Przepisałam mieszkanie na córkę, bo wszyscy tak radzili. Córka obiecała, że będę mieszkać tu do końca życia. W zeszłym tygodniu przyszedł list od jej prawnika.
Gdybym dwa lata temu uważniej słuchała notariusza zamiast własnej córki, nie siedziałabym teraz przy kuchennym stole z listem, od którego drżą mi ręce. Ale wtedy byłam pewna, że krew to krew, a między matką i dzieckiem żaden papier nie jest potrzebny.
Mieszkanie na trzecim piętrze przy Piłsudskiego dostałam z mężem trzydzieści lat temu. Tadeusz załatwił przydział jeszcze za tamtych czasów, potem wykupiliśmy je za grosze w dziewięćdziesiątych.
Pięćdziesiąt cztery metry, dwa pokoje z kuchnią, balkon wychodzący na park. Niewiele, ale po śmierci Tadeusza - wystarczająco. Zamiatałam te same podłogi, podlewałam te same kwiaty na parapecie, piłam poranną kawę przy tym samym oknie. Sześćdziesiąt osiem lat i całe moje życie zamknięte w tych ścianach.
Renata, moja jedynaczka, od dziesięciu lat mieszka w Poznaniu. Wyszła za Marcina, informatyka z dobrej firmy. Mają ładne mieszkanie na kredyt, samochód, wakacje za granicą. Kiedy Renata była mała, chodziłam na trzy zmiany w urzędzie miasta, żeby starczyło na korepetycje z angielskiego. Tadeusz dorabiał po godzinach. Wszystko dla niej. I nie żałowałam ani minuty.
Pomysł z przepisaniem mieszkania pojawił się na imieninach u szwagierki. Ktoś przy stole zaczął o podatkach od spadków, o sądach, o tym, że jak człowiek umrze bez testamentu, to potem dzieci latają po urzędach miesiącami.
- Wiesława, nie bądź głupia - powiedziała szwagierka, nalewając mi kompotu. - Przepisz na Renatę teraz, póki zdrowa jesteś. Unikniesz tego całego cyrku.
Renata, kiedy jej powiedziałam przez telefon, ucieszyła się.
- Mamo, to świetny pomysł. I tak to mieszkanie kiedyś będzie moje, a tak oszczędzimy na formalności. Oczywiście, że będziesz tam mieszkać ile zechcesz. Nawet śmieszne, że o tym mówisz.
U notariusza wszystko poszło szybko. Akt darowizny, podpisy, pieczątki. Pamiętam, że notariusz wspomniał coś o służebności mieszkania - że można wpisać takie prawo, zabezpieczenie, że mogę tam mieszkać dożywotnio niezależnie od tego, kto jest właścicielem. Renata machnęła ręką.
- Panie mecenasie, to moja mama. Po co nam takie formalne rzeczy? Przecież to rodzina.
A ja się uśmiechnęłam i powiedziałam, że córka ma rację. Bo wierzyłam jej. Bo to było moje dziecko.
Przez pierwszy rok nic się nie zmieniło. Renata dzwoniła co niedzielę, przyjeżdżała na święta. Marcin przywoził mi z Poznania kawę, którą lubiłam, tę z paloną orzechową nutą. Na Wielkanoc Renata pomogła mi wymyć okna. Normalność. Taka ciepła, leniwa normalność, w której nie przychodzi do głowy, żeby sprawdzać, czy ktoś dotrzymuje słowa.
Zaczęło się od drobiazgów. Renata przestała dzwonić w niedziele - raz na dwa tygodnie, potem rzadziej. Na imieniny przysłała kwiaty kurierem zamiast przyjechać. A w październiku zapytała mimochodem, ile kosztują teraz mieszkania w Siedlcach. Nie pomyślałam o tym dłużej niż minutę.
W grudniu Renata przyjechała z Marcinem na święta. Wigilia jak zawsze - barszcz, uszka, karp, sernik Tadeusza według przepisu jego matki. Ale Marcin chodził po mieszkaniu, zaglądał w kąty, stukał w ścianę w przedpokoju.
- Ma pani tu niezły metraż jak na tę okolicę - powiedział przy stole, jakby mówił o pogodzie.
Renata kopnęła go pod stołem. Widziałam. Spuściła wzrok na talerz i szybko zaproponowała, że poda kompot. Potem cisza. Styczeń, luty. Renata dzwoniła krótko, zdawkowo. W jej głosie słyszałam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Dopiero teraz wiem, że to był wstyd.
