Wnuczka miała szesnaście lat i wstydziła się chodzić ze mną do galerii - mówiła, że za wolno idę. W maju poprosiła, żebym nauczyła ją robić pierogi na imprezę ze znajomymi. Lepiłyśmy do drugiej w nocy.
"Babciu, ja może pójdę z Zuzką do Sinsaya, a ty idź sobie do Rossmanna, spotkamy się przy kasach za pół godziny, dobra?"
Stałam w środku galerii, w tej wielkiej hali, gdzie muzyka dudniła tak, że czułam ją w klatce piersiowej, i próbowałam uśmiechnąć się tak, żeby Oliwia nie zobaczyła, że coś mnie ukłuło.
Zuzka przestępowała z nogi na nogę z telefonem w ręku, wpatrzona w ekran. Oliwia patrzyła na mnie z tą grzeczną, wymuszoną cierpliwością, z jaką młodzi patrzą na starszych w kolejce do kasy.
"Jasne, kochanie, idźcie - machnęłam ręką. - I tak chciałam zajrzeć po krem."
Nie chciałam żadnego kremu.
Sześć lat wcześniej ta sama Oliwia ciągnęła mnie za rękę przez tę samą galerię i mówiła: "Babciu, chodź szybciej, bo karuzela nam ucieknie." Miała dziesięć lat, warkocz do pasa i plecak z Elsą z "Krainy Lodu".
Siedziałyśmy na drewnianym koniku, ja trzymałam ją jedną ręką za ramię, drugą łapałam się metalowego pręta, i ona śmiała się tak, że ludzie się oglądali. Potem szłyśmy na lody do tej cukierni przy rynku, gdzie pan Rysio zawsze dawał jej dodatkową gałkę. "Bo to wnusia pani Teresy" - mówił.
A teraz pan Rysio nie żył już od dwóch lat, cukiernia była jakąś azjatycką knajpą z bąbelkowymi herbatami, a moja wnuczka wstydziła się, że chodzę za wolno.
Wyszłam z Rossmanna z kremem, którego nie potrzebowałam, usiadłam na ławce przy fontannie i patrzyłam, jak dwie nastolatki śmieją się gdzieś na piętrze, oparte o balustradę. Przełknęłam ślinę. "Teresa, nie bądź głupia - powiedziałam do siebie. - Ona ma szesnaście lat. Miałaś ją mieć na zawsze jako dziesięciolatkę?"
Ale miałam.
Przez całą drogę do domu, w autobusie linii osiem, Oliwia siedziała z słuchawkami w uszach i pisała coś na telefonie. Pokazałam jej kiedyś, jak udrutować rękaw, żeby marszczenie było równe - miała wtedy dwanaście lat, siedziała ze mną przy maszynie i pytała, skąd biorą się wzory na tkaninach. Teraz zerkała w okno, jakby mnie obok nie było.
W maju, pamiętam, że to była środa, bo akurat wracałam z lekarza od serca, zadzwoniła.
"Babciu, słuchaj, mam pytanie. W sobotę robimy imprezę u Julki, no takie małe spotkanie, i chciałam zrobić coś własnego. Nauczysz mnie pierogów? Z kapustą i grzybami, takich jak robisz na wigilię."
Stałam na przystanku przy szpitalu i musiałam przełożyć siatkę z rąk, bo nagle dłonie mi zdrętwiały.
"Jakich pierogów, dziecko? Teraz?"
"No teraz, babciu. Przyjdę w piątek po szkole, dobra? I zostanę do wieczora, jeśli możesz. Bo Julka mówi, że ja zawsze przynoszę chipsy, a ja chcę coś takiego... no wiesz. Domowego."
Położyłam telefon do kieszeni i uśmiechnęłam się do szyby autobusu. Kierowca pewnie pomyślał, że jestem trochę stuknięta.
W piątek przyszła o szesnastej z wielką torbą, w której miała pidżamę. Nie pytała, czy może zostać na noc - po prostu przyszła z pidżamą. Na sobie miała jakiś wielki bluzon z angielskim napisem, który mi nic nie mówił, i dziurawe jeansy, za które jej matka zapłaciła pewnie więcej niż ja za moją lodówkę.
"Babciu, mam ciasto kupione, zobacz, takie gotowe z Biedronki."
"Oddaj to psu, Oliwka. Pierogi robimy z mąki."
