Sześćdziesiąt tysięcy złotych. Całe życie odkładałam je grosz do grosza, żeby ktoś z mojej rodziny mógł stanąć na własnych nogach.
A teraz patrzę przez okno na parking pod blokiem, na ten srebrny samochód z wypchaną tapicerką, i czuję, jakby ktoś mi wyrwał coś z piersi. Nie pieniądze. Coś więcej.
Mam na imię Lucyna, w tym roku skończyłam sześćdziesiąt osiem lat. Trzydzieści pięć z nich przepracowałam na poczcie - najpierw przy sortowaniu, potem przy okienku. Odkładać zaczęłam, kiedy Dawid się urodził.
Grzegorz z Patrycją mieli już wtedy swoje mieszkanie, kupione na kredyt, więc pomoc im nie była potrzebna. Ale pomyślałam sobie: wnuk kiedyś dorośnie, będzie potrzebował startu. I zaczęłam.
Co miesiąc, ile się dało. Czasem sto złotych, czasem pięćset. Były miesiące, że nic - bo leki, bo nowa pralka, bo dopłata do czynszu. Ale książeczka rosła. Dwadzieścia trzy lata drobnych wpłat, odsetek, cierpliwości.
Grzegorz to mój jedynak. Wychowałam go sama, bo Władek odszedł, kiedy chłopak miał cztery lata. Nie umarł - po prostu sobie poszedł. Do innej kobiety, do innego miasta, do innego życia. Alimenty przychodziły nieregularnie, potem przestały. Jakoś dałam radę. Grzegorz skończył technikum, poszedł do pracy w zakładzie produkcyjnym, ożenił się z Patrycją. Mają syna - mojego wnuka Dawida.
Dawid. Dwadzieścia trzy lata, jasne włosy po matce, uśmiech taki, że trudno mu odmówić czegokolwiek. Jako dziecko przychodził do mnie na rosół w każdą niedzielę. Siadał przy stole, pomagał nakrywać, pytał: - Babciu, opowiesz mi o starych czasach? - I opowiadałam. O tym, jak jako młoda dziewczyna marzyłam o własnym mieszkaniu. Jak stałam w kolejce po przydział. Jak wreszcie dostałam te dwa pokoje na trzecim piętrze bloku przy Piłsudskiego i płakałam ze szczęścia.
Kiedy Dawid skończył studia - zarządzanie, zaocznie, ale skończył - powiedział mi, że chce się usamodzielnić. Że wynajmuje pokój z dwoma kolegami, ale marzy o czymś swoim. Może kawalerka, może małe dwa pokoje. Serce mi rosło. Pomyślałam wtedy o książeczce.
Przez te wszystkie lata na książeczce zebrało się sześćdziesiąt tysięcy. Wiedziałam, że to nie kupi mieszkania - ale na wkład własny do kredytu powinno wystarczyć. W Siedlcach da się jeszcze znaleźć coś małego za rozsądne pieniądze. Nie Warszawa.
Pamiętam ten dzień. Poszliśmy razem do banku, ja i Dawid. Wypłata, przelew na jego konto. Urzędniczka za szybą spojrzała na mnie znad okularów, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała. Dawid objął mnie na chodniku przed bankiem.
- Babciu, nie zawiodę cię - powiedział. - Jak się urządzę, to będziesz miała swój fotel u mnie. Z widokiem na balkon.
Wierzyłam mu. Tak po prostu - wierzyłam.
Minęły trzy miesiące. Dawid nie dzwonił tak często jak wcześniej. Kiedy pytałam o mieszkanie, mówił, że szuka, że ceny poszły w górę, że musi jeszcze trochę podzbierać do pełnego wkładu. Brzmiało to logicznie. Nie naciskałam.
A potem przyszła sobota, kiedy Grzegorz zawiózł mnie na zakupy do Kauflandu. Wracaliśmy przez osiedle Dawida i zobaczyłam go - jak wysiada z srebrnego samochodu, takiego nowego, lśniącego. Nie starego grata za kilka tysięcy. Porządnego, prawie nowego auta.
