Mąż siostry zaproponował, że pomoże mi sprzedać działkę po rodzicach. Podpisałam pełnomocnictwo, bo siostra powiedziała: "Ufaj mu jak mnie".
Dariusz był przecież tym z rodziny, który „ogarniał". Remonty, papiery, urzędy - zawsze wiedział, gdzie zadzwonić, co podpisać, z kim porozmawiać. Jolka trafiła na męża, któremu można było zaufać. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Prowadzę mały sklep papierniczy w Bydgoszczy - od piętnastu lat, jeszcze mama mi pomagała na początku, stała za ladą, kiedy ja załatwiałam dostawców. Kiedy odeszła trzy lata temu, po tacie, zostałyśmy z Jolką same.
I została po rodzicach działka na obrzeżach Torunia - siedemset metrów kwadratowych z drewnianą altanką, starymi jabłonkami i widokiem na łąki. Tata ją kupił w latach dziewięćdziesiątych za grosze, ale teraz, z nowym planem zagospodarowania, była warta sporo.
Jolka nie chciała działki. Ja też nie miałam na nią pomysłu - sklep pochłaniał cały mój czas, a dojazd do Torunia i utrzymywanie tego kawałka ziemi nie miało sensu.
Dogadałyśmy się szybko: sprzedajemy, dzielimy pieniądze na pół. Działka była moja - Jolka dostała po rodzicach mieszkanie w Bydgoszczy, które zresztą od lat wynajmowała. Więc formalnie sprzedaż leżała po mojej stronie.
- Daj spokój, po co będziesz biegać po pośrednikach - powiedział Dariusz przy kawie u nich w domu, trzy miesiące po pogrzebie mamy. - Znam jednego gościa z Torunia, handluje działkami budowlanymi. Dam mu znać, przyjedzie, obejrzy, dogadamy cenę. Zaoszczędzisz na prowizji.
Jolka skinęła głową, jakby to było oczywiste.
- Ufaj mu jak mnie - powiedziała i dolała mi herbaty.
Pełnomocnictwo podpisałam u notariusza tydzień później. Dariusz tłumaczył, że tak będzie najprościej - on zajmie się wszystkim, ja nie muszę jeździć do Torunia, on dopilnuje, żeby cena była uczciwa. Notariuszka przeczytała mi dokument, zapytała, czy rozumiem, co podpisuję. Rozumiałam. Dawałam szwagrowi prawo do sprzedaży mojej działki w moim imieniu.
Minął miesiąc. Potem drugi. Dariusz dzwonił od czasu do czasu - że był klient, ale się nie zdecydował, że trzeba jeszcze poczekać, że rynek teraz stoi. Nie naciskałam. W końcu w sierpniu zadzwonił z dobrą wiadomością.
- Sprzedane. Trzysta dwadzieścia tysięcy. Uczciwa cena, Renata. Na rynku takie działki idą po trzysta, trzysta dwadzieścia. Koszty notarialne i podatek potrącę, resztę przeleje.
Na konto wpłynęło sto czterdzieści osiem tysięcy.
Zadzwoniłam do niego następnego dnia, kiedy zobaczyłam przelew. Byłam spokojna, bo byłam pewna, że to pomyłka. Może przelał w dwóch ratach, może jeszcze coś idzie.
- Darek, na konto przyszło sto czterdzieści osiem. Z trzystu dwudziestu to chyba jakaś pomyłka?
Cisza. Potem odchrząknięcie.
- Renata, no przecież koszty. Notariusz, podatek od sprzedaży, pośrednik, jeszcze trzeba było zrobić wycenę, mapkę geodezyjną... To nie jest tak, że sprzedajesz i dostajesz całość.
- Darek, koszty notarialne to kilka tysięcy. Podatku nie ma, bo działka była mamy od ponad pięciu lat. O jakim pośredniku mówisz? Miałeś sprzedać bez pośrednika.
Znów cisza. Tym razem dłuższa.
- Słuchaj, jak ci się nie podoba, to pogadaj z Jolką. Ja swoje zrobiłem.
Nie spałam tamtej nocy. Rano pojechałam do notariuszki w Toruniu, u której Dariusz zawarł umowę. Miałam prawo zobaczyć akt - byłam stroną, choć reprezentowaną przez pełnomocnika. Notariuszka bez problemu wydała mi odpis.
Cena w akcie notarialnym: dwieście dziesięć tysięcy.
