Pismo z firmy pożyczkowej przyszło we wtorek, tuż przed południem. Zwykła biała koperta, taka sama jak rachunki za prąd czy ulotki z Biedronki. Otworzyłam ją między jednym łykiem kawy a drugim i przeczytałam trzy razy, zanim dotarło do mnie, że to nie pomyłka.

Wezwanie do zapłaty. Dwanaście tysięcy złotych z odsetkami. Termin - czternaście dni.

Usiadłam przy kuchennym stole i przez dobrą minutę patrzyłam na okno wychodzące na ogródek, a za nim - na dom Stasi. Bo Stasia - Stanisława Pluta z domu Wójcik - przez czterdzieści lat mieszkała po sąsiedzku. Dosłownie.

Nasze domy stały obok siebie na spokojnej uliczce na Pobitnie, oddzielone tylko niskim płotkiem, i kiedy Stasia smażyła cebulę przy otwartym oknie, ja czułam to u siebie, a kiedy wychodziłam rano podlać kwiaty, ona już stała przy furtce z kubkiem kawy i mówiła: "Lucynka, wstaw czajnik, zaraz przyjdę."

Mam na imię Lucyna, w czerwcu skończę sześćdziesiąt lat, i przez ostatnie trzydzieści pracowałam jako krawcowa - najpierw w zakładzie, potem na własną rękę, w domu. Przeszywałam sukienki, skracałam spodnie, wszywałam zamki.

Ręce mam sprawne, oczy już nieco gorzej, ale jakoś daję radę. Mąż Tadek odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł, do kobiety z Mielca. Córka Ania jest w Krakowie, dzwoni raz w tygodniu, przyjeżdża na święta. Żyję spokojnie. A raczej żyłam.

Ze Stasią znałyśmy się od pierwszej klasy podstawówki. Siedziałyśmy w jednej ławce w szkole na Staroniwie, razem chodziłyśmy na wagary nad Wisłok, razem płakałyśmy po pierwszych chłopakach. Kiedy dwadzieścia pięć lat temu kupiłam dom na Pobitnie, a Stasia z Wiesławem - ten tuż obok, z ogłoszenia w gazecie - obie uznałyśmy to za znak. Jakby życie chciało, żebyśmy zawsze były blisko.

Stasia miała swoje problemy. Mąż Wiesław pił, potem przestał pić, potem umarł - serce. Córka Ula wyjechała do Dublina zaraz po maturze i przez lata ledwo się odzywała, a potem nagle zaczęła dzwonić codziennie, bo urodziła bliźniaki i potrzebowała pomocy.

Stasia trzymała się jakoś. Emerytury miała niewiele, ale dawała radę. Zawsze powtarzała, że najważniejsze to mieć dach nad głową i kogoś, do kogo można zapukać do furtki.

Tamtego dnia - był październik, pamiętam, bo właśnie kończyłam przerabiać jesionkę dla pani spod trójki - Stasia przyszła do mnie z taką miną, jakby ktoś jej powiedział, że ma tydzień do końca świata. Usiadła w kuchni, wypiła herbatę, zjadła dwa ciastka, i dopiero wtedy wyciągnęła papiery.

- Lucynka, ja nie wiem, do kogo innego mogłabym pójść - zaczęła, a głos jej się łamał. - Dach mi przecieka, nad sypialnią taka plama, że boję się, że mi sufit spadnie na głowę. Dekarz dał wycenę, a ja jak zobaczyłam kwotę, to mi się nogi ugięły. A ja muszę teraz, bo jeszcze jedna zima i koniec.

Pamiętam, że pomyślałam: czterdzieści lat. Czterdzieści lat razem. Przez rozwód ze mną siedziała do trzeciej w nocy i trzymała mnie za rękę. Kiedy Tadek zabrał swoje rzeczy, to Stasia przyniosła mi rosół i powiedziała: "Lucyna, faceci odchodzą, a rosół zostaje." Śmiałyśmy się przez łzy.

Popatrzyłam na te papiery. Umowa pożyczki z jakąś firmą, nie bank, takie coś z reklamy w gazecie. Dziesięć tysięcy złotych. I weksel jako zabezpieczenie. Stasia potrzebowała poręczyciela, bo sama, na emeryturze, nie miała zdolności.

- Stasia, a może bank...

- Byłam. Byłam wszędzie. Lucynka, ja cię proszę, podpiszesz, to będzie formalność. Ja spłacę w rok, mam odłożone trochę, Ula obiecała dorzucić.

Podpisałam. Nie przeczytałam wszystkiego dokładnie, bo litery były drobne, a Stasia patrzyła na mnie tymi swoimi oczami, w których widziałam czterdzieści lat wspólnych wigilii, pogrzebów, spacerów na cmentarz pierwszego listopada. Podpisałam, bo tak się robi dla kogoś, kogo znasz całe życie.

Przez następne tygodnie wszystko wyglądało normalnie. Ekipa remontowa faktycznie przyjechała, słyszałam łomotanie zza płotka. Stasia zaglądała, mówiła, że idzie sprawnie, że dach będzie jak nowy.

