Gdybym wiedziała, że ta działka podzieli moje córki skuteczniej niż dwa tysiące kilometrów i dwanaście lat emigracji, nigdy bym jej nie przepisywała na żadną z nich.

Sprzedałabym ją obcym ludziom, a za pieniądze kupiła sobie spokój. Ale spokoju, jak się okazało, nie da się kupić - nawet za dwadzieścia pięć arów z altanką i starymi jabłoniami.

Działkę pod Opolem dostaliśmy ze Staszkiem w dziewięćdziesiątym trzecim roku, kiedy jego zakład odpuścił kawałek gruntu pracownikom za symboliczną cenę. Staszek postawił tam drewnianą altankę, wykopał studnię, posadził jabłonie i śliwki.

Przez lata to było nasze drugie mieszkanie - latem praktycznie tam żyliśmy. Córki chodziły boso po trawie, ja smarowała im kanapki z pomidorami prosto z grządki, a Staszek naprawiał coś bez przerwy, bo zawsze było co naprawiać.

Agata, starsza, wyjechała do Irlandii zaraz po studiach. Miała dwadzieścia trzy lata i wielkie plany. Poznała Declana, wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci. Dzwoniła regularnie, ale z roku na rok coraz krócej. Kiedy Staszek zachorował, Agata przyjechała na tydzień. Kiedy umarł - na trzy dni. Tak się kręci świat, kiedy jest się daleko.

Patrycja, młodsza o cztery lata, została w Opolu. Pracowała w zakładzie krawiecki na Zaodrzu, potem otworzyła własny punkt - przeróbki, szycie na miarę, poprawki ślubne. To ona przyjeżdżała do mnie co niedzielę z obiadem, to ona woziła mnie do lekarza, kiedy zaczęłam mieć kłopoty z kolanami. I to ona po śmierci Staszka zaczęła jeździć na działkę, żeby tam nie zarosło wszystko.

Trzy lata temu zadzwoniłam do Agaty i powiedziałam wprost - chcę przepisać działkę na Patrycję. Patrycja się nią opiekuje, jest blisko, będzie mogła z niej korzystać. Agata odpowiedziała dokładnie tak, jak zapamiętałam: "Mamo, ja tam nie mam po co jeździć, róbcie jak chcecie." Nie pytała o szczegóły. Nie prosiła, żebym zaczekała. Powiedziała jeszcze, żebym się nie przejmowała, i że musi kończyć, bo jedzie po dzieci.

Poszłam do notariusza z Patrycją tydzień później. Akt darowizny - czysto, zgodnie z prawem, bez żadnych kruczków. Patrycja w ciągu dwóch lat wyremontowała altankę, postawiła nowe ogrodzenie, doprowadziła prąd. Zrobiła z tego miejsce, gdzie mogłyśmy spędzać weekendy - ja z książką pod jabłonią, ona z maszyną do szycia na werandzie, bo lubiła szyć na świeżym powietrzu.

A potem Agata wróciła.

Przyjechała w listopadzie, bez zapowiedzi. Stała pod moimi drzwiami z jedną walizką i czerwonymi oczami. Declan, dom w Galway, dwanaście lat małżeństwa - wszystko się posypało.

Dzieci zostały na razie z ojcem - Liam i Aoife mieli dokończyć rok szkolny, a potem Agata miała ich zabrać do Polski. Nie pytałam o szczegóły, bo widziałam, że nie jest gotowa mówić. Ścieliłam jej w dawnym pokoju Patrycji i robiłam herbatę z miodem, tak jak robiłam, kiedy miała pięć lat i płakała po koszmarach.

Przez pierwsze tygodnie było dobrze. Agata odpoczywała, szukała pracy, zaczęła mówić o tym, że może zostanie w Polsce. Cieszłam się jak głupia. Obie córki blisko, po tylu latach.

Problem zaczął się w grudniu, kiedy Agata znalazła w szufladzie akt notarialny. Albo raczej - kiedy go przeczytała.

- Przepisałaś działkę na Patrycję? - stała w drzwiach kuchni z papierami w ręku.
- Przecież ci mówiłam. Trzy lata temu, przez telefon.
- Mówiłaś, że chcesz. Nie mówiłaś, że już to zrobiłaś.

Może miała rację. Może powinnam była powiedzieć wyraźniej, upewnić się, że rozumie. Ale ona wtedy ledwo słuchała, spieszyła się po dzieci. A ja byłam zmęczona proszeniem o uwagę córki, która od lat dawała mi ją w pięciominutowych porcjach między zawożeniem Liama na rugby a odbieraniem Aoife z tańców.

Agata zadzwoniła do Patrycji jeszcze tego samego wieczoru. Nie wiem dokładnie, co powiedziała, ale Patrycja oddzwoniła do mnie o jedenastej w nocy z płaczem.

- Mamo, ona mówi, że ją okradłyśmy. Że to był spisek. Że czekałyśmy, aż wyjedzie, i zabrałyśmy jej dziedzictwo.

A Patrycja nie umiała się bronić, bo Patrycja od zawsze była tą cichszą, tą, co ustępuje. Więc ja zadzwoniłam do Agaty rano i powiedziałam rzeczy, których żałuję. Że jest niewdzięczna. Że przez dwanaście lat nie kiwnęła palcem. Że miała swoje irlandzkie życie i działka ją nie obchodziła, dopóki sama nie stanęła pod ścianą.

Agata powiedziała jedno zdanie, które do dziś mam w uszach: "Bo ja ci, mamo, ufałam."

Od tamtej rozmowy minęły cztery miesiące. Agata wynajęła kawalerkę w centrum i nie odbiera moich telefonów. Patrycja przychodzi rzadziej, jest spięta, a kiedy wspominam Agatę, zmienia temat albo wychodzi. Obie żyją w tym samym mieście, przechodzą tymi samymi ulicami, i nie rozmawiają ze sobą ani ze mną.

Konsultowałam się z prawniczką. Powiedziała wprost - darowizna jest ważna, Agata nie ma podstaw, żeby teraz żądać połowy. Ewentualnie po mojej śmierci mogłaby dochodzić zachowku, gdyby wartość darowizny wliczono do masy spadkowej, ale to osobna historia i nie na dziś. Prawniczka radziła rozmowę. Mediację. Jakbym tego sama nie próbowała.

Patrycja ostatnio zaproponowała, że zapłaci Agacie jakąś kwotę - nie połowę wartości, ale coś, żeby się rozliczyć. Agata odmówiła. Powiedziała, że to nie chodzi o pieniądze. Że chodzi o to, że ja - jej matka - wybrałam jedną córkę kosztem drugiej.

Siedzę wieczorami w kuchni i patrzę na zdjęcie na lodówce - obie małe, w kąpielówkach, na działce, oblewają się wodą z węża. Patrycja ma może sześć lat, Agata dziesięć. Śmieją się tak, że widać im wszystkie mleczne zęby. Nie wiedziały jeszcze, że dorośli potrafią podzielić miłość na akty notarialne i metry kwadratowe. Ja też wtedy nie wiedziałam.

A może powinnam była wiedzieć.