Spotkałam Janka na bazarze w Ciechocinku. Ostatni raz widziałam go w 1981 roku, na zabawie w remizie. Ma 67 lat, siwe włosy i ten sam sposób patrzenia. Zaproponował kawę, a ja poczułam, że mi się kolana trzęsą.
Gdyby ktoś mi powiedział, że jedno przypadkowe spotkanie na bazarze potrafi przewrócić do góry nogami czterdzieści lat starannie ułożonego życia, powiedziałabym: proszę, nie opowiadaj mi bajek, mam sześćdziesiąt cztery lata i już swoje przeżyłam. A jednak.
Był piątek, początek czerwca, jeden z tych dni, kiedy w Ciechocinku zaczyna się sezon i tężnie pachną tak mocno, że czuć je nawet na rynku. Przyjechałam z Włocławka po miód i ser kozi, bo koleżanka Basia poleciła jednego sprzedawcę, który podobno ma najlepszą bundz na całym Kujawach. Stałam przy straganie, trzymałam w ręku słoik akacjowego, i wtedy usłyszałam:
"Lucynka?"
Nikt tak do mnie nie mówił od lat. Lucyna - tak. Pani Kowalska - tak. Babciu - tak. Ale Lucynka? To imię należało do dziewczyny w kwiecistej spódnicy, która tańczyła w remizie strażackiej w Nieszawie, kiedy Jaruzelski jeszcze nie zdążył ogłosić stanu wojennego, a lato osiemdziesiątego pierwszego roku pachniało sianem i benzyną z żuków.
Odwróciłam się i przez sekundę nie poznałam go. Siwe włosy, twarz poorana zmarszczkami, ramiona węższe niż zapamiętałam. Ale oczy - te same. Ciemnobrązowe, z takim lekkim zmrużeniem, jakby cały czas zastanawiał się nad czymś zabawnym.
"Janek?"
Kiwnął głową i uśmiechnął się, a ja poczułam, że kolana mi miękną. Dokładnie tak, jak wtedy, w remizie, kiedy poprosił mnie do tańca przy "Żółtych kaloszach". Miałam dwadzieścia lat, on dwadzieścia trzy, i byłam przekonana, że to ten jedyny.
Potem Janek zniknął. Bez słowa, bez listu, bez wyjaśnienia. Pewnego dnia po prostu go nie było - ani w Nieszawie, ani w okolicy. Matka powiedziała mi, że podobno wyjechał, ale dokąd i po co, nie wiedziała albo nie chciała powiedzieć. Przez całe lato czekałam. Jesienią przestałam.
Dwa lata później wyszłam za Stefana. Był spokojny, pracowity, nigdy nie podnosił głosu. Uczył matematyki w technikum, a ja polskiego w podstawówce - mówili o nas "para pedagogiczna" i śmiali się na radach. Mieliśmy dwoje dzieci, Martę i Wojtka, mieszkanie na osiedlu przy Żytniej we Włocławku, wakacje nad Bałtykiem co drugi rok. Dobre, uczciwe życie. Nie wielkie, ale nasze.
Stefan umarł pięć lat temu. Trzustka. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Przez pierwszy rok chodziłam po mieszkaniu jak po muzeum - wszystko na swoim miejscu, tylko gospodarza brakowało. Potem nauczyłam się żyć sama. Robiłam zakupy na jedną osobę, oglądałam seriale wieczorami, w niedzielę dzwoniła Marta z Torunia, a Wojtek wpadał co dwa tygodnie z wnukami. Było dobrze. Było stabilnie. Było tak, jak powinno być u kobiety w moim wieku.
I nagle - bazar w Ciechocinku.
"Może na kawę?" - zapytał Janek, a ja usłyszałam w jego głosie tę samą niepewność, co czterdzieści lat temu, kiedy pytał, czy może mnie odprowadzić.
Poszliśmy do kawiarni przy parku zdrojowym. Janek zamówił kawę czarną, ja latte, bo w pewnym wieku żołądek dyktuje warunki. Przez pierwszą minutę siedzieliśmy w ciszy. Mieszałam łyżeczką i próbowałam wymyślić coś mądrego do powiedzenia, ale w głowie miałam tylko jedno zdanie, które kręciło się w kółko od czterdziestu lat.
"Dlaczego wyjechałeś?" - zapytałam wreszcie.
Janek odstawił filiżankę. Patrzył na nią, nie na mnie.
