Trzydzieści sekund. Tyle trwała ta rozmowa, a ja jeszcze pół godziny później siedziałam z telefonem w ręku i patrzyłam na wygaszony ekran. Gdybym kiedyś ktoś powiedział mi, że najkrótsza rozmowa w życiu zostawi najdłuższą ciszę - nie uwierzyłabym.

Mam na koncie numer Mai zapisany z serduszkiem. Dodałam to serduszko cztery lata temu, kiedy jeszcze do mnie przyjeżdżała na weekendy i razem kroiłyśmy materiał na zasłony do jej pokoju.

Maja miała wtedy dwanaście lat i mówiła, że jak dorośnie, to otworzy ze mną pracownię krawiecką. Śmiałam się, bo wiedziałam, że to dziecięce gadanie - ale gdzieś w środku miałam nadzieję, że chociaż odrobina tego planu zostanie.

Nie została.

Nazywam się Lucyna, mam sześćdziesiąt siedem lat i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej szyłam - trzydzieści lat przy maszynie w zakładzie krawieckim, potem jeszcze dwanaście na własną rękę, w domu, w pokoju, który Stanisław wygospodarował mi z dawnej spiżarni.

Kraków to duże miasto, ale mój świat zawsze był mały - osiedle, klientki z polecenia, kościół na rogu. Klientki miałam stałe. Przeróbki, sukienki na wesela, zasłony, obrusy. Ręce mam do dziś sprawne, choć palce sztywnieją rano od artretyzmu.

Stanisław odszedł cztery lata temu. Zawał, szybko, w nocy. Nie zdążyłam go nawet obudzić - to znaczy próbowałam, ale on już nie odpowiadał. Po pogrzebie zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Krowodrzy, z meblościanką pełną jego rzeczy i z pytaniem, co dalej.

I wtedy zaczęło się to z Renatą.

Renata to moja córka. Jedyne dziecko. Ma czterdzieści dwa lata, pracuje w biurze nieruchomości, jest po rozwodzie z Darkiem. Maja to jej córka - jedyna wnuczka, jedyna rzecz na tym świecie, na którą patrzę i widzę sens. Ale Renata po śmierci ojca zaczęła mówić o mieszkaniu. Że jest za duże dla jednej osoby. Że mogłabym się zamienić na mniejsze, a różnicę dać jej, bo ona potrzebuje na wkład własny. Że to w końcu ojciec by tak chciał.

Nie chciał. Stanisław nigdy by nie chciał, żebym wyprowadziła się z domu, w którym przeszłam całe życie. Powiedziałam to Renacie. Raz, drugi, trzeci. Za czwartym razem Renata powiedziała, że jestem egoistka, i przestała dzwonić.

A z Renatą przestała dzwonić Maja.

Na początku myślałam, że to chwilowe. Że się ogarną, że Maja sama napisze. Pisała jeszcze przez jakiś czas - krótkie wiadomości, emotikony, zdjęcia z kotką. Potem coraz rzadziej. Potem wcale. Próbowałam dzwonić, ale Maja albo nie odbierała, albo mówiła "babciu, nie mogę teraz" głosem, w którym słyszałam Renatę. Nie samą Renatę - raczej jej ciszę, jej milczenie, które wisiało nad tym dzieckiem jak instrukcja.

Nie obwiniam Mai. Ma szesnaście lat. W tym wieku lojalność wobec matki to nie wybór - to odruch. Jak mruganie. Jak oddychanie. Renata nie musiała jej mówić "nie dzwoń do babci". Wystarczyło, że przy każdej wzmiance o mnie robiła tę swoją minę - zaciśnięte usta, wzrok w bok. Maja to czytała.

Ja też to czytałam, kiedyś. Moja własna matka i moja teściowa nie znosiły się przez dwadzieścia lat, a ja nauczyłam się lawirować między nimi jak między kroplami deszczu. Wiem, jak to działa. Wiem, jak dziecko uczy się, że miłość ma strony i trzeba wybrać jedną.

Wczoraj, kiedy zadzwoniła, jej głos brzmiał inaczej niż zwykle. Nie obcy - bardziej zniecierpliwiony. Jakby dzwoniła do urzędu, a nie do babci.

- Babciu, cześć, słuchaj, mama mi zablokowała doładowania, bo dostałam jedynkę z matmy, a ja muszę mieć internet, bo mamy projekt grupowy na poniedziałek. Możesz mi przelać dwadzieścia złotych na telefon? Błagam, to pilne.

Dwadzieścia złotych. Mniej niż herbatniki, które kupuję w Biedronce na wypadek, gdyby kiedyś wpadła.

- Maja, a może byś wpadła w weekend...

- Babciu, naprawdę nie mogę teraz gadać. Prześlesz?

- Dobrze, prześlę. Maja, ja...

Rozłączyła się. Albo jej się zerwało. Albo uznała, że skoro powiedziałam "dobrze", to sprawa załatwiona.

Przelałam. Oczywiście, że przelałam. Otworzyłam aplikację, wpisałam numer, dwadzieścia złotych, tytuł: "dla Mai". Potwierdziłam. Potem siedziałam przy stole w kuchni, na tym samym krześle, na którym Stanisław jadał śniadania, i piłam herbatę, która dawno wystygła.

Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że zadzwoniła po pieniądze. Najgorsze jest to, że się ucieszyłam. Kiedy zobaczyłam jej imię na ekranie, przez trzy sekundy - zanim odebrałam - czułam radość tak czystą, że aż mnie zabolało w klatce piersiowej. Trzy sekundy nadziei. A potem trzydzieści sekund rozmowy i znowu cisza.

Wieczorem długo myślałam. O Renacie, o mieszkaniu, o tym, czy miałam rację. Może powinnam była się zamienić. Może powinnam była dać te pieniądze i mieć spokój, i mieć córkę, i mieć wnuczkę na weekendy.

Ale potem patrzyłam na ścianę w przedpokoju, gdzie wisi zdjęcie ze ślubu - Stanisław z tymi swoimi wielkimi uszami i ja w sukience, którą sama uszyłam - i wiedziałam, że nie mogłam. Nie dlatego, że jestem egoistka. Dlatego, że to mieszkanie to ostatnie miejsce, gdzie Stanisław jeszcze jest.

W nocy napisałam do Mai SMS-a. Krótki. Nie o pieniądzach, nie o Renacie, nie o tym, że tęsknię. Napisałam:

"Maju, mam w szafie ten materiał w koty, który Ci się podobał. Jeśli chcesz, mogę Ci z niego uszyć poszewki. Przyjedź kiedy możesz."

Wysłałam i wyłączyłam telefon. Nie dlatego, że nie chciałam czekać na odpowiedź - właśnie dlatego, że chciałam za bardzo. Bo gdybym siedziała z włączonym telefonem i patrzyła na ekran, to ta nadzieja znowu by mnie zjadła. A ja muszę się nauczyć, że dwadzieścia złotych na doładowanie to też jest kontakt. Że trzydzieści sekund to więcej niż zero. Że serduszko przy jej imieniu w telefonie wciąż tam jest i nikt mi go nie zabierze.

Rano włączyłam telefon. Była jedna wiadomość. Nie od Mai.

Od Renaty: "Mama, słyszałam, że rozmawiałaś z Mają. Nie wciągaj jej w nasze sprawy."

Nie odpisałam. Zrobiłam herbatę, usiadłam przy maszynie i zaczęłam kroić materiał w koty. Na dwie poszewki. Na wszelki wypadek.