Ojciec przed śmiercią powiedział, że zostawił testament u notariusza. Koperta leżała na wierzchu, jakby czekała. Biała, firmowa, z wytłoczonym logo kancelarii notarialnej i adresem przy ulicy Żeromskiego.

Wyjęłam ją z teczki, którą tata trzymał w szafce nocnej - tej samej, w której przez trzydzieści lat przechowywał swoje leki na ciśnienie i starą latarkę na wypadek awarii prądu.

Dwa dni po pogrzebie. Jeszcze pachniało chryzantemami, jeszcze na stole w kuchni stały talerze po stypie, jeszcze nie zdążyłam zebrać się do sprzątania. Ale tata prosił, żebym się tym zajęła od razu.

"Renata, testament jest u notariusza, nie odkładaj tego" - powiedział mi tydzień przed śmiercią, kiedy leżał już na szpitalnym łóżku wypożyczonym z hospicjum. Miał taki spokojny głos, jakby wszystko było załatwione. Jakby nie było się czym martwić.

Miałam pięćdziesiąt trzy lata i dopiero uczyłam się, jak to jest, kiedy dzwoni telefon i nikt po drugiej stronie nie pyta, czy zjadłam obiad. Tata - Stanisław - chorował od półtora roku. Rak płuc, nieoperacyjny.

Przez ostatnie miesiące opiekowałam się nim sama w jego mieszkaniu na osiedlu Leśnym w Olsztynie, bo brat Grzegorz mieszkał pod Wrocławiem i przyjeżdżał raz w miesiącu na weekend.

Mój mąż Adam pomagał, jak mógł - przywoził zakupy, zamieniał pościel - ale to ja zostawiałam pracę w aptece wcześniej, ja nocowałam na kanapie obok jego łóżka, ja trzymałam go za rękę, kiedy bał się zasnąć.

Kiedy weszłam do kancelarii notarialnej trzy dni po pogrzebie, byłam spokojna. Wiedziałam, co tata zapisał - mówił mi o tym otwarcie. Mieszkanie dla mnie, bo to ja się nim opiekowałam. Działka pod Olsztynem dla Grzegorza. Oszczędności - pół na pół. Proste, sprawiedliwe, bez niespodzianek.

Notariusz - starszy mężczyzna w okularach, uprzejmy, rzeczowy - poprosił mnie, żebym usiadła.

- Pani Renato, muszę panią poinformować, że pani ojciec zmienił testament - powiedział, otwierając teczkę. - Czternaście dni przed śmiercią.

Pamiętam, że najpierw pomyślałam: "To pewnie drobna korekta". Może dodał zapis o książkach, które kochał, albo o zegarku dziadka.

- Całość majątku została zapisana jednej osobie - kontynuował notariusz. - Pani Agnieszce Walczak.

Powtórzył to nazwisko. Agnieszka Walczak. Patrzyłam na niego i czekałam, aż powie, że to pomyłka. Że przesłyszałam się. Że to jakiś żart. Nie powiedział.

- Nie znam żadnej Agnieszki Walczak - wyszeptałam.

Notariusz spojrzał na mnie ze współczuciem, ale nic nie mógł dodać. Był związany tajemnicą. Powiedział tylko, że tata przyszedł sam, był przytomny, podpisał dokumenty.

Dwa tygodnie przed śmiercią, kiedy ja byłam w pracy, a Adam zawiózł tatę na tak zwany "spacer po mieście". Tata prosił Adama, żeby podrzucił go pod aptekę na Kościuszki. Adam wysadził go i pojechał na zakupy. Tata nie poszedł do apteki.

Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni taty, przy tym samym stole, przy którym jedliśmy niedzielne obiady przez całe moje dzieciństwo. Cerowany obrus, wazon z jednym suszonymi kwiatem, kubek z napisem "Najlepszy dziadek", który wnuczka Zosia pomalowała mu trzy lata temu. Zadzwoniłam do Grzegorza.

- Grzesiek, tata zmienił testament. Zapisał wszystko jakiejś kobiecie. Agnieszka Walczak. Znasz ją?

Cisza. Długa cisza. Potem brat powiedział cicho:

- Renata, usiądź.

- Siedzę.

- Tata mi o niej wspomniał. Raz. Z pół roku temu. Myślałem, że żartuje, albo że to leki.

Grzegorz mówił urywanymi zdaniami. Że tata podczas jednego z jego weekendowych wizyt, wieczorem, przy herbacie, powiedział coś o "kobiecie, która mu pomogła, kiedy mama odeszła".

Nasza mama zmarła dwanaście lat temu na udar. Tata był wtedy w rozsypce. Przez pierwsze miesiące nie wychodził z domu. Potem powoli wrócił do życia - spacery, działka, brydż z kolegami z osiedla.

