Wnuczka miała iść na studia, więc zaproponowałam, że zamieszka u mnie - za darmo, w centrum. Gdybym wiedziała, czym skończy się ta moja propozycja, pewnie ugryzłabym się w język tamtego wieczoru przy niedzielnym obiedzie. Ale skąd mogłam wiedzieć? Chciałam po prostu pomóc.

Oliwia dostała się na pedagogikę w Krakowie. Marzena - moja córka - zadzwoniła z tą wiadomością w lipcu, a ja od razu pomyślałam: przecież mam dwa pokoje, kuchnia jest duża, łazienka wyremontowana trzy lata temu.

Po co dziecko ma wynajmować jakąś klitę za półtora tysiąca, kiedy babcia mieszka piętnaście minut piechotą od uczelni? Trzydzieści osiem lat przepracowałam w aptece i dobrze wiedziałam, co to znaczy liczyć każdą złotówkę. Chciałam oszczędzić Marzenie tego stresu.

Córka się ucieszyła. Oliwia - chyba mniej, ale uśmiechnęła się grzecznie i powiedziała: - Dzięki, babciu. Super.

Powinnam była zwrócić uwagę na to "super". Na tę uprzejmość, za którą nie było entuzjazmu. Ale kto tam analizuje słowa dziewiętnastolatki.

Pierwszego września Oliwia przyjechała z trzema walizkami i kartonem książek. Ustawiłam jej pokój najlepiej jak umiałam. Nowa pościel, lampka na biurko, półka wyczyszczona pod podręczniki. Na komodzie zostawiłam mały wazonik z astrami z działki.

Pierwszego dnia ugotowałam rosół. Usiadłyśmy razem, rozmawiałyśmy o zajęciach, o wykładowcach. Było ciepło i dobrze. Pomyślałam - ile to lat byłam sama po śmierci Kazimierza. Wreszcie jest po co gotować na dwie osoby.

Przez pierwszy miesiąc było pięknie. No, prawie pięknie. Oliwia wracała późno, ale uprzedzała SMS-em. Nie jadła śniadań - zostawiałam jej kanapki pod folią, choć wiedziałam, że trafiają do kosza. Nie komentowałam. Młodzi mają swoje zwyczaje.

Potem zaczęły się drobnostki. Naczynia w zlewie na drugi dzień. Muzyka z pokoju po jedenastej - nie głośna, ale na tyle, żeby nie dać mi zasnąć. Kiedy delikatnie wspomniałam o naczyniach, Oliwia westchnęła tak, jakbym kazała jej kopać rowy.

- Babciu, ogarnę. Daj mi chwilę.

Ta chwila trwała zwykle do momentu, aż sama zmywałam.

Nie chciałam być marudną babką. Naprawdę nie chciałam. Pamiętam, jak moja teściowa pilnowała każdej łyżeczki, każdego okruszka, i jak mnie to dusiło na początku małżeństwa z Kazimierzem. Więc milczałam. Starałam się nie wchodzić Oliwii w drogę, nie zaglądać do pokoju, nie pytać, z kim rozmawia przez telefon do pierwszej w nocy.

Ale jedno robiłam zawsze - wchodziłam do jej pokoju raz w tygodniu, żeby otworzyć okno i przetrzeć parapet. Nie grzebałam w rzeczach. Po prostu - wietrzenie. Tak jak robiłam w tym pokoju od czterdziestu lat.

Pod koniec października wróciłam z cmentarza - na grobie Kazimierza wymieniłam znicze, jak co roku przed Wszystkimi Świętymi - i po powrocie chciałam otworzyć okno u Oliwii, bo rano widziałam parę na szybie. Nacisnęłam klamkę. Nie puściła.

Pomyślałam, że się zacięło. Szarpnęłam mocniej.

Nic. Zamek. Ktoś wymienił zamek w drzwiach pokoju w moim własnym mieszkaniu.

Zadzwoniłam do Oliwii. Odebrała po czwartym sygnale.

- Aha, tak, babciu. Kupiłam wkładkę. Chciałam mieć trochę prywatności, to chyba normalne, nie?

Stałam na korytarzu z telefonem w ręce i nie wiedziałam, co powiedzieć. Prywatność. W moim mieszkaniu. W pokoju, w którym przez czterdzieści lat spali moi goście, potem stał rowerek Marzeny, potem maszyna do szycia, potem - przez ostatnie lata - nic, bo byłam sama.

- Oliwia - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło. - Daj mi zapasowy klucz.

- Babciu, po co ci klucz do mojego pokoju?

Do jej pokoju.

- To jest moje mieszkanie - powiedziałam cicho. - Moje. Od czterdziestu lat.

- No wiem, ale ja tu teraz mieszkam, więc to jest mój pokój. Tak się robi, babciu. Ludzie mają prawo do swojej przestrzeni.

Zadzwoniłam do Marzeny. Byłam pewna, że córka powie: przepraszam, mamo, porozmawiam z nią, to się nie powinno było zdarzyć. A Marzena powiedziała:

- Mamo, no nie przesadzaj. Oliwia jest dorosła. Może chce się przebrać bez stresu, że ktoś wejdzie. To normalne w jej pokoleniu.

- Marzena - odparłam - ja nie zaglądam jej do szafy. Ale to jest moje mieszkanie i mam prawo mieć klucz do każdego pokoju.

- No to może nie powinnaś była jej zapraszać, skoro nie jesteś gotowa na to, że ktoś potrzebuje prywatności.

Siedziałam potem w kuchni z herbatą, która wystygła, i myślałam. Nie o zamku. O czymś gorszym. O tym, że moja córka - moja Marzena, którą wychowałam, która jadła moje pierogi, która płakała mi w ramię po pierwszym złamanym sercu - stanęła po stronie dziecka przeciwko mnie. Nie po to, żeby bronić Oliwii. Po to, żeby było jej wygodnie. Bo dopóki Oliwia mieszka u mnie za darmo, Marzena nie musi się martwić o czynsz, o rachunki, o nic.

Przez kolejne trzy tygodnie Oliwia zamykała pokój na klucz, nawet kiedy wychodziła na uczelnię. Gotowałam obiady, które czasem zjadała, częściej nie. Próbowałam rozmawiać - o pogodzie, o zajęciach, o czymkolwiek - ale słyszałam tylko: - Babciu, jestem zmęczona. Pogadamy potem.

W grudniu powiedziałam Oliwii spokojnie, że po sesji zimowej chciałabym, żeby się wyprowadziła. Że to nic osobistego - ale to jest mój dom i ja muszę się w nim czuć u siebie. Oliwia wzruszyła ramionami.

Marzena zadzwoniła godzinę później. - Mamo, to nieludzkie. Wyrzucasz własną wnuczkę na bruk?

Nie wyrzucam na bruk, córko. Oddaję sobie klucz do własnego domu.

Teraz jest styczeń. Oliwia znalazła pokój w akademiku. Przy pożegnaniu powiedziała: - No to cześć, babciu. Bez urazy.

Bez urazy. Jakby chodziło o pożyczoną książkę, a nie o pół roku mojego życia.

Zamek w drzwiach pokoju wymieniłam od razu. Otworzyłam okno. Wietrzyłam długo, aż mróz wszedł do kuchni. Potem zamknęłam i zrobiłam sobie herbatę. Jedną filiżankę. Jak zawsze.