"Ojciec" - powiedział. "Wiesz, że miał ten warsztat stolarski w Koninie? Brat się zabił na motorze w lipcu. Ojciec stwierdził, że ja muszę przejąć interes. Że to nie podlega dyskusji. Że mam przyjechać natychmiast."
"I nie mogłeś powiedzieć?"
"Chciałem. Naprawdę chciałem. Ale ojciec powiedział - jedź teraz, wróć za miesiąc, pogadasz z nią wtedy. No to pojechałem. A potem ten miesiąc zamienił się w rok, bo interes się walił, ojciec zachorował, matka nie dawała rady. Myślałem - jeszcze trochę, jeszcze chwilę, napiszę do Lucynki, pojadę." Przerwał. "A potem pomyślałem, że pewnie już kogoś masz. Że nie będziesz czekać na takiego, co znika bez słowa. I miałem rację, prawda?"
Miał rację. Nie czekałam. Wyszłam za Stefana i ani przez chwilę tego nie żałowałam. Stefan zasługiwał na każdy rok, który razem przeżyliśmy. Ale gdzieś z tyłu głowy, w szufladzie, do której się nie zagląda, leżało to pytanie - dlaczego Janek wyjechał. I teraz wreszcie znałam odpowiedź.
"Żonę pochowałem trzy lata temu" - powiedział cicho. "Helenę. Dobra kobieta. Trzydzieści pięć lat razem."
"Stefana pięć lat temu" - odpowiedziałam.
Znowu cisza. Ale inna niż ta pierwsza - cieplejsza, jakby ktoś w pokoju zapalił drugą lampę.
Zaczęliśmy rozmawiać. O dzieciach, o wnukach, o tym, że Janek wrócił z Konina do Ciechocinka, bo córka tu mieszka i namówiła go na przeprowadzkę. O tym, że ja nadal uczę repety - korepetycje z polskiego, bo nie potrafię siedzieć bezczynnie. O tym, że on teraz rzeźbi w drewnie - ojcowski warsztat jednak zostawił ślad.
Gadaliśmy dwie godziny. Kelnerka przyniosła drugą kawę bez pytania. Janek opowiadał o Koninie, ja o szkole, on o Helenie, ja o Stefanie. I w pewnym momencie zrozumiałam, że nie rozmawiamy jak dawni kochankowie - rozmawiamy jak dwoje ludzi, którzy w końcu mogą być wobec siebie szczerzy, bo nie mają już nic do stracenia.
Kiedy wychodziliśmy, Janek zatrzymał się przy drzwiach.
"Lucynka, mogę zadzwonić? Albo - moglibyśmy znowu na kawę?"
Zapisałam mu numer na serwetce. Jak nastolatka. Sześćdziesiąt cztery lata, emerytowana nauczycielka, babcia trojga wnuków - i zapisuję numer na serwetce.
W samochodzie, zanim odpaliłam silnik, siedziałam chwilę z rękami na kierownicy. Myślałam o Stefanie. O tym, jak pod koniec, w szpitalu, trzymał mnie za rękę i mówił: "Lucyna, nie siedź sama. Obiecaj mi." Wtedy się złościłam, że w ogóle o tym mówi. Teraz pomyślałam - może wiedział coś, czego ja jeszcze nie rozumiałam.
Marta zadzwoniła wieczorem, jak co piątek. Opowiadałam jej o miodzie i serze z bazaru, o tężniach, o pogodzie. O Janku nie powiedziałam ani słowa. Nie dlatego, że to tajemnica. Po prostu nie wiedziałam jeszcze, jak to nazwać.
Bo jak się nazywa coś, co wróciło po czterdziestu latach i nie chce pasować do żadnej szufladki? Nie jest to miłość - za wcześnie. Nie jest to nostalgia - za bardzo boli. Nie jest to szansa - za dużo się zmieniło. A może właśnie jest, tylko ja nie umiem tego jeszcze zobaczyć.
Janek zadzwonił w niedzielę. Umówiłam się na kawę na wtorek. Potem odłożyłam telefon i poszłam podlać pelargonie na balkonie. Trzęsły mi się ręce.
Sześć pelargonii w doniczkach, widok na osiedlową klatkę, zapach kwitnącej lipy z podwórka. I gdzieś w środku - dziewczyna w kwiecistej spódnicy, która nadal chce tańczyć.