śmiałyśmy się. Posyłałam jej zdjęcia bigosu, ona mi - rowerów pod biurem. Było dobrze.
Drugi miesiąc - rozmowy skróciły się do wiadomości. „Mamo, sorry, spotkanie za 10 min, napiszę wieczorem." Wieczorem przychodził krótki tekst: „Wszystko ok, buziak." Tłumaczyłam sobie, że tak to bywa. Nowe życie, nowe tempo. Nie będę tą matką, co dzwoni i płacze do słuchawki. Zbyszek mówił: „Nie nakręcaj się."
Ale trzeci miesiąc - trzeci miesiąc to była ściana. Żadnych wiadomości. Żadnych oddzwonień. Pisałam: „Paulinka, żyjesz?" - niebieskie ptaszki, zero odpowiedzi.
Dzwoniłam - sygnał, sygnał, poczta głosowa. Raz, dwa, pięć, dziesięć razy. Zbyszek zaczął się niepokoić, choć tego nie przyznawał. Widziałam, jak wieczorami sprawdza telefon, odkłada go, znów sprawdza.
Zaczęłam wyobrażać sobie najgorsze. Szukałam w internecie wypadków w Rotterdamie, czytałam fora o Polkach za granicą, które znikały. Nie spałam. Sąsiadka Krysia powiedziała mi, że jej syn w Anglii też raz nie odzywał się trzy tygodnie, bo „miał fazę". To mnie nie pocieszyło.
W sobotę, dwudziestego trzeciego czerwca, spróbowałam po raz kolejny. Był wieczór, Zbyszek oglądał mecz w salonie. Zamknęłam się w sypialni, usiadłam na łóżku i wybrałam numer. Dwa sygnały. I nagle - kliknięcie.
- Halo? - Głos Pauliny. Zmęczony. Inny niż pamiętałam.
- Paulina, Boże, córeczko, żyjesz? Czemu nie odbierasz?
Chciałam krzyczeć, chciałam płakać, chciałam powiedzieć wszystko naraz. Ale Paulina milczała. A wtedy usłyszałam w tle głos. Męski. Niski. Śmiech, potem kilka słów. I zamarłam.
Znałam ten głos. Znałam go tak dobrze, jak znałam dźwięk własnego budzika.
To był Tomek. Mój bratanek. Syn mojego brata Marka. Trzydzieści pięć lat, żonaty, dwójka dzieci, mieszkanie w Gdańsku.
- Paulina - powiedziałam cicho. - Czy Tomek jest u ciebie?
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak moja córka szuka kłamstwa i nie znajduje.
- Mamo, to nie jest to, co myślisz.
- A co ja myślę, Paulino?
Nie odpowiedziała. Usłyszałam szuranie, trzaśnięcie drzwi, potem ciszę - Tomek najwyraźniej wyszedł z pokoju. Paulina wzięła głęboki oddech i powiedziała mi prawdę - a przynajmniej swoją wersję prawdy.
Tomek od stycznia pracował zdalnie dla firmy z Rotterdamu. Wynajął pokój na trzy miesiące, żeby „nawiązać relacje z zespołem". Żonie Agnieszce powiedział, że to wymóg kontraktu. Spotkał Paulinę przypadkiem - w firmie, w której pracowała. Przypadkiem. Oczywiście.
- On jest nieszczęśliwy w małżeństwie, mamo.
- Paulina, on ma dwójkę dzieci. Zosia ma cztery lata. Filip siedem.
Moja córka zaczęła płakać. A ja pomyślałam o Agnieszce, która pewnie w tej chwili kładła Zosię spać i czytała jej o Kubusiu Puchatku, nie wiedząc, że jej mąż jest na drugim końcu Europy z kuzynką.
Pomyślałam o moim bracie Marku, który po zawale dwa lata temu prosił mnie, żebym „miała oko na Tomka". Pomyślałam o Wigilii, kiedy siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole.
Nie krzyczałam. Nie rzuciłam słuchawką. Powiedziałam tylko:
- Paulina, nie będę ci mówić, co masz robić. Masz trzydzieści jeden lat. Ale ja mam brata, mam bratową, mam dwoje małych dzieci w tej rodzinie, które nie zawinią. I chcę, żebyś wiedziała, że jeśli to wyjdzie na jaw - a wyjdzie, bo takie rzeczy zawsze wychodzą - to nie będzie „twoja sprawa" i „jego sprawa". To będzie nasza sprawa. Wszystkich.
Rozłączyłam się. Zbyszek stał w drzwiach sypialni. Nie wiem, ile słyszał. Patrzył na mnie i czekał. Powiedziałam mu wszystko. Usiadł obok mnie na łóżku i bardzo długo milczał.
- I co teraz? - zapytał w końcu.
- Nie wiem - odpowiedziałam.
I to była prawda. Pierwszy raz w życiu naprawdę nie wiedziałam.
Nie zadzwoniłam do Marka. Nie zadzwoniłam do Agnieszki. Nie zadzwoniłam do nikogo. Przez trzy dni chodziłam do pracy, gotowałam obiady, podlewałam kwiaty na balkonie - i czekałam.
W środę wieczorem Paulina napisała: „Mamo, rozmawiałam z nim. Wraca do Gdańska w piątek. Do Agnieszki. Koniec."
Chciałam jej wierzyć. Ale wiedziałam też, że od tej chwili między nami jest coś, czego nie da się wymazać. Nie kłamstwo - bo Paulina technicznie nie kłamała. Gorzej. Milczenie. Trzy miesiące ciszy, które teraz miały kształt i nazwisko.
Powiedziałam jej: „Dobrze." I dodałam: „Dzwoń w niedzielę."
Zadzwoniła. I dzwoni do dziś. Ale kiedy słyszę jej głos, gdzieś z tyłu głowy zawsze nasłuchuję - czy w tle nie ma kogoś, kogo nie powinno tam być. Matka to nie zawód, z którego można się zwolnić. Nawet kiedy wszystko, czego się dowiadujesz, sprawia, że chciałabyś.