Sąsiadka poprosiła, żebym odebrała jej wnuka z przedszkola. Na osiedlu uchodzę za osobę, na którą można liczyć.

Dwadzieścia lat pracy w wydziale spraw obywatelskich nauczyło mnie cierpliwości do ludzi i ich problemów. Ale nikt mnie nie uczył, co robić, kiedy cierpliwość zamienia się w pułapkę.

Mieszkam w Olsztynie, na Jarotach, w bloku z wielkiej płyty, piętro trzecie. Renata, sześćdziesiąt lat, od roku na emeryturze. Mąż Wiktor jeździ jeszcze na zlecenia - jest elektrykiem, więc pracy mu nie brakuje.

Synowie dawno wyfrunęli z gniazda - Darek do Gdańska, Paweł do Warszawy. Dzwonią regularnie, przyjeżdżają na święta. Nie narzekam.

Mariola wprowadziła się na drugie piętro jakieś trzy lata temu, razem z wnukiem Olkiem, czterolatkiem. Córka Marioli pracowała gdzieś w Anglii, ojciec dziecka zniknął z radaru - tyle wiedziałam z klatki schodowej, z tych urywanych rozmów przy skrzynkach na listy. Mariola wyglądała na zmęczoną kobietę po pięćdziesiątce, która dostała na głowę coś, na co się nie pisała. Zrobiło mi się jej żal.

Tamtego wtorku spotkałyśmy się na parterze. Mariola trzymała Olka za rękę, chłopiec miał kurtkę zapiętą pod samą brodę i wielkie oczy.

- Renatko, mogłabyś mi ogromnie pomóc - zaczęła tym swoim proszącym tonem. - Mam wizytę u ortopedy o drugiej, a Olek kończy przedszkole o wpół do trzeciej. Pół godziny, góra czterdzieści minut. Odbierzesz go, pobędziecie u ciebie, a ja zaraz po wizycie wpadnę.

Zgodziłam się, nie zastanawiając się ani sekundy. Bo jak odmówić? Dziecko, babcia ma lekarza, normalna ludzka sprawa. Odebrałam Olka, dałam mu kakao i krakersy, pooglądaliśmy bajki. Mariola przyszła po godzinie, z pudełkiem krówek w podzięce.

- Jesteś aniołem - powiedziała.

Tydzień później zadzwoniła znowu. Tym razem lekarz rodzinny. Potem stomatolog. Potem badania krwi. Potem kontrola ciśnienia. Potem "muszę skoczyć na chwilę do apteki, ale kolejka tam mordęga". Wtorki zamieniły się w czwartki, czwartki w poniedziałki, poniedziałki w "Renatko, czy mogłabyś też w piątek?".

Minęły dwa miesiące i nagle okazało się, że odbieram Olka trzy razy w tygodniu. Mariola zawsze miała powód - lekarz, urząd, sklep, zmęczenie. Każdy powód z osobna brzmiał rozsądnie. Razem tworzyły wzorzec, którego nie chciałam widzieć.

Wiktor pierwszy to zauważył.

- Renata, ty jesteś na emeryturze, nie na dyżurze - powiedział pewnego wieczoru, kiedy znalazł mnie w kuchni z Olkiem na kolanach, bo Mariola "musiała jeszcze coś załatwić" i spóźniała się już półtorej godziny. - Ta kobieta cię wykorzystuje.

- Nie przesadzaj. Ma trudną sytuację.

- Każdy ma trudną sytuację. Ale nie każdy wiesza swoje problemy na sąsiadce.

Nie chciałam go słuchać, bo przyznanie mu racji oznaczałoby, że jestem naiwna. A ja nie lubię być naiwna. Więc odbierałam dalej, robiłam Olkowi kanapki, czytałam mu bajki, uczyłam go kolorować w linii. Chłopiec jest kochany, z tym nie ma problemu. Problem jest z jego babcią.

Bo Mariola nie pytała. Mariola informowała. "Renatko, jutro o wpół do trzeciej, dobrze?" - i rozłączała się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Na klatce schodowej opowiadała sąsiadkom, jaka to ze mnie złota kobieta. Pani Jadzia z czwartego powiedziała mi kiedyś, że Mariola mówi o mnie jak o "swojej prywatnej niani". Zaśmiała się przy tym, ale mnie nie było do śmiechu.

