Dzieci zaproponowały, żebym sprzedała mieszkanie i podzieliła pieniądze między nich "teraz, żeby potem nie było problemów z podatkami". W zamian miałam mieszkać u syna. Przez pierwszy miesiąc miałam swój pokój.
Gdybym mogła cofnąć czas, nigdy nie podpisałabym tych papierów u notariusza. Ale wtedy, siedząc w kancelarii z dwójką własnych dzieci po obu stronach, czułam się bezpieczna. Bo kto miałby mnie chronić, jeśli nie oni?
Pomysł pojawił się przy niedzielnym obiedzie. Grzegorz przyjechał z żoną i dwójką maluchów, Iwona sama - jak zwykle. Jedli rosół, ten sam, który warzyłam od trzydziestu lat w tym samym garnku, w tej samej kuchni na osiedlu przy Sokołowskiej w Siedlcach. I gdzieś między kompotem a sernikiem Grzegorz powiedział:
"Mamo, my z Iwoną rozmawialiśmy. Wiesz, że po tacie zostało to mieszkanie na ciebie, ale potem i tak trzeba będzie dzielić spadek. Podatki, notariusz, sąd. Może lepiej załatwić to teraz, po ludzku?"
Iwona pokiwała głową. Nie patrzyła mi w oczy, ale wtedy pomyślałam, że to ze wzruszenia.
Miałam siedemdziesiąt dwa lata. Całe życie przy maszynie do szycia - czterdzieści lat w zakładzie krawieckim, a potem jeszcze prywatnie, z domu, dopóki wzrok pozwalał. Mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią - było jedynym, co mi zostało po Zenonie. On zmarł trzy lata wcześniej, cicho, we śnie, jakby nie chciał robić kłopotu. Tak jak żył. Dzieci pewnie po nim odziedziczyły tę cechę - myślałam wtedy - chcą wszystko załatwić spokojnie, bez kłótni.
"Zamieszkasz u nas, mamo" - powiedział Grzegorz. "Pokój Kuby, on i tak śpi z Olkiem. Będziesz miała swój kąt, swój święty spokój. Po co ci to całe mieszkanie dla jednej osoby?"
Plan brzmiał rozsądnie. Mieszkanie sprzedane, pieniądze podzielone na pół. Każde dziecko dostaje swoją część, ja przeprowadzam się do syna. Iwona wzięła swoją połowę od razu - mówiła o spłacie kredytu.
Pierwsze tygodnie u Grzegorza były nawet dobre. Miałam pokój - mały, z tapetą w misie, ale swój. Synowa Agata przynosiła mi herbatę rano. Wnuki przychodziły na dobranoc. Czułam się potrzebna, a jednocześnie zaopiekowana. Myślałam: dobrze zrobiłam. Spokojnie dożyję tu swoich dni.
Zaczęło się od drobiazgów. "Mamo, mogłabyś odebrać chłopców ze szkoły? Agata ma spotkanie." Potem: "Mamo, jak już robisz obiad, to zrób na wszystkich, szkoda gotować dwa razy." Potem: "Mamo, pościel leży w pralce, jak możesz to rozwieś."
Nie odmawiałam. Przecież mieszkałam pod ich dachem. Czułam, że powinnam się odwdzięczyć. Że to normalne. Że tak to działa w rodzinie.
W trzecim miesiącu budziłam się o szóstej, żeby przygotować śniadanie dla chłopców. Robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam. Prasowałam koszule Grzegorza. Agata wracała z pracy i kładła się na kanapę. "Dzięki, mamo" - mówiła, nie podnosząc oczu znad telefonu.
Pewnego wieczoru usiadłam w swoim pokoju i policzyłam. Nie pieniądze - godziny. Pracowałam więcej niż wtedy, gdy szyłam w zakładzie. Tylko że wtedy dostawałam za to wypłatę. Teraz dostawałam "dzięki, mamo" i tapczan w pokoju z misiami na tapecie.
Zadzwoniłam do Iwony. "Wszystko u mnie dobrze" - powiedziała szybko. "Słuchaj, nie mogę teraz gadać, dzwonię później." Nie zadzwoniła.
Próbowałam porozmawiać z Grzegorzem. Wybrałam wieczór, kiedy Agata poszła do koleżanki. Usiadł naprzeciwko mnie w kuchni, zmęczony, z podkrążonymi oczami. Zrobiło mi się go żal - pracował na dwie zmiany, żeby spłacić remont łazienki.
"Synku, ja rozumiem, że pomagam, ale czuję się trochę jakbym..." - zaczęłam.
"Mamo, to nie jest takie proste" - przerwał mi. Pocierał czoło dłonią. "Agata mówi, że potrzebujemy przestrzeni. Chłopcy rosną. Kuba chce z powrotem swój pokój."
"Ale gdzie ja miałabym pójść?"
Cisza. Grzegorz patrzył na blat stołu. Widziałam, jak zaciska szczękę - dokładnie jak Zenon, kiedy nie wiedział, co powiedzieć.
"Może... może byś poszukała czegoś małego? Jakiejś kawalerki? Iwona na pewno dołoży."
Iwona nie odebrała telefonu tego wieczoru. Ani następnego dnia. Kiedy w końcu się odezwała po tygodniu, powiedziała, że pieniądze z mieszkania poszły na kredyt, na samochód, na jakieś pilne sprawy. "Mamo, sama nie mam teraz za co żyć" - szepnęła, i w jej głosie usłyszałam wstyd. Prawdziwy, gęsty wstyd człowieka, który wie, że zawiódł, ale nie potrafi tego naprawić.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Usiadłam na tapczanie w pokoju z misiami i patrzyłam przez okno na kasztanowce, które właśnie zaczynały kwitnąć. Białe świece na tle szarego bloku. Pomyślałam o Zenonie - jak by na mnie spojrzał, gdyby wiedział. Z wyrzutem? Nie. Ze smutkiem. Bo on też by im zaufał. Bo to były nasze dzieci.
Następnego dnia poszłam do OPS-u. Urzędniczka za biurkiem - młoda dziewczyna, pewnie w wieku Iwony - popatrzyła na moje dokumenty i powiedziała cicho: "Pani ma prawo do lokalu komunalnego. Ale kolejka jest długa."
Kolejka jest długa. To zdanie zostało ze mną.
Teraz mieszkam w wynajętym pokoju u starszej pani na drugim końcu Siedlec. Płacę z emerytury - zostaje mi tyle, ile zostaje. Grzegorz dzwoni w niedzielę, krótko, jakby odhaczał punkt na liście. Iwona przysyła SMS-y: serduszka, buziaki, "kocham cię, mamo". Żadne z nich nie zaproponowało zwrotu pieniędzy. Może nie mają. Może nie przychodzi im to do głowy.
Nie mam do nich żalu - a przynajmniej próbuję go nie mieć. Wychowałam ich najlepiej, jak umiałam. Ale czasem, wieczorem, kiedy siedzę sama w cudzym pokoju i słyszę, jak gospodyni rozmawia z kotem za ścianą, myślę o tym garnku z rosołem. Został u Grzegorza. Nawet o niego nie poprosiłam.
Może powinnam była.