Sama włożyłam te pieniądze do koperty. Zwykłej, białej, bez napisu. Osiem tysięcy złotych, odłożonych z trzynastki i nadgodzin - banknoty ułożone równiutko, jak rachunki za prąd. Pamiętam, jak podawałam ją Darkowi w przedpokoju - uśmiechnął się szeroko, powiedział "mamo, oddamy za miesiąc, najdalej dwa". To było czternaście miesięcy temu.

Teraz ta sama koperta - pusta, zagięta na rogu - leży w szufladzie mojej sypialni. Wyciągam ją czasem wieczorami. Nie dlatego, że potrzebuję tych pieniędzy na już, choć przydałyby się. Wyciągam ją, bo jest dowodem. Że to naprawdę się wydarzyło. Że nie wymyślam.

Mam na imię Elżbieta, skończyłam sześćdziesiąt jeden lat w styczniu. Od trzydziestu pracuję w bibliotece miejskiej - najpierw w wypożyczalni, teraz w dziale katalogowania. Zarabiam niewiele, ale przez całe życie umiałam gospodarować każdą złotówką. Mąż Henryk, mechanik w zakładzie komunalnym, odszedł dziesięć lat temu - zawał w warsztacie, miał pięćdziesiąt trzy lata. Od tamtej pory radzę sobie sama.

Patrycja jest moją jedyną córką. Po Henryku ma tę samą łagodność i to samo milczenie, kiedy coś ją boli. Wyszła za Dariusza sześć lat temu. Dariusz - elektryk, pracuje na budowach, czasem w kraju, czasem za granicą. Na weselu wydawał się fajnym chłopakiem. Gadatliwy, dowcipny, kupił mi kwiaty na Dzień Matki w pierwszym roku. Potem przestał.

Nie jestem typem teściowej, która wtrąca się w życie dzieci. Nigdy nie komentowałam, że Darek zmienia samochody częściej niż odkurzacz. Nie mówiłam nic, kiedy Patrycja wzięła kredyt na remont łazienki, a potem drugi na meble do salonu. Gryzłam się w język, bo pamiętałam, jak moja teściowa zatruwała życie nam z Henrykiem. Obiecałam sobie, że będę inną teściową.

Ale w lutym ubiegłego roku Darek zadzwonił. Nie Patrycja - Darek. I to mnie powinno było zaniepokoić, bo Darek nigdy do mnie nie dzwonił.

- Mamo, mam problem z autem - powiedział. - Skrzynia biegów padła, a ja muszę jeździć na budowę do Mińska. Bez samochodu nie mam roboty.

Zapytałam, ile potrzebuje. Powiedział, że ze osiem tysięcy. Że oddadzą szybko, bo czeka na wypłatę za duże zlecenie.

Nie spałam tamtej nocy. Osiem tysięcy to były moje pieniądze na nową pralkę i odkładane na wyjazd do sanatorium, na który czekałam dwa lata. Ale to był mąż mojej córki. I moja córka, kiedy następnego dnia potwierdziła przez telefon - "mamo, naprawdę potrzebujemy, to chwilowa sytuacja" - brzmiała tak, jakby ją to bolało. Jakby było jej wstyd prosić.

Dałam. Odłożyłam sanatorium. Pralka jakoś jeszcze chodziła, choć przy wirowaniu trzęsła się tak, że kubki spadały z blatu.

Minął miesiąc. Dwa. Trzy. Nie dzwoniłam, bo nie chciałam być tą teściową. Myślałam - sami się odezwą. Na Wielkanoc przyjechali na obiad. Darek gadał o nowym zleceniu, dużej budowie pod Warszawą. Patrycja przyniosła mazurek. Nikt nie wspomniał o pieniądzach. Ja też nie. Nie potrafiłam przy świątecznym stole.

