Zdjęcie wyświetliło się o dwudziestej trzeciej, kiedy leżałam już w łóżku z kubkiem ostygłej herbaty i serialem, którego i tak nie oglądałam. Lazurowa woda, biały taras, dwa kieliszki wina na stoliku.

I Darek - opalony, uśmiechnięty, w koszuli, którą kupowałam mu trzy lata temu na imieniny. Obok niego blondynka w słomkowym kapeluszu. Podpis od Pauliny: "Mamo, przepraszam, ale musisz to zobaczyć".

Odłożyłam telefon ekranem w dół. Potem wzięłam go z powrotem. Powiększyłam zdjęcie. Sprawdziłam, czy to na pewno Kreta - w tle był napis po grecku na serwetce. Potem zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu, bo tak mi kiedyś poradziła terapeutka. Nie pomogło.

Cztery miesiące wcześniej Darek stał przed sędzią w sądzie okręgowym na Marszałkowskiej i mówił, że zarabia dwa tysiące osiemset złotych netto. Że wynajmuje pokój u kolegi. Że samochód sprzedał. Że po prostu - nie stać go. Rozkładał ręce z taką miną, jakby go los kopnął. Sędzina patrzyła na niego znad okularów, a ja siedziałam po drugiej stronie sali i zaciskałam zęby tak mocno, że wieczorem bolała mnie szczęka.

Dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Poznaliśmy się w dziewięćdziesiątym ósmym roku, na imprezie u mojej koleżanki z technikum. Darek wtedy jeździł busem po towar do Berlina - takie czasy.

Ja pracowałam w księgowości w hurtowni materiałów budowlanych na Targówku. Wzięliśmy ślub szybko, bo Paulina była już w drodze. Mieszkanie na Bródnie - czterdzieści sześć metrów, parter, okna na parking. Kredyt wzięłam na siebie, bo Darek był wtedy na umowie zlecenie i bank go nie chciał.

I tak to zostało. Kredyt na mnie. Mieszkanie - wspólne. Darek z czasem rozkręcił mały biznes, naprawy sprzętu AGD, jeździł po całej Warszawie, łatał pralki, zmywarki, lodówki. Gotówka, umowy o dzieło, wszystko na żonę kolegi albo na nikogo. Przez lata tolerowałam to, bo pieniądze wchodziły, Paulina miała co jeść, a ja nie miałam siły walczyć o każdy paragon.

Kiedy odszedł - a odszedł nagle, w środku marca, zostawiając kartkę na stole i połowę szafy pustą - nagle okazało się, że oficjalnie nie ma nic. Żadnego majątku. Żadnych oszczędności. Samochód - przepisany na brata miesiąc wcześniej. Konto firmowe - zamknięte. Na papierze Darek był biedniejszy od studenta po pierwszym roku.

Moja adwokat, pani Karina, powiedziała mi wprost: - Pani Renato, udowodnienie ukrytych dochodów to jest droga przez mękę. Sąd widzi PIT i wyciąg z konta. A tam jest pusto.

Więc zostałam sama. Z kredytem - jeszcze osiem lat spłaty. Z Pauliną na trzecim roku dziennikarstwa, która potrzebowała pieniędzy na akademik i książki. Z mamą w Siedlcach, która dzwoniła co wieczór i pytała, czy dobrze jem. Z wypłatą sześć tysięcy dwieście, z której po racie zostawało tyle, co kot napłakał.

Nie płakałam. Nie miałam na to czasu. Rano wstawałam o piątej czterdzieści, bo musiałam zdążyć na autobus do biura. Wieczorem gotowałam na dwa dni do przodu, bo tak wychodziło taniej.

W weekendy brałam dodatkowe zlecenia - rozliczanie PIT-ów dla znajomych, drobna księgowość dla osiedlowego sklepu z częściami samochodowymi. Paulina pomagała, dorabiała na kasie w Żabce, ale widziałam, jak się kurczy. Jak przestaje wychodzić ze znajomymi, bo nie ma za co.

A potem przyszło to zdjęcie. Kreta. Lazurowa woda. Koszula za sto pięćdziesiąt złotych, którą wybrałam w galerii na Woli.

Następnego dnia zadzwoniłam do pani Kariny. Powiedziałam, że mam dowód. Usłyszałam: - Zdjęcie z wakacji to nie jest dowód ukrytych dochodów.

- Ale on mówił sądowi, że wynajmuje pokój za osiemset złotych! - prawie krzyczałam.

- Pani Renato. To mogła zapłacić ta kobieta. To mogła być wygrana w totolotka. Sąd potrzebuje twardych danych. PITy, przelewy, faktury.

Rozłączyłam się i siedziałam w kuchni, patrząc na brudne garnki w zlewie. Paulina napisała wieczorem: "Mamo, nie pokazałam ci tego, żebyś cierpiała. Pokazałam, żebyś się wkurzyła. I coś z tym zrobiła."

Zrobiłam. Nie od razu i nie łatwo, ale zrobiłam.

Zaczęłam szukać. Nie jak detektyw z filmu, tylko jak księgowa z dwudziestoletnim stażem, która wie, gdzie ludzie chowają pieniądze. Sprawdziłam CEIDG - Darek oficjalnie nie miał firmy. Ale jego brat - ten sam, na którego przepisał auto - nagle prowadził działalność w branży napraw AGD. Zarejestrowaną dwa tygodnie po naszym rozwodzie. Pod adresem, który znałam - to był garaż Darka na Pradze, wynajmowany od znajomego.

Pani Karina tym razem słuchała uważniej.

- To jeszcze nie jest bezpośredni dowód - powiedziała. - Ale to jest trop. Proszę złożyć wniosek o zmianę orzeczenia alimentacyjnego z powołaniem na nowe okoliczności. Dopiszemy wniosek o zobowiązanie go do ujawnienia źródeł utrzymania.

Trwało to pięć miesięcy. Pięć miesięcy dodatkowych pism, terminów, nerwów. Paulina w tym czasie skończyła studia i dostała staż w redakcji. Mama z Siedlec przyjechała na tydzień i ugotowała tyle bigosu, że zamrażarka ledwo się zamknęła. Koleżanka Basia z pracy chodziła ze mną na rozprawy, bo bałam się siedzieć tam sama.

Na ostatniej rozprawie Darek wyglądał inaczej. Nie rozkładał już rąk. Jego adwokat próbował tłumaczyć, że firma brata to firma brata, ale sędzina - inna niż poprzednio, starsza, z takim spojrzeniem, które mówi "proszę mnie nie lekceważyć" - dopytywała. O garaż. O samochód. O klientów, którzy dziwnym trafem dzwonili pod stary numer Darka.

Nie dostałam milionów. Sąd zasądził tysiąc dwieście złotych miesięcznie na Paulinę, wstecz od daty pierwotnego wniosku. Plus koszty postępowania. Darek wyszedł z sali bez słowa. Nie patrzył na mnie. Nie patrzył na nikogo.

Czy jestem zadowolona? Nie wiem, czy to właściwe słowo. Czuję ulgę. Czuję, że odzyskałam kawałek sprawiedliwości - nie całą, bo całej pewnie nigdy nie będzie. Kredyt dalej spłacam sama. Mieszkanie na Bródnie dalej jest na parterze, dalej widać parking.

Ale wczoraj Paulina przysłała mi inne zdjęcie. Ona w redakcji, z identyfikatorem na szyi, uśmiechnięta. Podpis: "Mamo, dałyśmy radę".

Schowałam telefon. Tym razem ekranem do góry.