Potem - jakoś tuż przed świętami - zaczęła się dziwnie zachowywać. Pakowała rzeczy, ale mówiła, że tylko porządkuje. Rozdawała sąsiadkom z ulicy garnki, talerze, zasłony. Mnie dała swój stary samowar, taki po babce.

- Stasia, ty się przeprowadzasz? - zapytałam wprost.

- Skąd! Po prostu robię miejsce. Wiesz, ile gratów człowiek zbiera przez lata.

W styczniu zobaczyłam ogłoszenie. Stasia wystawiła dom na sprzedaż. Poszłam do niej tego samego dnia.

- Ula mnie potrzebuje - powiedziała i nie patrzyła mi w oczy. - Z bliźniakami sama nie daje rady, ja tu siedzę sama w tym domu i co? Pilnuję pustych pokoi?

- A pożyczka? - zapytałam. - Te dziesięć tysięcy?

- Spłacę z pieniędzy za dom. Lucynka, nie martw się. Ja ciebie bym nigdy nie zostawiła z czymś takim.

Dom sprzedała w lutym. Szybko, za gotówkę, poniżej ceny rynkowej. W marcu widziałam, jak ładuje walizki do taksówki. Uściskała mnie przy furtce, płakała, ja płakałam. Obiecała dzwonić.

Zadzwoniła raz, w kwietniu. Powiedziała, że bliźniaki rosną, że Dublin jest mokry, że tęskni. O pożyczce - ani słowa. Ja też nie zapytałam. Bo jak to jest, kiedy ufasz komuś od czterdziestu lat - nie dopuszczasz myśli, że ta osoba mogłaby cię oszukać. Mózg po prostu nie tworzy takiej kategorii.

A potem przyszło to pismo.

Zadzwoniłam do firmy pożyczkowej. Pani w słuchawce, bardzo uprzejma, wyjaśniła mi spokojnie, jakby tłumaczyła dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie: pożyczkobiorca nie dokonał żadnej wpłaty, umowa przewiduje odpowiedzialność poręczyciela solidarnie z dłużnikiem, kwota z odsetkami wynosi dwanaście tysięcy czterysta złotych, a w przypadku braku wpłaty sprawa zostanie skierowana do sądu w trybie nakazowym na podstawie weksla.

- Ale ona miała spłacić z pieniędzy za dom - powiedziałam głupio.

- Niestety, to sprawa między państwem. Dla nas liczy się poręczenie.

Próbowałam dzwonić do Stasi. Telefon milczał. Napisałam wiadomość - bez odpowiedzi. Napisałam drugą, trzecią. Cisza. Napisałam do Uli przez Facebooka, bo kiedyś byłyśmy w znajomych. Ula odczytała wiadomość, ale nie odpisała.

Ania, moja córka, kiedy jej powiedziałam, zareagowała tak, jak się spodziewałam.

- Mamo, jak mogłaś podpisać coś takiego bez czytania? Bez prawnika? Co ci strzeliło do głowy?

- Znałam ją czterdzieści lat, Aniu.

- I co z tego? Co z tego, mamo?

Miała rację, oczywiście. Ale wiedziałam, że gdybym cofnęła czas, zrobiłabym to samo. Bo w moim świecie - w świecie, w którym się wychowałam - ludziom się ufa. Sąsiadce się pomaga. Jak ktoś prosi, to nie myślisz o paragrafach, tylko o tym, że ta osoba kiedyś trzymała cię za rękę, kiedy płakałaś.

Poszłam do prawnika. Młody chłopak, pewnie niewiele starszy od mojej Ani. Popatrzył na dokumenty i powiedział:

- Pani Lucyno, niestety, jako awalista odpowiada pani za ten dług. Można próbować dochodzić regresu od pani Stanisławy, ale skoro jest za granicą... - zawiesił głos. - To będzie długie i drogie.

Spłacam ratami. Trzysta złotych miesięcznie - tyle udało mi się wynegocjować z firmą pożyczkową, żeby nie poszło do komornika. Trzysta złotych, które wcześniej odkładałam na nowe okulary, na wyjazd do sanatorium, na prezent dla Ani na urodziny.

Samowar Stasi stoi w kuchni na szafce. Czasem na niego patrzę i myślę, że to jedyne, co mi po niej zostało - poza długiem. Nie czuję nienawiści. Nie potrafię. Czuję coś gorszego - ten rodzaj smutku, który boli jak stary złamany palec przed zmianą pogody. Niby zagoił się dawno, a jednak wiesz, że już nigdy nie będzie jak przedtem.

Wczoraj nowa sąsiadka, ta co kupiła dom Stasi, zapukała do moich drzwi. Młoda, może trzydzieści lat, z małym dzieckiem na ręku.

- Pani Lucyno, przepraszam, że przeszkadzam. Mogłaby mi pani pożyczyć trochę cukru? Nie zdążyłam na zakupy.

Dałam jej cukier. Uśmiechnęła się. Ładna, miła. Kiedy wróciłam do kuchni, usiadłam przy stole i popatrzyłam przez okno na dom obok - tam, gdzie kiedyś Stasia smażyła cebulę przy otwartym oknie.

Teraz smażył ją ktoś inny.