W czerwcu zepsuła mi się pralka ostatecznie. Musiałam kupić nową, ale tańszą, niż planowałam. Zadzwoniłam do Patrycji i powiedziałam lekko - "córciu, a jak tam z tymi pieniędzmi? Musiałam kupić pralkę i trochę mi brakuje".

Cisza w słuchawce. Potem Patrycja powiedziała cicho: "Mamo, ja porozmawiam z Darkiem."

Minęły dwa tygodnie. Nic. Zadzwoniłam jeszcze raz. Tym razem odebrał Darek. "Mamo, no teraz ciężko, ale jak dostanę za tę budowę, to od razu." Coś w jego głosie było innego. Niecierpliwość. Jakbym zawracała mu głowę.

Jesień przyszła bez pieniędzy. W październiku spotkałam koleżankę z osiedla w Biedronce. Zagadała o Dariuszu - "widziałam go wczoraj, ładne auto sobie kupił, takie srebrne, duże". Stałam z koszykiem pełnym promocyjnego makaronu i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Tego wieczoru nie wytrzymałam. Napisałam do Patrycji SMS-a: "Córciu, minęło osiem miesięcy od pożyczki. Czy moglibyście zacząć oddawać, choćby po kawałku?"

Odpowiedź przyszła następnego ranka. Ale nie SMS. Patrycja zadzwoniła.

I wtedy usłyszałam zdanie, które do dziś mnie budzi w nocy.

- Mamo, Darek jest bardzo zraniony. Mówi, że traktujesz go jak obcego. Że rodzina nie liczy pieniędzy. Robisz nam przykrość tymi upominaniami.

Musiałam usiąść. Nogi mi zmiękły. Nie dlatego, że córka stanęła po stronie męża - to bym jakoś zrozumiała. Ale w jej głosie była pretensja. Do mnie. Jakbym to ja zrobiła coś złego. Jakby prośba o zwrot pożyczonej kwoty była czymś niestosownym.

- Patrycja - powiedziałam powoli - te pieniądze to było moje sanatorium. Moja pralka. Moje oszczędności.

- No wiem, mamo, ale nie możesz tak ciągle o tym mówić, bo Darek się denerwuje i potem ja muszę to znosić - odparła.

I nagle zobaczyłam to wyraźnie. Ten układ. Patrycja nie broniła Darka, bo uważała go za niewinnego. Patrycja broniła spokoju w swoim domu. Łatwiej jej było uciszyć matkę niż postawić się mężowi.

Nie powiedziałam nic więcej. Odłożyłam słuchawkę i siedziałam w ciemnym pokoju, słuchając, jak pralka - ta nowa, tańsza - kończy wirowanie.

Minęły trzy miesiące od tamtej rozmowy. Pieniędzy nie ma. Patrycja dzwoni co dwa tygodnie, gada o pracy, o dzieciach, o pogodzie. O długu nie wspomina. Jakby go nie było.

Nie zamierzam więcej prosić. Ale nie zamierzam też udawać, że nic się nie stało. Te osiem tysięcy to nie jest kwota, która mnie złamie. Złamało mnie co innego - ta łatwość, z jaką moja córka powiedziała, że to ja robię przykrość. Ta oczywistość, z jaką uznali, że moje pieniądze są mniej ważne niż ich komfort.

Koleżanka z biblioteki, Basia, mówi: "odpuść, Ela, nie warto tracić córki dla paru tysięcy". Może ma rację. Ale ja nie tracę córki dla pieniędzy. Ja tracę coś innego - wiarę, że wychowałam człowieka, który potrafi powiedzieć "przepraszam, mamo, oddamy, jak będziemy mogli". Tyle by mi wystarczyło. Tyle.

Koperta nadal leży w szufladzie. Pusta. Ale nie wyrzucam jej. Bo kiedy zaczynam myśleć, że może przesadzam, że może rzeczywiście rodzina nie powinna liczyć pieniędzy - otwieram szufladę i patrzę na ten zagięty róg. I przypominam sobie, że to nie ja przestałam liczyć. To oni przestali mnie liczyć.