- Grzegorz, zatrzymaj się - powiedziałam cicho.
Dawid nas nie zauważył od razu. Zatrzasnął drzwi, pogłaskał maskę ręką - takim gestem, jakim się głaszcze coś cennego - i dopiero wtedy podniósł wzrok. Zobaczył mój samochód, mnie za szybą. I wiedziałam. Po jego twarzy wiedziałam wszystko.
Nie krzyczeliśmy na parkingu. Jestem z pokolenia, które nie robi scen. Weszliśmy do jego wynajmowanego pokoju - brudne kubki na parapecie, laptop na łóżku, buty w przedpokoju - i tam Dawid powiedział mi prawdę. Że samochód kosztował pięćdziesiąt osiem tysięcy. Że potrzebował go do pracy, bo dostał zlecenia na dojazdy. Że mieszkanie poczeka.
- Babciu, to inwestycja - mówił, nie patrząc mi w oczy. - Bez auta nie zarobię na ten kredyt.
Siedziałam na brzegu krzesła i patrzyłam na swoje ręce. Pomarszczone, suche od lat pracy przy papierach, od prania, od gotowania. Te ręce odkładały każdą złotówkę z myślą o czymś konkretnym. O dachu nad głową. Nie o lśniącej masce samochodu.
Kiedy wieczorem powiedziałam Grzegorzowi - bo musiałam komuś powiedzieć, bo dusiłam się - usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam.
- Mamo, to już jego pieniądze. Nie mieszaj się. Chłopak jest dorosły, wie, co robi.
- Grzegorz, ja mu te pieniądze dałam na mieszkanie. Na mieszkanie, nie na samochód.
- A spisałaś jakąś umowę? Nie? No to są jego. Daj mu spokój.
Cisza, która nastąpiła po tych słowach, była inna niż zwykła cisza. Ciężka. Wilgotna. Jakby ktoś zamknął drzwi, które już nigdy nie otworzą się tak samo.
Nie chodziło mi o te sześćdziesiąt tysięcy. Naprawdę nie. Chodziło o to, że całe życie odkładałam coś, co miało sens - i ktoś ten sens zamienił na cztery koła i klimatyzację. A mój własny syn powiedział mi, żebym się nie mieszała. Jakbym była obcą babką z ławki pod blokiem, a nie kobietą, która go karmiła, ubierała i posłała do szkoły.
Przez dwa tygodnie nie odebrałam telefonu od Dawida. Na trzeci tydzień przyszedł. Stał w drzwiach z torbą jabłek - bo wiedział, że piekę szarlotkę w piątki.
- Babciu, przepraszam - powiedział. I coś w jego głosie brzmiało inaczej niż tamtego dnia na parkingu. Ciszej. Szczerzej.
Wpuściłam go. Zrobiłam herbatę. Nie powiedziałam, że jest w porządku, bo nie jest. Nie powiedziałam, że mu przebaczam, bo jeszcze nie wiem. Powiedziałam tylko:
- Dawid, ja nie żałuję tych pieniędzy. Żałuję, że mnie okłamałeś. Bo pieniądze to papier. A zaufanie to jest coś, czego się nie da wpłacić z powrotem na żadną książeczkę.
Siedzieliśmy w ciszy, pijąc herbatę z tych samych filiżanek, z których pił, kiedy miał sześć lat i opowiadałam mu o starych czasach.
Dawid szuka mieszkania - mówi, że na poważnie, że już odkłada. Może mówi prawdę. Może nie. Grzegorz dalej uważa, że się mieszam. A ja dalej się budzę o piątej rano, jak przez całe życie, robię herbatę i siadam przy stole, na którym stoją dwie filiżanki z niedzieli. Ta jego jeszcze nieumyta.
Sześćdziesiąt tysięcy złotych. Cena lekcji, której nikt nie zamawiał. Ale każdy w tej historii - ja, Dawid i Grzegorz - musi ją teraz spłacać po swojemu.