Gdybym tamtego wieczoru powiedziała "nie", dziś nie budziłabym się o czwartej rano z żołądkiem ściśniętym ze strachu. Nie liczyłabym każdej złotówki w portfelu. Nie unikałabym wzroku koleżanek z pracy, które pytają, czemu schudłam.

Ale tamtego wieczoru Agnieszka płakała. A ja nigdy nie umiałam patrzeć, jak moje dziecko płacze.

Mam na imię Renata i od dwudziestu sześciu lat pracuję w wydziale komunikacji jednej z warszawskich dzielnic. Wydaję prawa jazdy, rejestruję samochody, przyjmuję wnioski. Znam procedury na pamięć. Znam formularze, pieczątki, terminy. Ale kiedy chodziło o moje własne życie - okazało się, że żadna procedura nie chroni przed głupotą matczynego serca.

Z mężem Jerzym rozstałam się piętnaście lat temu. Bez dramatu, bez trzaskania drzwiami - po prostu pewnego dnia obudziłam się i zrozumiałam, że od lat żyjemy jak współlokatorzy.

Agnieszka miała wtedy szesnaście lat. Wzięła to ciężko, ale jakoś przeżyłyśmy. Od tamtej pory byłyśmy drużyną. Ja i ona. Dwie baby w trzypokojowym mieszkaniu na Bemowie, z kotem Filemoncykiem i geranium na parapecie.

Kiedy Agnieszka poznała Damiana, miała dwadzieścia osiem lat. Cieszył mnie ten związek - naprawdę. Damian pracował jako kierownik zmiany w jakiejś firmie logistycznej za Warszawą.

Wydawał się spokojny, poukładany. Na moje imieniny przyniósł kwiaty i czekoladki. "Pani Renato, pięknie tu pani ma" - powiedział, rozglądając się po moim zwyczajnym mieszkaniu, i uśmiechnął się tak, że chciałam mu wierzyć.

Ślub wzięli w maju, dwa lata temu. Skromny, w urzędzie, potem obiad w restauracji dla dwudziestu osób. Agnieszka miała wianek z polnych kwiatów i wyglądała jak ze snu. Zamieszkali razem na Białołęce, w wynajmowanym mieszkaniu. Wszystko szło dobrze. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Zaczęło się jesienią, rok po ślubie. Agnieszka zadzwoniła w sobotę wieczorem. Od razu poznałam po głosie, że coś jest nie tak.

- Mamo, mogę przyjechać?
- Oczywiście. Stało się coś?
- Porozmawiamy na miejscu.

Przyjechała z czerwonymi oczami i torbą, z której wystawał rękaw swetra. Usiadła na kanapie, a Filemon od razu wskoczył jej na kolana, jakby wiedział.

- Damian chce kupić samochód - powiedziała w końcu. - Na kredyt. Ale nie ma zdolności kredytowej, bo... bo zmienił pracę i jest na okresie próbnym. Bank powiedział, że z poręczycielem dadzą.

Pamiętam, że zaschło mi w gardle.

- I ty chcesz, żebym poręczyła.

Nie pytałam. Stwierdzałam.

Agnieszka pokiwała głową i wtedy zaczęła płakać. Że Damian potrzebuje auta do nowej pracy, że bez samochodu nie dojedzie, że jeśli straci tę robotę, to nie dadzą rady z czynszem. Że ona go kocha. Że prosi mnie nie za siebie, tylko za nich.

Przez dwadzieścia sześć lat w urzędzie widziałam setki umów. Wiedziałam dokładnie, co oznacza poręczenie. Wiedziałam, że jeśli Damian przestanie płacić, bank przyjdzie do mnie. Wiedziałam to głową. Ale brzuch, serce, ta część mnie, która przez trzydzieści lat budziła się w nocy, kiedy Agnieszka kaszlała - ta część powiedziała: "To twoje dziecko. Pomóż."

Podpisałam.

Sześćdziesiąt dwa tysiące złotych. Rata - tysiąc dwieście osiemdziesiąt miesięcznie. Damian odebrał srebrnego Forda Focusa z salonu i przyjechał pod mój blok, żeby podziękować. "Pani Renato, nie pożałuje pani" - powiedział. Uścisnął mi rękę. Mocno, pewnie. Wierzyłam mu.

Osiem miesięcy później Agnieszka znowu stała w moim przedpokoju z torbą.

- Odchodzę od niego.

