Telefon dzwoni codziennie o ósmej zero dwie. Nawet nie muszę patrzeć na ekran - wiem, że to ten sam numer, te same pierwsze trzy cyfry, ten sam zimny głos konsultanta, który mówi "dzień dobry, czy rozmawiam z panią Renatą Majewską".
Kiedyś odbierałam. Teraz stoję nad zlewem z kubkiem kawy i czekam, aż przestanie wibrować. Trwa to zwykle czterdzieści sekund. Czterdzieści sekund, podczas których świat wokół mnie zamiera.
Monika była moją kuzynką, ale tak naprawdę byłyśmy jak siostry. Nasze matki - bliźniaczki - wychowywały nas razem, w dwóch sąsiednich mieszkaniach na trzecim piętrze bloku przy Słowackiego.
Jedna klatka schodowa, dwa mieszkania naprzeciwko siebie, drzwi prawie zawsze otwarte. Jako dzieciaki przebiegałyśmy między nimi po dwadzieścia razy dziennie. Jej mama robiła lepszy rosół, moja - lepszy sernik.
Dzieliłyśmy się wszystkim. Ubraniami, zeszytami, sekretami o chłopakach z równoległej klasy. Kiedy w drugiej licealnej ojciec Moniki odszedł do innej kobiety, to u nas w kuchni siedziała i płakała, nie u siebie.
Potem życie nas trochę rozdzieliło, jak to bywa. Ja skończyłam technikum ekonomiczne, dostałam pracę w księgowości w firmie budowlanej i zostałam tam na dobre. Wyszłam za Darka, mechanika z zajezdni autobusowej.
Spokojne, uczciwe życie - dwupokojowe mieszkanie, syn Kacper, raty do banku, wakacje pod namiotem nad Zalewem Zegrzyńskim. Monika poszła inną drogą. Próbowała różnych rzeczy - sprzedawała kosmetyki, pracowała w solarium, potem w kwiaciarni. Nigdy na długo. Miała w sobie taki niepokój, jakby ciągle szukała czegoś, co jej umykało.
Ale kontakt utrzymywałyśmy. Święta, imieniny, urodziny. Długie rozmowy telefoniczne. Monika wiedziała o mnie wszystko, a ja o niej. Albo tak mi się wydawało.
Zadzwoniła w lutym, wieczorem. Darek oglądał mecz w pokoju, ja zmywałam po kolacji. Głos miała taki dziwnie napięty, jakby trzymała się za gardło.
- Renia, muszę cię o coś prosić. Wiem, że to duża rzecz, ale nie mam nikogo innego.
Potrzebowała poręczenia kredytu. Kwota nie była astronomiczna, ale dla naszego budżetu - poważna. Mówiła, że chce otworzyć mały sklep internetowy z rękodziełem. Że ma już dostawców, że policzyła wszystko na kartce. Że spłaci w rok, może szybciej.
- Monika, nie wiem - powiedziałam. - Muszę pogadać z Darkiem.
- Tylko nie mów mu od razu o kwocie. Najpierw powiedź, że to ja proszę. Że to rodzina.
Darek powiedział nie. Powiedział to jedno krótkie "nie" i wrócił do meczu. A ja leżałam potem w ciemności i myślałam o Monice. O tym, jak siedziała u nas w kuchni po odejściu ojca. O tym, jak pożyczyła mi pieniądze na podręczniki, kiedy byłam w technikum i mama nie miała akurat z czego dać. O tym, że rodzina to rodzina.
Następnego dnia zadzwoniłam do niej i powiedziałam, że podpiszę.
Nie powiedziałam o tym Darkowi. To był mój pierwszy błąd. Nie ostatni.
Pierwsze cztery raty Monika zapłaciła punktualnie. Nawet dzwoniła potem - "Renia, spłacone, wszystko idzie zgodnie z planem." Piąta rata się spóźniła tydzień. Szósta - dwa tygodnie. Siódma nie przyszła wcale. Zadzwoniłam. Monika odebrała, ale jej głos był inny. Suchy, zmęczony.
- Mam chwilowy problem. Daj mi miesiąc, ogarnę to.
Dałam miesiąc. Potem drugi. Po trzecim miesiącu ciszy zadzwoniłam ponownie. Numer był nieaktywny.
Pamiętam ten moment dokładnie. Stałam na przystanku autobusowym po pracy, padał drobny deszcz i wiało. Sygnał, sygnał, komunikat: "Wybrany numer jest nieaktywny." Wybrałam jeszcze raz. I jeszcze raz. Jakbym wierzyła, że za czwartym razem Monika odbierze i powie "Renia, przepraszam, już wpłacam."
Nie odebrała. Bo zmieniła numer.
