Córka zaprosiła mnie na obiad pierwszy raz od dwóch lat. Upiekłam szarlotkę, włożyłam tę bluzkę, którą lubi. Po deserze zięć wyszedł na balkon. Córka położyła przede mną teczkę i powiedziała, mamo posłuchaj zanim się zdenerwujesz.
Gdybym wiedziała, co czeka mnie po tej szarlotce, pewnie schowałabym formę z powrotem do szafki i nigdzie nie jechała. Ale wtedy jeszcze myślałam, że córka za mną tęskni.
Zadzwoniła w środę, przed południem. Głos miała ciepły, prawie taki jak dawniej - zanim między nami wszystko zaczęło trzeszczeć. "Mamo, w sobotę przyjdziesz na obiad? Marcin zrobi rosół, a ja szykuję naleśniki, takie jak lubisz."
Rozłączyłam się i płakałam pięć minut nad zlewem. Z radości. Dwa lata. Dwa lata telefonów, które trwały trzy minuty i kończyły się słowami "muszę lecieć, pogadamy". Dwa lata świąt, na które dostawałam zaproszenie dopiero w Wigilię rano, jakby ktoś sobie w ostatniej chwili przypomniał. A teraz - obiad. Zaproszenie. Konkretna data.
Pracowałam jako krawcowa przez trzydzieści lat, w zakładzie na Kalinowszczyzna w Lublinie. Ręce mam pewne, szyję równo, potrafię naprawić każdy zamek i każdą podszewkę. Ale do pieczenia szarlotki drżały mi jak u dziecka, które pierwszy raz niesie talerz z zupą. Jabłka kroimy na cienko, ciasto z masłem, cynamon - Agata uwielbiała tę szarlotkę, odkąd miała sześć lat.
W sobotę włożyłam tę jasnoniebieską bluzkę, którą mi kiedyś kupiła na Dzień Matki. Jedną z nielicznych rzeczy, które od niej dostałam i które nie skończyły na dnie szuflady. Umalowałam się lekko. Popatrzyłam w lustro i pomyślałam, że może te dwa lata minęły i dla niej, nie tylko dla mnie.
Mieszkanie Agaty i Marcina pachniało rosołem i czymś słodkim - może wanilią z naleśników. Zięć uścisnął mi dłoń mocniej niż zwykle. Agata pocałowała mnie w policzek i powiedziała "dobrze wyglądasz, mamo". Jedliśmy spokojnie. Opowiadali o remoncie łazienki, o psie sąsiadów, który szczeka do trzeciej w nocy. Normalny obiad. Normalna rodzina. Prawie uwierzyłam.
Po naleśnikach podałam szarlotkę. Agata zjadła dwa kawałki i powiedziała, że smakuje dokładnie tak, jak w dzieciństwie. Nalałam herbatę. Było dobrze. Było tak dobrze, że powinnam się domyślić.
Marcin wstał od stołu. "Pójdę na balkon, zapalę" - mruknął, nie patrząc na mnie. Agata kiwnęła głową. Zrobiło się cicho. Ta cisza miała inny ciężar niż tamta, sprzed obiadu. Agata wstała, poszła do przedpokoju i wróciła z brązową tekturową teczką.
"Mamo, posłuchaj, zanim się zdenerwujesz."
To zdanie. To jedno zdanie sprawiło, że herbata w mojej filiżance nagle przestała mi smakować. Bo nikt nie mówi "zanim się zdenerwujesz", jeśli nie wie, że to, co powie, zdenerwuje.
Otworzyłam teczkę. Na wierzchu leżała kartka - wydruk z jakiegoś portalu nieruchomości. Zdjęcie mojego salonu. Mojej kuchni. Mojego balkonu z pelargoniami, które podlewam co rano od dwudziestu lat. "Mieszkanie dwupokojowe, 48 m kw., os. Ruta, piętro trzecie, do remontu."
Do remontu. Moje mieszkanie, w którym nic nie jest zepsute.
"Agata" - powiedziałam, i sama usłyszałam, jak głos mi twardnieje - "co to jest?"
Córka odsunęła filiżankę. Złożyła ręce na stole jak do egzaminu. "Mamo, rozmawiałam z pośrednikiem. To nie jest ogłoszenie wystawione na sprzedaż - to wycena. Chciałam wiedzieć, ile to mieszkanie jest warte. Bo musimy porozmawiać."
Musimy porozmawiać. Znowu to słowo - "musimy". Jakby to, co chciała powiedzieć, było obowiązkiem, a nie wyborem.
Marcin stał na balkonie z papierosem i patrzył gdzieś ponad dachami. Wiedział. Oboje wiedzieli, zanim jeszcze ugotowali ten rosół.