Zaczęłam szukać wymówek. Że boli mnie głowa, że jadę do syna, że mam umówiony spacer z koleżanką. Mariola przyjmowała to z miną porzuconego psa, a potem dzwoniła następnego dnia, jakby nic się nie stało.

W listopadzie powiedziałam wprost. Zadzwoniła w poniedziałek rano, a ja wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:

- Mariola, nie mogę dziś. I prawdę mówiąc, nie mogę już tak regularnie. Może poszukaj kogoś, kto mógłby ci pomóc na stałe? Jest taka opcja w MOPSie, asystent rodziny, albo opiekunka...

Cisza. Długa, gęsta cisza, po której usłyszałam:

- No dobrze, Renata. Rozumiem.

Ale nie rozumiała. Albo rozumiała inaczej, niż chciałam.

Dwa dni później pani Krysia z parteru zatrzymała mnie przy windzie.

- Renata, słyszałam, że nie chcesz pomagać Marioli z Olkiem. Biedna kobieta, sama z dzieckiem, a ty na emeryturze, czasu masz w bród...

Stałam z siatką z Biedronki w ręku i czułam, jak mi gorąco robi na twarzy. Nie ze wstydu - ze złości.

- Krysia, a ty jej pomagasz? - zapytałam.

Krysia zamrugała. - No, ja pracuję...

- A ja pracowałam czterdzieści lat. I teraz chciałabym mieć wolny wtorek bez czyjegoś wnuka na kolanach.

Nie jestem dumna z tego, jak to zabrzmiało. Ale nie żałuję, że to powiedziałam.

Na klatce atmosfera zgęstniała. Mariola przestała się ze mną witać. Sąsiadki patrzyły z tą specyficzną miną - nie wrogą, ale oceniającą. "Renata nie chce pomóc dziecku" - to zdanie krążyło po piętrach jak przeciąg.

Wiktor powiedział, żebym się tym nie przejmowała. Łatwo mówić komuś, kto od rana do wieczoru jest poza domem.

Zaczęłam wychodzić na spacery trasami, gdzie nie spotykałam sąsiadów. W sklepie na rogu unikałam godzin szczytu. Poczułam się winna - a jednocześnie wściekła, że czuję się winna.

Pewnego grudniowego popołudnia wracałam z zakupów i na klatce schodowej spotkałam Olka. Siedział na schodach między drugim a trzecim piętrem, w piżamie, boso, i rysował coś flamastrem na ścianie.

- Olek? Gdzie babcia?

- Śpi - powiedział spokojnie. - A mi się nudzi.

Zaprowadziłam go na dół. Zapukałam do Marioli. Otworzyła po dłuższej chwili, z zaspanymi oczami i włosami w nieładzie.

- O Jezu, Olek, znowu wyszedłeś - westchnęła, jakby to był piąty raz w tym tygodniu.

Patrzyłam na nią i widziałam coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć. Mariola nie była cwana manipulatorka. Mariola była wykończona. Pięćdziesięcioletnia kobieta wychowująca czterolatka, z córką na emigracji, która pewnie rzadko dzwoni, i bez żadnej innej pomocy niż sąsiadka z trzeciego piętra.

To nie zwalniało mnie z prawa do odmowy. Ale zmieniało sposób, w jaki na to patrzyłam.

- Mariola - powiedziałam spokojnie. - Porozmawiajmy jutro. Na poważnie.

Następnego dnia usiadłyśmy przy herbacie w mojej kuchni. Powiedziałam jej, że nie będę odbierać Olka trzy razy w tygodniu, bo to za dużo i mam prawo do własnego czasu. Ale mogę raz - we wtorki. Na stałe, z jasną godziną odbioru i odbioru Olka. I że powinna zgłosić się do MOPSu, bo nikt nie powinien dźwigać tego sam.

Mariola popłakała się. Nie z wdzięczności - z ulgi, że ktoś wreszcie powiedział jej prawdę bez udawania, że wszystko jest w porządku.

Od stycznia odbieram Olka we wtorki. Mariola znalazła jeszcze jedną sąsiadkę z bloku obok, panią Zosię, która przychodzi w czwartki. Złożyła papiery do ośrodka pomocy.

Na klatce atmosfera wróciła mniej więcej do normy. Pani Krysia dalej patrzy na mnie z ukosa, ale mnie to już nie rusza.

Nie jestem aniołem i nie muszę nim być. Wystarczy, że jestem uczciwą sąsiadką, która potrafi powiedzieć "nie" - i "tak" - na własnych warunkach.