Tym razem nie płakała. Miała twarz jak z kamienia. Dowiedziałam się po kawałku. Że Damian zaczął wracać późno. Że kłamał. Że znalazła wiadomości w telefonie - od jakiejś Oli z pracy. Że kiedy go zapytała wprost, powiedział: "No i co z tego? Ty mnie nie rozumiesz."

Nie próbowałam jej zatrzymywać. Nie przekonywałam, żeby walczyła o małżeństwo. Widziałam w jej oczach to samo, co piętnaście lat temu widziałam w lustrze - spokojną pewność, że to koniec.

Ale kiedy pierwszy szok minął, przyszła ta druga myśl. Zimna jak grudniowy poranek na przystanku.

- Agnieszka... a kredyt?

Córka spuściła głowę.

- Samochód jest na niego. Mamo, ja próbowałam rozmawiać, ale on... On mówi, że to jego auto i jego sprawa.

- Ale raty to MOJA sprawa - powiedziałam i usłyszałam, jak drży mi głos. - Jeśli on przestanie płacić...

- Mamo, przepraszam. Ale ja nic nie mogę zrobić.

To zdanie. Te sześć słów. Słyszę je do dziś, kiedy otwieram kopertę z banku.

Damian płacił jeszcze dwa miesiące po ich rozstaniu. Potem przestał. W styczniu dostałam pierwsze wezwanie. Uprzejme, urzędowe - takie same, jakie ja sama wystawiałam ludziom przez lata. "Szanowna Pani, informujemy, że jako poręczyciel..."

Poszłam do prawnika. Za dwieście złotych dowiedziałam się tego, co już wiedziałam - poręczyciel odpowiada solidarnie. Bank ma prawo żądać ode mnie spłaty. Mogę dochodzić zwrotu od Damiana, ale to oznacza sprawę sądową, komornika, miesiące czekania. A raty idą co miesiąc. Bez litości.

Zarabiam nie tak dużo. Rata kredytu to tysiąc dwieście osiemdziesiąt. Czynsz, rachunki, jedzenie, leki na ciśnienie. Zostaje mi tyle, że jak zepsuje się pralka, to nie wiem, skąd wziąć na nową.

Najtrudniejsze nie są pieniądze. Najtrudniejsza jest cisza, kiedy próbuję o tym porozmawiać z Agnieszką.

- Mamo, no co ja mogę? Nie mam takich pieniędzy. Sama ledwo wiążę koniec z końcem.

- Ale to TY mnie w to wciągnęłaś.

- Ja? Ja cię prosiłam, a ty mogłaś powiedzieć nie!

I tu się zatrzymuję. Bo ona ma rację. Mogłam. Nikt mi pistoletu do głowy nie przykładał. Podpisałam, bo płakała, bo chciałam, żeby była szczęśliwa, bo przez trzydzieści lat myślałam, że dobra matka mówi "tak". Że dobra matka ratuje. Że dobra matka się poświęca.

A potem dobra matka siedzi sama w kuchni o czwartej rano i liczy, ile rat jeszcze zostało. Trzydzieści dwa miesiące. Trzydzieści dwa razy tysiąc dwieście osiemdziesiąt. Za samochód, którym jeździ obcy mi facet do obcej mi kobiety.

Koleżanka Basia z pracy mówi, żebym złożyła pozew. Prawnik mówi, że mam szanse, ale to potrwa. Agnieszka mówi "przepraszam" i zmienia temat. Damian nie odbiera telefonu.

A ja siedzę wieczorami na kanapie, Filemon mruczy mi na kolanach, i myślę o jednym. Nie o pieniądzach. Nie o Damianie. Myślę o tej chwili, kiedy Agnieszka przyjechała z torbą i zapłakała, a ja poczułam ten stary, znajomy skurcz - tę potrzebę, żeby naprawić, uratować, zabrać ból. I zastanawiam się, czy miłość, która nie potrafi powiedzieć "nie", to w ogóle jest miłość. Czy to nie jest po prostu strach.

Wczoraj w pracy rejestrowałam Forda Focusa. Inny rocznik, inny kolor. Ale model ten sam. Właściciel się uśmiechnął i powiedział: "Świetne auto, oszczędne, polecam." Pokiwałam głową, wbiłam dane do systemu i pomyślałam, że chyba pierwszy raz w życiu nienawidzę samochodu.

Trzydzieści dwa miesiące. Tyle mi jeszcze zostało. A potem - może wtedy - nauczę się w końcu, że "nie" to też jest odpowiedź. I że czasem jest jedyną właściwą.