List przyszedł w czwartek. Pismo na firmowym papierze kancelarii prawnej z Poznania. Uprzejmie, zimno, trzema akapitami. Że właścicielka nieruchomości - Renata Kowalska-Witczak - zamierza dokonać zbycia lokalu. Że proszą o kontakt w celu ustalenia terminu opuszczenia. Że proponują trzy miesiące.
Trzy miesiące. Tyle dostałam na opuszczenie miejsca, w którym przeżyłam trzydzieści lat.
Siedziałam z tym listem do wieczora. Herbata wystygła dwa razy. Moje dziecko, któremu czytałam bajki, dla którego rezygnowałam z nowych butów, żeby starczyło na wycieczkę szkolną - to dziecko wysłało do mnie prawnika.
Zadzwoniłam do niej następnego dnia.
- Renata, dostałam pismo od jakiejś kancelarii. Powiedz mi, że to pomyłka.
Cisza. A potem głos, który znałam i nie znałam jednocześnie.
- Mamo, Marcin stracił pracę. Mamy dwa kredyty. To mieszkanie w Siedlcach to jedyne, co... Mamo, my nie mamy wyjścia.
- A ja mam wyjście? - zapytałam. I sama się zdziwiłam, jak spokojnie to zabrzmiało.
Renata się rozpłakała. Ja nie. Rozłączyłam się i przez resztę wieczoru patrzyłam na ścianę, na której wisiało zdjęcie ślubne Tadeusza.
Renata przyjechała w sobotę. Bez Marcina. Bez uprzedzenia. Stała pod drzwiami z czerwonymi oczami i reklamówką, z której wystawał sernik z cukierni na rynku - ten sam, który kupowała Tadeuszowi na imieniny.
- Mamo, ja... - zaczęła i nie dokończyła.
Wpuściłam ją. Postawiłam wodę na herbatę. Nie dlatego, że przebaczyłam - dlatego, że tak robiłam zawsze, gdy ktoś wchodził do mojego domu. Nawet jeśli ten dom nie był już mój.
Siedziałyśmy w kuchni naprzeciwko siebie. Renata mówiła, a ja słuchałam. Że Marcin stracił pracę cztery miesiące temu i ukrywał to przed nią. Że raty kredytów zjadają całą jej pensję. Że to on znalazł kancelarię i nalegał, a ona podpisała pełnomocnictwo, bo nie umiała mu odmówić. Że od tamtego dnia nie może spać.
- Nie powinnam była tego wysyłać - powiedziała cicho. - Ale ja się po prostu bałam.
Patrzyłam na nią i widziałam dziewczynkę, która w trzeciej klasie schowała dziennik pod materac, bo dostała dwóję z przyrody i bała się mi powiedzieć. Tę samą Renatę. Tę samą mieszankę strachu i wstydu w oczach.
I wtedy zrozumiałam coś, co bolało bardziej niż ten list od prawnika.
To nie Renata zawiodła. To ja dałam córce w ręce pokusę, przed którą nie każdy potrafi się obronić. Notariusz pytał o służebność, a ja go zignorowałam, bo wierzyłam, że miłość jest lepszym zabezpieczeniem niż papier. Ale miłość i pieniądze to dwa osobne zwierzęta - kiedy jedno wchodzi na teren drugiego, ktoś zawsze oberwie.
Matka nie powinna dawać dziecku do ręki czegoś, co może je spalić, a potem oczekiwać, że dziecko się nie oparzy.
- Renatka - powiedziałam. - Jutro jedziemy do notariusza. Wpiszemy służebność. Nie dlatego, że ci nie ufam. Dlatego, że powinnam była to zrobić od początku. Że to ja powinnam być mądrzejsza.
Renata podniosła głowę. W jej oczach było coś, czego nie widziałam od lat - ulga tak wielka, że aż podobna do bólu.
- Mamo, przepraszam.
- Wiem, córeczko. Ja też się muszę przeprosić. Siebie.
Zjadłyśmy sernik przy tym samym stole, przy którym tydzień wcześniej siedziałam z listem od prawnika. Renata wyjechała wieczorem. Umówiłyśmy się na wtorek, u notariusza w Siedlcach.
Zmywając naczynia, pomyślałam, że Tadeusz by mnie za to zbeształ. "Wiesława, ty to potrafisz ludziom ufać na słowo" - mówił zawsze, kiedy pożyczałam sąsiadce cukier bez odważania. Miał rację. Przez całe życie miał rację.
Ale niektóre błędy trzeba popełnić samemu, żeby zrozumieć, dlaczego notariusze w ogóle istnieją.