Przez dziesięć lat odkładałam na lokacie pieniądze na pogrzeb - żeby dzieci nie musiały wydawać. Powiedziałam o tym synowi. Następnego dnia zadzwonił z propozycją, że przeniesie te pieniądze na lepiej oprocentowane konto. 

Gdybym tamtego wieczoru nie wspomniała o lokacie, te pieniądze nadal leżałyby spokojnie w banku, czekając na swoje przeznaczenie. Ale ja - głupia, naiwna matka - postanowiłam być uczciwa wobec własnego syna. I to był mój największy błąd.

Wszystko zaczęło się od rozmowy przy herbacie. Robert przyjechał do mnie w niedzielę, co samo w sobie było dziwne, bo od lat odwiedzał mnie najwyżej raz w miesiącu. Usiadł w kuchni, pił herbatę z cytryną, jadł sernik, który upiekłam specjalnie dla niego, i mówił o żonie, o dzieciach, o remoncie łazienki. Normalny, ciepły syn. Taki, jakiego zawsze chciałam mieć.

Nie wiem, dlaczego akurat wtedy mi się wyrwało. Może dlatego, że kilka dni wcześniej byłam na pogrzebie koleżanki z biblioteki, w której przepracowałam trzydzieści dwa lata.

Irena miała sześćdziesiąt dziewięć lat, umarła nagle, a jej dzieci musiały w pośpiechu zbierać pieniądze na pochówek. Widziałam ich bezradne miny na cmentarzu w Bydgoszczy, ten pośpiech, te szeptane rozmowy o kosztach. I pomyślałam - moje dzieci tego nie przeżyją, bo ja się zabezpieczyłam.

"Wiesz, Robertku" - powiedziałam, nalewając mu drugą szklankę - "ja odkładam pieniądze na lokacie. Od dziesięciu lat. Na swój pogrzeb."

Pamiętam, jak odstawił szklankę na spodek. Patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie rozumiał.

"Mamo, o czym ty mówisz?"

"O tym, żebyście się nie musieli martwić, jak mnie nie będzie. Żeby wszystko było godnie. Trumna, kwiaty, stypa. Żeby nikt nie musiał pożyczać."

Robert milczał. Obracał łyżeczkę w palcach, a potem powiedział coś, co brzmiało rozsądnie - jak wszystko, co mówił.

"Ile masz na tej lokacie, mamo?"

Powiedziałam mu. Dziesięć lat oszczędzania ze skromnej emerytury, odkładania po trochu co miesiąc, odmawiania sobie nowych butów zimowych, rezygnacji z wycieczki do sanatorium. To nie była fortuna, ale dla mnie - cały majątek.

Robert pokiwał głową, a następnego dnia zadzwonił.

"Mamo, rozmawiałem z Karoliną" - zaczął tym swoim spokojnym, rzeczowym tonem. Karolina to jego żona, pracuje w jakiejś firmie finansowej. - "Ta twoja lokata ma kiepskie oprocentowanie. Teraz są dużo lepsze opcje. Mogę ci założyć konto oszczędnościowe z lepszym procentem. Pieniądze będą pracować, zamiast leżeć."

Brzmiało logicznie. Robert zawsze był tym mądrym, wykształconym. Ja po trzydziestu dwóch latach w bibliotece nie czułam się ekspertką od finansów. Cyfry mnie męczyły, a bankowość internetowa to był dla mnie kosmos.

"Ale jak to - na twoje konto?" - zapytałam.

"Mamo, to formalność. Konto będzie na mnie, ale pieniądze są twoje. Jak będziesz potrzebować - przeleje ci w sekundę."

Zaufałam mu. Bo to mój syn. Bo zmieniam mu pieluchy, uczyłam go czytać, chodziłam na wywiadówki, prałam mu koszule, kiedy studiował w Toruniu i przywoził torby brudnych ubrań. Kto miałby mu nie zaufać, jeśli nie własna matka?