Nie trzysta dwadzieścia. Dwieście dziesięć. Dariusz sprzedał moją działkę za dwieście dziesięć tysięcy - albo wpisał taką kwotę w akt, a resztę wziął pod stołem. Z tych dwustu dziesięciu potrącił sobie ponad sześćdziesiąt tysięcy na nieistniejące „koszty".
Stałam na parkingu przed kancelarią z tym odpisem w ręku i czułam, jak ziemia osuwa mi się pod nogami. Nie z powodu pieniędzy - choć sto siedemdziesiąt tysięcy to dla mnie dwa lata pracy w sklepie. Z powodu tego, co to znaczyło. Dariusz mnie oszukał. Świadomie. Metodycznie.
Zadzwoniłam do Jolki wieczorem. Nie krzyczałam, nie płakałam. Powiedziałam spokojnie, co znalazłam. Że w akcie jest dwieście dziesięć, nie trzysta dwadzieścia. Że koszty, które Darek wymienił, nie istnieją. Że brakuje mi co najmniej stu siedemdziesięciu tysięcy.
Jolka milczała. Myślałam, że jest w szoku. Że zaraz powie: „O Boże, porozmawiam z nim, to jakieś nieporozumienie."
Zamiast tego usłyszałam:
- Renata, a co ty myślałaś? Że Darek będzie się biegał za darmo? Że poświęci swój czas, swoje kontakty i nic z tego nie będzie miał? Działka i tak była warta mniej, niż ci się wydaje. Powinnaś być wdzięczna, że w ogóle się tym zajął.
Poczułam coś dziwnego. Nie złość, nie ból - raczej jakby ktoś wyłączył dźwięk. Jakby głos Jolki dochodził z bardzo daleka i nie miał już żadnego znaczenia.
- Wiedziałaś - powiedziałam.
- Wiedziałam co? Że Darek weźmie swoją część? Oczywiście, że wiedziałam. To normalne.
- Swoją część, Jolka? On wziął ponad połowę. Mojej działki. Moich pieniędzy. Po naszych rodzicach.
- No wiesz co, nie dramatyzuj. Tata by się cieszył, że to zostało w rodzinie.
Rozłączyłam się. Położyłam telefon na stole. Umyłam zęby. Poszłam spać. Albo raczej - położyłam się i patrzyłam w sufit do trzeciej w nocy.
Przez następne tygodnie rozważałam pozew cywilny. Konsultowałam się z prawniczką. Szanse miałam - pełnomocnik ma obowiązek działać w interesie mocodawcy, a Dariusz wyraźnie tego nie zrobił.
Ale prawniczka uprzedziła mnie szczerze: udowodnienie, że działka została sprzedana poniżej wartości rynkowej, wymaga biegłego, a to czas i pieniądze. A kwota, którą Dariusz „zarobił" pod stołem, jeśli w ogóle istniała, będzie trudna do udowodnienia bez zeznań kupującego.
Nie złożyłam pozwu. Nie dlatego, że się poddałam - ale dlatego, że zrozumiałam, że te pieniądze kosztowałyby mnie więcej nerwów, niż były warte. I dlatego, że Jolka swoimi słowami powiedziała mi coś cenniejszego niż jakikolwiek wyrok sądu: że to nie było oszustwo jednego człowieka. To był układ dwojga ludzi, którzy uznali, że mają do moich pieniędzy większe prawo niż ja.
Minął rok. Jolka dzwoniła dwa razy - za pierwszym razem z okazji moich imienin, za drugim, żeby zapytać, czy dam coś na komunię jej wnuczki. Za pierwszym razem nie odebrałam. Za drugim odebrałam i powiedziałam: „Nie."
Nie tęsknię za Jolką. Tęsknię za siostrą, którą myślałam, że mam. Za tą, która w dzieciństwie dzieliła ze mną łóżko w pokoju o zielonych ścianach i obiecywała, że zawsze będziemy się trzymać. Ale ta siostra, jak się okazało, istniała tylko w moich wspomnieniach. Ta prawdziwa potrafi powiedzieć „powinnaś być wdzięczna" do kogoś, kogo właśnie okradziono.
Sklep jakoś ciągnie. Pieniądze, które dostałam, włożyłam w remont zaplecza. Czasem, zamykając kasę wieczorem, myślę o tych jabłonkach na działce i o tacie, który je sadził. Zastanawiam się, czy nowy właściciel je wyciął. Pewnie tak. Pod budowę domu jabłonki są niepotrzebne.
Jak to, co kochasz.ale kwota, która trafiła na moje konto, była o połowę mniejsza niż ta z umowy