Po śmierci mamy okazało się, że przepisała mieszkanie na brata jeszcze za życia. Gdyby nie ta teczka z dokumentami w szafce nocnej mamy, pewnie dowiedziałabym się o wszystkim jeszcze później.
Może za miesiąc, może za pół roku - kiedy Tadeusz w końcu wystawiłby mieszkanie na sprzedaż i zadzwonił z informacją, że nie muszę już przyjeżdżać po resztę maminych rzeczy, bo nowi lokatorzy się wprowadzają.
Ale znalazłam tę teczkę trzy dni po pogrzebie. Siedziałam na podłodze w maminej sypialni, pakowałam jej ubrania do worków - te na leki pachniały rumiankiem i czymś gorzkim, szpitalnym - i wtedy zobaczyłam brązową kopertę wciśniętą między pościel a ściankę szafki.
W środku był akt notarialny. Darowizna. Mieszkanie przy Piłsudskiego, czterdzieści sześć metrów kwadratowych, drugie piętro. Przekazane na rzecz Tadeusza Wasilewskiego, syna darczyńcy. Data - sprzed dwóch lat.
Przeczytałam to trzy razy, zanim dotarło.
Mam na imię Lucyna, od trzydziestu lat prowadzę księgowość w firmie budowlanej w Siedlcach. Liczby to moje życie - bilanse, faktury, zestawienia. Myślałam, że umiem czytać dokumenty lepiej niż większość ludzi. A najważniejszy dokument w rodzinie przeszedł mi koło nosa.
Mama chorowała od ośmiu lat. Najpierw kolano, potem biodro, potem serce. Pod koniec już prawie nie wychodziła z mieszkania. Robiłam jej zakupy, woziłam do lekarzy, sprzątałam, gotowałam obiady na dwa dni do przodu, żeby miała co podgrzać.
Przyjeżdżałam co drugi dzień - czasem częściej, kiedy było gorzej. Mam swoje mieszkanie piętnaście minut jazdy autobusem od jej bloku, więc to nie był problem. Problem zaczął się, kiedy przyszło dzielić się obowiązkami.
Tadeusz mieszkał bliżej - dosłownie dwie przecznice od mamy. I właśnie na to się powoływał za każdym razem, kiedy prosiłam go o pomoc. "Lucyna, ja tam zaglądam, nie martw się." "Wpadłem wczoraj na chwilę." "Przyniosłem jej chleb." Chleb. Ja gotowałam rosół, robiłam pranie, myłam okna, a on przynosił chleb i to wystarczało.
Nie chciałam się kłócić. Mama nie lubiła, kiedy się kłóciliśmy. "Dzieci, nie róbcie mi tego" - powtarzała, kiedy tylko podnosiłam temat. Więc odpuszczałam. Myślałam, że skoro i tak wszystko robię sama, to przynajmniej mam czyste sumienie.
Po pogrzebie Tadeusz zachowywał się dziwnie spokojnie. Nie płakał - ale to jeszcze nic, mężczyźni w naszej rodzinie nigdy nie płakali. Gorzej, że unikał rozmów o mamie. O mieszkaniu. O tym, co dalej. Kiedy zapytałam, czy powinnyśmy razem pojechać do kancelarii notarialnej w sprawie spadku, powiedział krótko: "Nie trzeba. Zajmę się tym."
Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego.
Kiedy zadzwoniłam do niego z tym aktem darowizny w ręce, przez pierwszą minutę milczał. Potem powiedział zdanie, które do dziś słyszę w głowie, kiedy nie mogę zasnąć.
"Lucyna, mama chciała, żebym to ja miał to mieszkanie. Bo ja się nią opiekowałem."
Nie krzyknęłam. Chciałam, ale nie byłam w stanie. Zaschło mi w gardle. Stałam w maminym przedpokoju, tam gdzie wisiało jej stare lustro z odpryskaną ramą, i widziałam swoją twarz - czerwoną, wykrzywioną, ale cichą.
- Opiekowałeś się? - wydusiłam w końcu. - Ty się nią opiekowałeś?
- Byłem bliżej. Wpadałem codziennie.
- Wpadałeś z chlebem, Tadeusz. Ja jej gotowałam, prałam, woziłam po lekarzach. Osiem lat.
- Ty miałaś swoje życie, pracę. Ja jej towarzyszyłem. Rozmawiałem z nią. Mama potrzebowała kogoś, kto po prostu z nią posiedzi.
I to było najgorsze. Bo w tym jednym zdaniu było ziarno prawdy. Ja przyjeżdżałam, robiłam, organizowałam, odhaczałam zadania jak pozycje w arkuszu kalkulacyjnym. Wchodziłam, wieszałam kurtkę, pytałam o ciśnienie, wstawiałam pranie, zostawiałam obiad i jechałam. Tadeusz - jak się potem dowiedziałam od sąsiadki z parteru - rzeczywiście przychodził prawie codziennie. Siadał. Pił herbatę. Oglądali razem telewizję. Czasem godzinę, czasem dwie.
Nie wiem, czy mama czuła się przy mnie jak przy córce, czy jak przy pielęgniarce.
Pojechałam do notariusza, u którego mama podpisała darowiznę. Pani w sekretariacie potwierdziła, że mama przyszła sama, była przytomna, świadoma. Nikt jej nie zmusił. Podpisała, wyszła.
Prawnik, z którym potem rozmawiałam, powiedział mi o zachowku. Że jako córka mam prawo do części wartości tego mieszkania - że darowizna nie zamyka mi drogi do roszczeń. Że mam pięć lat od otwarcia spadku na złożenie pozwu. Kiwnęłam głową, zapisałam wszystko w notesie. Cyfry, paragrafy - to rozumiałam. To, czego nie rozumiałam, nie mieściło się w żadnym paragrafie.
Nie rozumiałam, dlaczego mama mi nie powiedziała. Dwa lata. Przyjeżdżałam do niej co drugi dzień przez dwa lata po podpisaniu tej darowizny. Jadłyśmy razem obiad, rozmawiałyśmy o pogodzie, o sąsiadach, o cenach w Biedronce. I ani razu - ani jednego razu - nie powiedziała mi: "Lucynko, muszę ci coś wyjaśnić."
Może się bała. Może ją o to poprosił. Może po prostu nie wiedziała, jak powiedzieć córce, że jej codzienna obecność to było za mało.
Z Tadeuszem nie rozmawiamy od trzech miesięcy. Złożyłam wniosek o zachowek - bo muszę, bo to jedyna rzecz, którą mogę zrobić z tą sytuacją, która ma jakikolwiek kształt, jakąś procedurę. Reszta - żal, złość, poczucie winy - tego nie da się złożyć w żadnym sądzie.
Czasem przejeżdżam autobusem koło maminego bloku. W oknach na drugim piętrze wiszą nowe zasłony. Tadeusz je wymienił. Te stare, w kremowe kwiaty, mama kupiła jeszcze z tatą w dziewięćdziesiątym szóstym roku.
Wiem, bo pamiętam dzień, kiedy je wieszali. Stałam na taborecie i podawałam klamerki.