- Myślałem, że chodzi o kogoś z brydża, o sąsiadkę - Grzegorz się jąkał. - Nie pytałem dalej.

Nie spałam dwie noce. Trzeciej nocy zaczęłam szukać. W papierach taty, w szufladach, w kieszeniach marynarek. Znalazłam jedno zdjęcie - małe, kolorowe, wsunięte między strony książki Sienkiewicza. Kobieta, może sześćdziesięcioletnia, drobna, w granatowej kurtce, na tle jeziora. Z tyłu dopisek ołówkiem: "Mikołajki, czerwiec".

To Agnieszka Walczak miała klucz do zagadki ostatnich lat mojego ojca.

Znalazłam ją przez księgę wieczystą - figurowała jako właścicielka niewielkiego domu pod Mikołajkami. Pojechałam tam w sobotę, sama. Adam chciał jechać ze mną, ale odmówiłam. To była sprawa między mną a tatą. A tata już nie mógł odpowiedzieć.

Dom stał na końcu żwirowej drogi, wśród sosen. Mały, zadbany, z gankiem pełnym doniczek. Otworzyła mi kobieta ze zdjęcia - drobna, z siwymi włosami zaplecionymi w luźny warkocz.

- Pani Renata - powiedziała. Nie zapytała, kim jestem. Wiedziała.

Zaprosiła mnie do środka. Wnętrze było skromne, czyste, z półkami pełnymi książek. Na komodzie stało zdjęcie taty - młodszego, uśmiechniętego, jakiego nie widziałam od lat. Na parapecie leżały jego okulary do czytania. Te drugie, których szukałam po całym mieszkaniu.

Agnieszka opowiadała spokojnie, bez pośpiechu. Poznała tatę osiem lat temu na turnusie rehabilitacyjnym w Ciechocinku. On po zawale, ona po operacji biodra. Rozmawiali, spacerowali, wymienili się numerami telefonów.

Potem tata zaczął jeździć nad jezioro - najpierw raz na kilka miesięcy, potem częściej. Agnieszka była wdową, bezdzietną, samotną. Tata też był samotny - inaczej niż ja to widziałam.

- Pani ojciec mówił o paniach z dumą - powiedziała Agnieszka, nalewając herbatę. - O pani, że jest odpowiedzialna. O Grzegorzu, że ma złote serce. Ale mówił też, że się wstydzi.

- Czego? - zapytałam.

- Że jest szczęśliwy. Że po śmierci żony znalazł kogoś. Bał się, że panie go osądzą. Że powie pani, a pani się obrazi na niego. Że powie Grzegorzowi, a Grzegorz poczuje, że zdradził pamięć mamy.

Siedziałam w tym obcym domu i patrzyłam na okulary ojca na parapecie. Przez osiem lat tata miał kogoś bliskiego, kogoś, kto go rozumiał - i nie powiedział mi ani słowa. Nie dlatego, że mi nie ufał. Dlatego, że się bał. Bał się, że córka, która zmienia mu pościel i trzyma za rękę, nie zrozumie, że jej ojciec potrzebuje czegoś więcej niż opieki.

Agnieszka nie chciała mieszkania. Powiedziała to od razu, bez ceregieli.

- Nie potrzebuję pana Stanisława majątku. Potrzebowałam pana Stanisława. Ale on był uparty. Chciał mi coś zostawić, bo mówił, że za życia nie potrafił dać mi wystarczająco dużo.

Wracałam do Olsztyna i płakałam. Ale nie ze złości. Płakałam, bo przez osiemnaście miesięcy choroby, przez te wszystkie noce na kanapie, przez to zmęczenie i poświęcenie - byłam przekonana, że znam swojego ojca.

Znałam pacjenta. Znałam tatę, który potrzebuje leków o dwudziestej drugiej. Nie znałam mężczyzny, który wieczorami pisał listy do kobiety nad jeziorem i bał się córki bardziej niż raka.

Spotkałam się z Grzegorzem. Porozmawialiśmy z Agnieszką. Ustaliliśmy wszystko jak dorośli ludzie - bez prawników, bez kłótni. Agnieszka przyjęła działkę i trochę oszczędności. Mieszkanie zostało w rodzinie.

Czasem jeżdżę nad to jezioro. Siadam na ganku z Agnieszką, pijemy herbatę. Opowiada mi o tacie, którego nie znałam. O człowieku, który się śmiał, żartował, planował podróże, które nigdy się nie odbyły. Patrzę na nią i myślę, że tata miał rację, że się bał. Bo gdyby mi powiedział wcześniej - nie wiem, czy bym zrozumiała.

Teraz rozumiem. I żałuję tylko jednego - że nie zdążyłam mu powiedzieć, że to było w porządku.