Ta historia zaczęła się nie wtedy, gdy Wiktor poprosił o rozwód. Zaczęła się dwa lata wcześniej, choć wtedy tego nie wiedziałam.

Zamknęłam kasę w księgowości o piątej, jak co dzień od dwudziestu trzech lat. Biuro rachunkowe na Rynku w Radomiu, drugie piętro, widok na fontannę. Znałam każdy dźwięk tego budynku - skrzypienie windy, trzask zamka u Kowalskich z parteru, stukot moich własnych obcasów na klatce schodowej. Renata Majewska, sześćdziesiąt jeden lat, dwie dorosłe córki, mąż kolejarz. Życie ułożone jak arkusz kalkulacyjny - wszystko się zgadzało. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Z Wiktorem wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym ósmym. Ja po technikum ekonomicznym, on po szkole kolejowej. Dwadzieścia lat w PKP, potem wcześniejsza emerytura - kręgosłup odmówił posłuszeństwa po latach w kabinie maszynisty.

Zawsze byliśmy oszczędni. Co miesiąc odkładaliśmy - ja więcej, bo zarabiałam regularnie, on dopłacał z emerytury. Każdy przelew odnotowywałam w zeszycie - nawyk księgowej. Na koniec roku sumowałam, sprawdzałam saldo. Wszystko się zgadzało.

Aż przestało.

Wiktor zmienił się na dwa lata przed rozwodem, choć wtedy tłumaczyłam to wiekiem, emeryturą, nudą. Zaczął wychodzić wieczorami - niby na spacer z psem, ale wracał po dwóch godzinach z zapachem papierosów, choć rzucił palenie piętnaście lat wcześniej. Kupił sobie nowy telefon - taki z dużym ekranem, którego wcześniej nie znosił. Hasło? "Dla bezpieczeństwa, Rena. Czasy się zmieniły."

Córki - Patrycja w Warszawie, Monika w Gdańsku - mówiły, że przesadzam. Że tata po prostu się starzeje. Może miały rację. A może nie chciałam widzieć tego, co widziałam.

Potem przyszedł marzec. Kolacja - pierogi z kapustą i grzybami, jego ulubione. Wiktor odłożył widelec i powiedział:

- Rena, ja chcę rozwodu.

Cisza. Zegar w kuchni tykał. Kot otarł się o moją nogę.

- Słyszałaś, co powiedziałem? - powtórzył spokojnie, jakby prosił o sól.

Słyszałam. Ale nie rozumiałam. Po trzydziestu pięciu latach "chcę rozwodu" brzmi jak zdanie w obcym języku. Znasz poszczególne słowa, ale razem nie mają sensu.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Zapytałam tylko:

- Dlaczego?

- Bo tak dalej nie potrafię - odpowiedział. I to było wszystko, co z niego wyciągnęłam.

Rozwód przeszedł przez sąd w Radomiu szybciej, niż się spodziewałam. Bez orzekania o winie - Wiktor nalegał, a ja byłam zbyt zmęczona, żeby walczyć.

Adwokatka, którą poleciła mi koleżanka z pracy, powiedziała: "Pani Renato, dajmy spokój z winą. Podzielmy majątek i niech pani żyje dalej." Majątek - mieszkanie, działka pod Kozienicami, samochód. I konto oszczędnościowe.

Ponad trzysta tysięcy złotych. Trzydzieści pięć lat życia przeliczone na cyfry. Tyle że kiedy adwokatka wystąpiła o podział środków, bank przysłał wyciąg. Saldo na koncie wynosiło cztery tysiące dwieście złotych.

Pamiętam, jak siedziałam w jej gabinecie i patrzyłam na tę kartkę. Cztery tysiące dwieście. Z trzystu. Adwokatka mówiła coś o operacjach, historii rachunku, ale ja słyszałam tylko szum, jakby ktoś włączył mi odkurzacz w głowie.

Poprosiłam o pełną historię konta za ostatnie trzy lata. I wtedy zobaczyłam.

Przelewy. Co miesiąc, od dwóch lat. Pięć tysięcy tutaj, osiem tysięcy tam, dwanaście tysięcy na początku roku. Zawsze na to samo konto - nieznany mi numer. Tytuły przelewów: "darowizna", "pożyczka", "zwrot". Wiktor systematycznie, spokojnie, z precyzją, której bym się po nim nie spodziewała, opróżniał nasze wspólne konto.

Ale to nie było najgorsze.

Najgorsze było to, do kogo szły te pieniądze.

Numer konta należał do Sylwii Krajewskiej. Tydzień szukania wystarczył. Kobieta, z którą Wiktor utrzymywał kontakt od trzech lat - poznali się na portalu dla osób w dojrzałym wieku. Czterdzieści osiem lat, Lublin, niewielki sklep z kosmetykami. Sklep, który - jak się okazało - mój mąż finansował z naszych wspólnych oszczędności.

Trzysta tysięcy złotych. Trzydzieści pięć lat oszczędzania. Na sklep z kosmetykami w Lublinie.

Adwokatka powiedziała, że mam prawo żądać rozliczenia przy podziale majątku. Że sąd może uznać roztrwonienie majątku wspólnego. Że jest szansa.

Wiesz, co jest najtrudniejsze? Nie pieniądze. Pieniądze to cyfry, a cyfry można odzyskać. Najtrudniejsze jest to, że przez dwa lata jadłam z tym człowiekiem kolacje, robiłam mu herbatę na wieczór - a on planował, kalkulował, przelewał. Każdy przelew wymagał decyzji. Każdego miesiąca świadomie wybierał ją, a nie nas.

Patrycja nie rozmawia z ojcem od dwóch miesięcy. Monika próbuje być dyplomatką, ale słyszę w jej głosie zmęczenie. Ja? Siedzę wieczorami w mieszkaniu, które teraz jest tylko moje, i patrzę na ten zeszyt - dwadzieścia trzy lata wpisów, każdy przelew, każda suma. Idealny dokument naszego wspólnego życia, które okazało się jednostronną umową.

Sprawa w sądzie trwa. Adwokatka mówi, że mamy mocną pozycję. Ale ja nie myślę o wygrywaniu. Myślę o tym, że przez trzydzieści pięć lat byłam pewna jednej rzeczy - że wiem, z kim żyję. I że ta pewność była warta więcej niż wszystkie pieniądze na jakimkolwiek koncie.

Wczoraj w pracy pomyliłam kolumnę w arkuszu. Pierwszy raz od dwudziestu trzech lat. Koleżanka Jola powiedziała: "Renata, każdemu się zdarza." Uśmiechnęłam się, bo miała rację. Każdemu się zdarza. Pomyłka w arkuszu. Pomyłka w człowieku. Tylko ta druga kosztuje znacznie więcej