Przez dwadzieścia lat odkładałam po 200 złotych miesięcznie na książeczkę dla wnuków. Kiedy powiedziałam o tym córce, jej reakcja była ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam.

Koperta leżała na stole między filiżankami po kawie, a ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego Agnieszka płacze. Nie tak to sobie wyobrażałam. Miała się ucieszyć. Miała powiedzieć: mamo, nie trzeba było. A potem uściskać mnie i schować kopertę do torebki z tym swoim zawstydzonym uśmiechem, który ma od dziecka.

Zamiast tego siedziała z twarzą w dłoniach i powtarzała jedno zdanie, które do dziś słyszę w nocy, kiedy nie mogę zasnąć.

Zaczęło się dwadzieścia lat temu, kiedy Agnieszka powiedziała mi, że jest w ciąży. Stałam wtedy w kuchni na Przymorzu, w naszym gdańskim mieszkaniu na trzecim piętrze, i obierałam jabłka na szarlotkę. Odłożyłam nóż, usiadłam na taborecie i pomyślałam: będę babcią. A zaraz potem: muszę coś dla tego dziecka zrobić. Coś trwałego.

Miałam wtedy czterdzieści osiem lat, pracowałam jako farmaceutka w aptece. Mąż, Tadeusz, jeździł tirami po Europie - dwa tygodnie w trasie, cztery dni w domu. Nie żyliśmy bogato, ale odkładanie dwustu złotych miesięcznie wydawało mi się możliwe. Tańszy krem, sanatorium co dwa lata zamiast co rok, naprawiane buty zamiast nowych.

Założyłam osobną książeczkę oszczędnościową i pierwszego każdego miesiąca wpłacałam dwieście złotych. Regularnie jak lekarstwo. Tadeusz wiedział, ale nie wnikał - zarabiał, oddawał mi większość, a ja zarządzałam. Tak to u nas działało.

Mała Zuzia urodziła się w marcu. Trzy lata później przyszedł Kacper. Agnieszka z mężem Robertem mieszkali w Sopocie, najpierw w kawalerce, potem wzięli kredyt na mieszkanie. Nie było im łatwo. Ja pomagałam, jak mogłam - zabranie dzieci na weekend, garnek bigosu w piątek. Ale o książeczce nie mówiłam nikomu.

To miała być niespodzianka. Taki prezent na start dorosłego życia - na studia, na prawo jazdy, na cokolwiek, co Zuzia i Kacper będą potrzebować. Wyobrażałam sobie, jak wręczam im koperty na osiemnaste urodziny, a oni nie wierzą, a potem obejmują mnie i mówią: babciu, nie trzeba było!

Zuzia skończyła osiemnaście lat w marcu tego roku.

Postanowiłam powiedzieć najpierw Agnieszce. Poprosiłam ją, żeby wpadła w sobotę na kawę, sama, bez dzieci. Agnieszka przyjechała trochę zmęczona, z torbą dokumentów.

Zrobiłam kawę, wyciągnęłam sernik. Usiadłyśmy przy stole w kuchni, w tym samym miejscu, gdzie dwadzieścia lat temu dowiedziałam się, że będę babcią.

- Agnieszka, chcę ci coś powiedzieć - zaczęłam i wyjęłam kopertę z szuflady kredensu.

Trzymałam w środku wyciąg z konta. Dwadzieścia lat wpłat. Z odsetkami uzbierała się kwota, która nie była fortuną, ale wystarczała na dobry start. Wyjaśniłam spokojnie - że to dla Zuzi i Kacpra, po połowie.

Agnieszka wzięła kopertę, otworzyła, przejrzała wyciąg. I wtedy zaczęła płakać.

Ale to nie był ten płacz, którego się spodziewałam. Nie ze wzruszenia. Nie z wdzięczności. Płakała tak, jakbym ją uderzyła.

- Mamo - powiedziała wreszcie, wycierając oczy rękawem bluzy. - Mamo, ty przez dwadzieścia lat odkładałaś dla moich dzieci po dwieście złotych, a pamiętasz, co powiedziałaś, kiedy poprosiłam cię o pożyczkę na wkład własny?

Zamarłam.

Pamiętałam. Osiem lat temu Agnieszka z Robertem szukali większego mieszkania. Kawalerka pękała w szwach, Kacper spał na rozkładanej kanapie w salonie. Przyszli do mnie i poprosili o pięć tysięcy na wkład własny. Powiedziałam, że nie mam. Że po odejściu Tadeusza na emeryturę ledwo wiążemy koniec z końcem. Że niech poszukają tańszego mieszkania.

Wzięli gorszy kredyt. Na wyższy procent. Przez osiem lat płacili więcej, niż musieli.

- Wiesz, ile nadpłaciliśmy przez te lata? - Agnieszka podniosła głowę. - Wiesz, ile razy Robert brał dodatkowe zlecenia w soboty, żeby wyrobić ratę? Ile razy Zuzia nie pojechała na obóz, bo nas nie było stać?

W kuchni zrobiło się cicho. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby ktoś podkręcił mu głośność. Sernik stygł na talerzyku, nietknięty.

- Ja nie miałam z czego - zaczęłam.

- Miałaś, mamo. Miałaś przez cały czas. Wybierałaś tylko inaczej.

To zdanie wbiło mi się pod żebra jak odłamek szkła.

Agnieszka wyszła po dwudziestu minutach. Koperty nie wzięła. Powiedziała tylko, żebym dała jej czas, i zamknęła za sobą drzwi tak cicho, że wolałabym, żeby trzasnęła.

Przez następne dwa tygodnie analizowałam każdy rok tych dwudziestu lat. I musiałam przyznać, że Agnieszka miała rację - nie do końca, ale w dużej mierze. Kiedy odmówiłam im pożyczki, miałam na książeczce ponad dwadzieścia tysięcy. Mogłam dać te pięć tysięcy i dalej odkładać.

Dlaczego tego nie zrobiłam? Bo w mojej głowie pieniądze na książeczce były święte. Nietykalne. Przeznaczone na cel, który sama sobie wyznaczyłam. A prośba córki była czymś innym - bieżącym wydatkiem, nie wielkim planem. Nie rozumiałam wtedy, że czasem pomoc teraz jest warta więcej niż prezent za dziesięć lat.

Zadzwoniłam do Agnieszki w trzecim tygodniu. Odebrała po czwartym sygnale.

- Miałaś rację - powiedziałam. - Nie całkiem, ale w tym, co ważne. Przepraszam.

Cisza. Potem usłyszałam, jak bierze głęboki oddech.

- Mamo, ja wiem, że ty to zrobiłaś z miłości. Ja to wiem. Ale ta miłość była na twoich zasadach. Zawsze.

Umówiłyśmy się na kawę w następną sobotę. Przyszła. Kopertę otworzyła. Rozmawiałyśmy trzy godziny - o pieniądzach, o dumie, o tym, jak Tadeusz zawsze mówił, że proszenie o pomoc to słabość, i jak bardzo to we mnie zostało.

Zuzia dostanie swoją połowę na urodziny. Kacper za trzy lata swoją. Ale Agnieszka poprosiła mnie o jedno - żebym nigdy więcej nie podejmowała za nią decyzji o tym, czego jej dzieci potrzebują.

Wieczorem, po jej wyjściu, stałam w kuchni i myłam filiżanki. Za oknem gasły latarnie na Przymorzu i zaczynało świtać. Pomyślałam, że przez dwadzieścia lat odkładałam pieniądze na przyszłość wnuków, a nie zauważyłam, że ich teraźniejszość dzieje się tuż obok - i potrzebuje mnie bardziej.