Poszliśmy razem do banku. Zlikwidowałam lokatę. Robert przelał pieniądze na swoje konto. Dostałam buziaka w policzek i zapewnienie, że "wszystko jest bezpieczne."

Przez pierwsze miesiące nic się nie zmieniło. Robert dzwonił jak zwykle - raz, dwa razy w tygodniu. Pytał o zdrowie, o ciśnienie, o to, czy wzięłam leki. Normalny syn. Kochający syn.

Potem zaczęły się drobne sygnały. Najpierw Robert i Karolina wymienili samochód. Potem pojechali na wakacje - nie nad Bałtyk jak zwykle, tylko gdzieś do Chorwacji. Potem Karolina wstawiła na Facebooka zdjęcia nowej kuchni - białe szafki, blat z kamienia, coś, co wyglądało drogo.

Nie łączyłam faktów. Mój syn zarabia, jego żona zarabia, mają prawo do lepszego życia. Ale gdzieś w środku - tam, gdzie matki mają ten czujnik, którego nie da się wyłączyć - zaczęło mnie swędzieć.

W listopadzie, po Wszystkich Świętych, zapytałam Roberta wprost. Staliśmy na cmentarzu przy grobie jego ojca, Henryka, który odszedł sześć lat temu. Poprawiałam chryzantemy w wazonie, a Robert stał z rękami w kieszeniach kurtki.

"Robertku, a te pieniądze na pogrzeb - ile ich teraz jest? Urosły trochę na tych odsetkach?"

Cisza. Taka gęsta, mokra cisza, jak ten listopadowy poranek.

"Mamo, porozmawiamy o tym w domu."

Ale nie porozmawialiśmy w domu. Nie tego dnia, nie następnego. Dopiero dwa tygodnie później, kiedy zadzwoniłam trzeci raz z tym samym pytaniem, Robert powiedział coś, co odebrało mi powietrze.

"Mamo, te pieniądze - to są nasze wspólne oszczędności rodzinne. Moje, Karoliny, twoje. My się tobą opiekujemy, więc to naturalne, że finanse mamy wspólne."

Siedziałam w fotelu, w tym samym, w którym siedział Henryk, kiedy jeszcze żył. Za oknem blok naprzeciwko, balkony z suszarkami, gołębie na parapecie. Wszystko takie samo jak zawsze. Tylko ja nagle poczułam, że grunt usuwa mi się spod nóg.

"Robert, ja te pieniądze odkładałam dziesięć lat. Na swój pogrzeb. To nie są oszczędności rodzinne."

"Mamo, nie dramatyzuj. Nikt tu nikogo nie okrada. Po prostu zarządzamy tym wspólnie, bo tak jest lepiej. Jak będziesz potrzebować - dostaniesz."

"To przelej mi je z powrotem."

"Teraz nie mogę. Część poszła na... inwestycje. Ale odłożymy, spokojnie."

Inwestycje. Nowa kuchnia Karoliny. Chorwacja. Samochód. Moje dziesięć lat oszczędzania, moje odmówione sobie sanatorium, moje stare buty, w których chodziłam jeszcze dwie zimy - to wszystko zamieniło się w kamienny blat i wakacje nad Adriatykiem.

Nie płakałam. Nie od razu. Najpierw poszłam do kuchni, włączyłam czajnik i patrzyłam, jak woda zaczyna wrzeć. I dopiero wtedy - przy tym śmiesznym, codziennym bulgotaniu - poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie serce. Coś gorszego. Zaufanie.

Zadzwoniłam do córki Marty, która mieszka pod Poznaniem. Marta jest trzy lata starsza od Roberta, ma swoje problemy - męża, który dużo pracuje i mało zarabia, trójkę dzieci, kredyt. Nigdy nie prosiła mnie o pieniądze. Nigdy.