Pojechałam pod jej mieszkanie - wynajem na Pradze, czwarte piętro bez windy. Drzwi otworzył jakiś młody chłopak i powiedział, że mieszka tu od miesiąca. Nie, nie zna żadnej Moniki. Nie, nie wie, dokąd się wyprowadziła.
Wtedy zadzwonił bank. Pierwsza rozmowa z konsultantem windykacji. Uprzejmy, profesjonalny, ale każde jego słowo spadało jak kamień. Pani Majewska, jako poręczyciel odpowiada pani solidarnie za zobowiązanie. Pani Majewska, czy jest pani w stanie dokonać wpłaty do końca tygodnia. Pani Majewska, w przypadku braku wpłaty sprawa zostanie przekazana do dalszego postępowania.
Musiałam powiedzieć Darkowi.
Siedzieliśmy przy kuchennym stole, tym samym, przy którym jedliśmy śniadania od piętnastu lat. Herbata stygła w kubkach. Patrzyłam na niego i widziałam, jak kolejno przechodzi przez gniew, niedowierzanie i coś, co wyglądało jak rezygnacja. Nie krzyczał. Wolałabym, żeby krzyczał.
- Ile? - zapytał tylko.
Powiedziałam.
Cisza. Potem wstał, zabrał kubek i wyszedł na balkon. Stał tam dwadzieścia minut w samej koszulce, chociaż był marzec i termometr pokazywał cztery stopnie.
Zaczęłam spłacać. Nie miałam wyboru - prawnik, do którego poszłam po poradę, wyjaśnił mi, że jako poręczyciel odpowiadam za dług tak samo jak Monika. Mogę dochodzić od niej zwrotu, ale najpierw muszę ją znaleźć. A Monika zniknęła.
Oszczędności, które odkładaliśmy na remont łazienki - przepadły. Wyjazd Kacpra na obóz żeglarski - odwołany. Poszłam na dodatkowe zlecenia - rozliczanie ksiąg dla dwóch małych firm, wieczorami i w weekendy. Darek zaczął brać nadgodziny w zajezdni. Nie rozmawialiśmy o tym. Właściwie prawie w ogóle przestaliśmy rozmawiać.
Moja mama dowiedziała się od cioci Heleny - matki Moniki. Zadzwoniła do mnie w niedzielę po kościele i powiedziała cicho:
- Renia, Helena mówi, że Monika wyjechała do Anglii. Że nikomu nie powiedziała dokąd dokładnie.
Do Anglii. Z długiem i ze zmienionym numerem.
Ciotka Helena zadzwoniła tydzień później. Płakała. Przepraszała. Mówiła, że nie wiedziała o kredycie, że Monika jej też nie powiedziała, że gdyby wiedziała, to by nie dopuściła. Powiedziałam "rozumiem, ciociu" i rozłączyłam się. Nie wiedziałam, co innego mogłabym powiedzieć.
Minął rok. Spłacam raty. Telefon o ósmej zero dwie już nie dzwoni - przelewy są regularne i bank się uspokoił. Ale regularność tych przelewów kosztuje nas wszystko, co mieliśmy odłożone na przyszłość. Darek patrzy na mnie inaczej. Nie z nienawiścią - z czymś gorszym. Z rozczarowaniem, którego nie potrafi ukryć, choć się stara.
Kacper pytał ostatnio, czemu nie jedziemy nigdzie na wakacje. Powiedziałam, że w tym roku oszczędzamy. "Znowu?" - powiedział i wrócił do swojego pokoju. Ma czternaście lat i nie rozumie jeszcze, że jedno podpisane pismo może zmienić życie na lata.
Monika odezwała się dwa miesiące temu. SMS z angielskiego numeru: "Renia, wiem że się gniewasz. Przepraszam. Muszę stanąć na nogi, potem się odezwę. Kocham cię jak siostrę."
Czytałam tę wiadomość chyba trzydzieści razy. Za pierwszym razem chciałam rzucić telefonem o ścianę. Za dziesiątym - płakałam. Za dwudziestym - poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Spokój. Taki zimny, czysty spokój.
Nie odpisałam.
Czasem wieczorami, kiedy Darek już śpi, a ja siedzę jeszcze przy kuchennym stole z kalkulatorem i wyciągami, myślę o tym, jak Monika pożyczyła mi kiedyś pieniądze na podręczniki. Jak siedziała w naszej kuchni i płakała po odejściu ojca. Jak dzieliłyśmy się wszystkim. I zastanawiam się, czy tamta Monika jeszcze gdzieś jest, czy może nigdy nie istniała - a ja przez trzydzieści lat kochałam kogoś, kogo sobie wymyśliłam.
Kiedyś miałam kuzynkę, która była jak siostra. Teraz mam ratę do banku dwudziestego każdego miesiąca.