"Mamo, ty masz sześćdziesiąt dwa lata. Sama w tym mieszkaniu. Trzecie piętro bez windy. Za trzy, cztery lata kolana ci nie pozwolą chodzić po tych schodach. A to mieszkanie stoi i traci na wartości, bo jest do remontu, którego ty nie zrobisz."
Patrzyłam na nią i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy moja córka zaczęła mówić do mnie jak do klientki w biurze. Agata pracuje w firmie ubezpieczeniowej. Może stamtąd ten ton - spokojny, wyważony, z gotową odpowiedzią na każdy argument.
"Chcesz sprzedać moje mieszkanie" - powiedziałam. Nie pytałam. Stwierdzałam.
"Chcę, żebyś zamieszkała bliżej nas. Albo z nami. Jest pokój po dawnym gabinecie Marcina. Mamo, pomyśl racjonalnie."
Racjonalnie. Trzydzieści lat w tym mieszkaniu. W tym salonie uczyłam Agatę chodzić, trzymając ją za obie rączki. W tej kuchni kroiłam jabłka na szarlotkę, kiedy miała gorączkę i chciała "czegoś od mamy". Na tym balkonie suszył się pranie - jej rajstopki, jej sukienki, później jej studenckie koszulki. A teraz córka mówi "pomyśl racjonalnie" i kładzie przede mną wydruk z cenami za metr kwadratowy.
"Agata, czy ty przez dwa lata nie dzwoniłaś, żeby teraz przyjść z teczką?"
Córka spuściła wzrok. Pierwszy raz od początku rozmowy zobaczyłam w niej coś, co nie było przygotowaną argumentacją. Coś miękkiego, starego - ze środka.
"Nie, mamo. Nie dzwoniłam, bo się bałam."
"Czego?"
"Że powiesz nie. Że się pokłócimy. Że znowu będzie jak wtedy, przy testamencie taty."
Testament taty. Mąż - Zdzisław - zmarł cztery lata temu. Zostawił mieszkanie mnie, działkę Agacie, a stary samochód - bratu Agaty, Tomkowi, który mieszka w Norwegii i od pogrzebu się nie odezwał.
Agata uważała, że podział był niesprawiedliwy. Że działka jest warta mniej niż mieszkanie. Że ojciec ją skrzywdził. Próbowałam tłumaczyć - Zdzisław chciał, żebym miała gdzie mieszkać po jego śmierci, to wszystko. Agata trzasnęła drzwiami i zaczęły się te dwa lata ciszy.
"Bałaś się, że powiem nie" - powtórzyłam - "więc zamiast zadzwonić, poszłaś do pośrednika?"
"Chciałam mieć konkretne argumenty. Liczby. Żebyś zobaczyła, że to ma sens."
Popatrzyłam na wydruk. Na zdjęcie mojego salonu zrobione - kiedy? Kto je zrobił? Pośrednik musiał wejść do środka. Ja nie dawałam nikomu kluczy. A potem sobie przypomniałam. A potem sobie przypomniałam.
Agata miała zapasowe klucze od zawsze - jeszcze Zdzisław jej dał, na wszelki wypadek. Nigdy ich nie oddała, a ja nigdy nie poprosiłam. Nawet po tych dwóch latach ciszy nie przyszło mi do głowy, żeby zmienić zamki. Bo to przecież córka.
Klucze nie były na wszelki wypadek.
Zamknęłam teczkę. Położyłam ją na stole, między filiżankami i okruszkami szarlotki, z której Agata zjadła dwa kawałki i powiedziała, że smakuje jak w dzieciństwie. Wstałam. Agata chwyciła mnie za rękę.
"Mamo, proszę, usiądź. Porozmawiajmy."
"Rozmawiamy" - powiedziałam. "Ale to nie jest rozmowa. To prezentacja. A ja nie jestem twoją klientką."
Zabrałam bluzkę z oparcia krzesła - tę jasnoniebieską, kupioną na Dzień Matki. Włożyłam buty w przedpokoju. Marcin stał w drzwiach balkonowych z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć coś ważnego, ale nie wiedział co.
Wracałam autobusem przez pół Lublina. Za oknem kwitły kasztanowce, ludzie jedli lody na ławkach, dzieciaki biegały po trawniku. Normalny maj. Normalne życie.
W domu postawiłam wodę na herbatę. Usiadłam w kuchni i popatrzyłam na ściany. Moje ściany. Moja kuchnia. Moje trzydzieści lat. Pomyślałam, że Agata ma trochę racji - kolana bolą coraz bardziej, schody dają się we znaki. Ale pomyślałam też, że gdyby zadzwoniła i powiedziała "mamo, martwię się o ciebie" zamiast "musimy porozmawiać" - może bym ją wysłuchała inaczej.
Herbata stygła na stole. Telefon milczał. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię z tym mieszkaniem. Ale wiedziałam, że to moja decyzja. I że szarlotka następnym razem zostanie w domu.