"Mamo, ty sobie żartujesz" - powiedziała, kiedy jej opowiedziałam. - "On ci zabrał pieniądze na pogrzeb? Na twój własny pogrzeb?"

"Nie zabrał. Ja mu je dałam."

"Bo ci powiedział, że będą lepiej oprocentowane! Mamo, to jest..."

Marta nie dokończyła. Słyszałam, jak oddycha ciężko do słuchawki. Potem powiedziała cicho:

"Ja z nim porozmawiam."

"Nie" - odpowiedziałam. - "Ja sama."

Minął miesiąc. Nie zadzwoniłam do Roberta ani razu. On też nie dzwonił. Ta cisza była najgorsza - bo potwierdzała to, czego nie chciałam wiedzieć. Że mój syn nie czuje wstydu.

W końcu pojechałam do niego. Autobus z Bydgoszczy, potem tramwaj. Stanęłam pod drzwiami tego ich mieszkania z nową kuchnią i nacisnęłam dzwonek.

Otworzyła Karolina. Uśmiechnęła się tym swoim gładkim uśmiechem, zaprosiła do środka, postawiła kawę w białej filiżance na tym kamiennym blacie. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, ja z jednej strony, oni z drugiej. Jak na rozprawie.

"Chcę odzyskać swoje pieniądze" - powiedziałam. Bez wstępu, bez herbaty z cytryną, bez sernika.

Robert patrzył na Karolinę. Karolina patrzyła na Roberta. Ten ich porozumiewawczy wzrok - znałam go. Tak patrzą ludzie, którzy już wcześniej ustalili, co powiedzą.

"Mamo, te pieniądze pracują. Jak będziemy mogli, oddamy. Ale teraz nie możemy."

"Kiedy?"

"Daj nam czas."

Czas. Mam siedemdziesiąt lat i skromną emeryturę. Ile czasu mam dać?

Wróciłam do domu autobusem. Patrzyłam przez okno na pola, na te nagie drzewa, na niebo, które wyglądało jak brudna szmata. I myślałam o Henryku. Co by powiedział? Pewnie by się wściekł. Pewnie by pojechał do Roberta i postawił sprawę jasno. Ale Henryka nie ma, a ja nie jestem Henrykiem.

Następnego dnia poszłam do prawnika. Młody chłopak, gabinet przy rynku, dyplomy na ścianie. Wysłuchał mnie cierpliwie, notował, a potem powiedział, że sprawa nie jest prosta. Pieniądze przelałam dobrowolnie. Nie ma umowy, nie ma pisemnego zobowiązania do zwrotu. Mogę próbować drogi sądowej - bezpodstawne wzbogacenie, tak to nazwał. Ale to potrwa, będzie kosztować i nie ma gwarancji.

Wyszłam z kancelarii i usiadłam na ławce. Ktoś zostawił gazetę. Wiał wiatr. I pomyślałam - jak to jest, że przez siedemdziesiąt lat byłam uczciwą kobietą, nigdy nikogo nie oszukałam, a oszukał mnie ten, którego nauczyłam mówić "mama"?

Dziś jest luty. Nie odzyskałam pieniędzy. Robert dzwoni teraz częściej - krótkie, nijakie telefony, pytania o zdrowie, o ciśnienie. Jakby nic się nie stało. Jakby te pieniądze nigdy nie istniały.

Marta przyjeżdża co dwa tygodnie z Poznania, przywozi mi obiad na kilka dni, pomaga z zakupami. Nie mówi o Robercie. Ja też nie.

Odkładam znowu. Niewiele, bo z emerytury nie zostaje prawie nic. Ale odkładam. Kupiłam kopertę, taką zwykłą białą kopertę, i schowałam ją w szufladzie pod pościelą. Nikt o niej nie wie. Żaden syn, żadna córka, żaden bank z lepszym oprocentowaniem.

Na tej kopercie napisałam: "Na pogrzeb. Nie ruszać."

I tym razem nie powiem nikomu.