Wysypałam mąkę na stolnicę. Oliwia stanęła obok i patrzyła jak na czary.
"Serio z niczego? Tylko mąka i woda?"
"Jajko, szczypta soli, odrobina oleju. Patrz."
Przez pierwszą godzinę ciasto wyszło jej za twarde. Przez drugą - za miękkie. Koło dwudziestej trzeciej, kiedy siedziałyśmy już naprzeciwko siebie z kapustą i grzybami na talerzu pośrodku, a radio cicho grało jakieś stare przeboje z Trójki, Oliwia nagle odłożyła pieroga.
"Babciu, a czemu ja tak mało do ciebie przychodzę?"
Nie odpowiedziałam od razu. Lepiłam dalej, bo wiedziałam, że jak spojrzę jej w oczy, to mi się zrobi głupio. W kuchni pachniało masłem z cebulą, które smażyłam na okrasę, i tą wilgotną, ciężką wonią grzybów, która zawsze kojarzyła mi się z grudniem u mojej matki.
"Bo dorastasz, kochanie. Tak już jest."
"Ale Zuzka codziennie jest u swojej babci. I mówi, że to jest normalne."
"No to chodź częściej. Ja ci pierogów nie zabronię."
Skończyłyśmy o drugiej w nocy. Na stole leżało sto dwadzieścia pierogów, poukładanych w równe rządki na lnianym obrusie, posypanym mąką. Oliwia robiła im zdjęcia telefonem z różnych stron, kazała mi poprawić chustkę na głowie, mnie się nie chciało, ale poprawiłam.
"Babciu, stań tu przy oknie. Światło jest ładne."
Stanęłam. Myślałam, że to jej jakaś szkolna praca.
Rano obudziłam się o siódmej, poszłam postawić czajnik, a na komórce miałam wiadomość od córki. Magda nie dzwoniła do mnie przed ósmą od lat, bo wiedziała, że to mnie denerwuje.
"Mamo, widziałaś, co ona napisała? Cała rodzina to udostępnia. Ciotka Halina z Niemiec już dzwoniła."
Włączyłam Facebooka - tego Facebooka, którego założyłam tylko po to, żeby widzieć zdjęcia prawnuków mojej siostry - i zobaczyłam Oliwii zdjęcie. Ja przy oknie, ręce w mące, uśmiech, którego u siebie nie widziałam chyba z dziesięć lat. Pod spodem: "Moja babcia jest lepsza niż cały TikTok. Dwanaście godzin i sto dwadzieścia pierogów. Dziękuję, że jesteś."
Dwieście udostępnień. Komentarze od ludzi, których w ogóle nie znałam. "Taka babcia to skarb." "U mojej już bym nie pobyła." "Przytul ją mocno."
Usiadłam przy stole i rozpłakałam się jak dziecko. Nie wiedziałam, czy z radości, czy ze wstydu, że przez ostatnie dwa lata miałam żal do dziewczyny, która przecież po prostu dorastała.
Od tamtej soboty Oliwia przychodzi co tydzień. Nagrywa te swoje filmiki - teraz robimy gołąbki, bigos, szarlotkę mojej matki, tę z kruszonką. Ona mówi do kamery, ja mieszam w garnku. Na jej koncie jest już kilka tysięcy obserwujących, ale mnie to szczerze mówiąc wisi. Wisi mi, ile tam jest kropek i serduszek.
Ważne jest to, że w zeszły piątek zadzwoniła i zapytała, czy może przyprowadzić Julkę i Zuzkę. Że dziewczyny bardzo proszą.
"Babciu, ale ty się zgódź. One mówią, że u nich w domu nikt nic z niczego nie robi. Tylko zamawiają."
Powiedziałam, że niech przyjdą w sobotę.
Stoję teraz w kuchni, wycieram ręce w fartuch i myślę, że człowiek przez całe życie czeka, aż dzieci dorosną, potem czeka, aż urodzą mu wnuki, potem czeka, aż te wnuki dorosną - a najgorsza jest ta chwila, kiedy myślisz, że już na ciebie nie czekają. Że wyrosłaś im z życia jak stary sweter.
A potem przychodzi maj i szesnastolatka w dziurawych jeansach mówi ci, że jesteś lepsza niż cały TikTok.
I okazuje się, że człowiek nigdy nie jest już za stary na to, żeby być komuś potrzebnym.