Mąż odszedł po 33 latach. Przez pierwszy miesiąc nie wychodziłam z domu. Potem zapisałam się na kurs ceramiki. Wczoraj on zadzwonił, że chciałby wrócić - a ja patrzyłam na swój garnek na kole i nie wiedziałam, co robić
Garnek miał krzywy brzeg i odrobinę za grube dno, ale kiedy wczoraj zdjęłam go z koła i odstawiłam na deskę, poczułam coś, czego nie czułam od miesięcy. Że zrobiłam coś własnymi rękami. Że jest moje. I dokładnie wtedy zadzwonił telefon.
Numer Romana. Pierwszy raz od czterech miesięcy.
Stałam z mokrymi od gliny palcami, w fartuchu, który kupiłam sobie sama - zielony, lniany, z kieszeniami. Patrzyłam na wyświetlacz i nie odbierałam. Garnek schnął na desce, telefon dzwonił, a ja czułam, jak serce mi wali tak, jakby ktoś wszedł do mojego domu bez pukania.
Bo tak właśnie było. Roman wszedł mi z powrotem do głowy bez pytania.
Odebrałam po piątym sygnale.
- Teresa, nie rozłączaj się - powiedział. Głos miał inny niż pamiętałam. Cichszy. - Chciałbym porozmawiać. Osobiście. Czy mogę przyjechać?
Chciałam powiedzieć, że nie. Że jest za późno, że nie ma po co, że jakoś sobie radzę. Powiedziałam:
- Kiedy?
- Jutro. Mogę jutro.
Rozłączyłam się i usiadłam na taborecie, przy kole garncarskim, w pracowni pani Ewy na Lipowej. Za oknem kwitły kasztanowce. Pachniało mokrą gliną i resztkami kawy z termosu. I pomyślałam, że cztery miesiące temu nie miałam ani tego taboretu, ani tego zapachu, ani tej zielonej fartucha, ani jednego powodu, żeby wstać rano z łóżka.
A teraz miałam - i właśnie zadzwonił ktoś, kto mi to wszystko zabrał.
Roman odszedł w styczniu. Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwoje dorosłych dzieci, mieszkanie na Dziesięciny, moja praca w szkole od osiemnastu lat. Odszedł w środku stycznia. Powiedział, że potrzebuje przestrzeni, że się dusi, że to nie o mnie chodzi, że to o niego. Klasyczne zdania, które mówią mężczyźni, kiedy nie chcą powiedzieć prawdy.
Prawda była taka, że poznał kogoś. Nie wiem kogo - nie pytałam. Nie chciałam wiedzieć, czy jest młodsza, ładniejsza, ciekawsza. Wolałam nie wiedzieć, bo każda odpowiedź bolałaby inaczej.
Przez pierwszy miesiąc nie wychodziłam z domu. Chodziłam z sypialni do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki z powrotem do sypialni. Córka Magda dzwoniła codziennie i pytała, czy jadłam. Syn Bartek przyjechał z Gdańska na jeden weekend, pozmywał naczynia, które stały w zlewie od tygodnia, i patrzył na mnie tak, jakbym była pacjentką, a nie jego matką.
Nie płakałam. To było najgorsze - że nie mogłam płakać. Leżałam i patrzyłam w sufit, a w głowie kręciło się tylko jedno zdanie: trzydzieści trzy lata i jeden wtorek w styczniu.
Bo odszedł we wtorek. Jakby nie mógł nawet wybrać porządnego dnia.
W marcu Magda zaciągnęła mnie do lekarza. Dostałam receptę, zaczęłam brać tabletki, wróciłam do pracy po zwolnieniu. Koleżanki w pokoju nauczycielskim rozmawiały ze mną ostrożnie, jakbym była szklanką na krawędzi stołu.
Uczyłam, sprawdzałam klasówki, siedziałam na radach pedagogicznych. Chodziłam po szkole jak automat - nogi wiedziały, dokąd iść, ręce wiedziały, co robić, a ja byłam gdzieś w środku i patrzyłam na to z dystansu.
Kurs ceramiki znalazła Magda. Przysłała mi link i napisała: mamo, spróbuj, musisz coś robić rękami, nie możesz tylko siedzieć. Zignorowałam. Przysłała drugi raz. Trzeci. Za czwartym razem poszłam, żeby Magda przestała wysyłać ten link.
Pani Ewa, która prowadziła pracownię, miała sześćdziesiąt lat, ręce pokryte gliną do łokci i sposób mówienia, który sprawiał, że człowiek od razu czuł się mniej głupio. Nie pytała, dlaczego przyszłam. Nie pytała, co się stało. Powiedziała: siadaj, tu jest glina, tu jest koło, zaraz pokażę ci, jak to się trzyma.
Pierwszy garnek zepsułam po trzydziestu sekundach. Drugi po minucie. Trzeciego nie skończyłam, bo glina spadła mi z koła na podłogę i leżała tam jak mokry placek, a ja zaczęłam się śmiać. Pierwszy raz od dwóch miesięcy.
To było w kwietniu. Teraz był maj i miałam już osiem garnków - krzywe, nierówne, z odciskami palców. Stały na półce w pracowni pani Ewy i wyglądały jak coś, co zrobiło dziecko. Ale były moje.
A potem przyszła sobota i Roman stanął w drzwiach z reklamówką, w której było piwo i sernik z Biedronki - ten, który zawsze kupowałam. I wyglądał tak, jakby to te cztery miesiące bez mnie postarzały go bardziej niż trzydzieści trzy lata ze mną.
Twarz szara, oczy podkrążone, marynarka, która kiedyś na nim dobrze leżała, teraz wisiała jak na wieszaku. Nie był pijany, nie był zdesperowany. Był zmęczony.
- Nie wyszło - powiedział w progu.
Nie pytałam, co nie wyszło. Wiedziałam.
Wpuściłam go do przedpokoju. Stał i patrzył na ścianę, na której wisiało zdjęcie z naszego ślubu, i na nowy wieszak, który kupiłam w IKEA, kiedy jego kurtki już nie wisiały w szafie.
- Postawiłaś nowy wieszak - zauważył.
- Postawiłam nowy wieszak - potwierdziłam.
Usiedliśmy w kuchni. Zrobiłam herbatę. On patrzył na swoje ręce, ja patrzyłam na swoje - wciąż miałam glinę pod paznokciami, tego się nie da do końca wymyć. Roman zobaczył to i nic nie powiedział, ale widziałam, że nie rozumie. Że ta glina, ten fartuch, te garnki na półce w kuchni - to był świat, do którego nie miał wstępu.
- Popełniłem błąd - powiedział.
- Wiem.
- Mogę to naprawić?
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam o wtorkach. Chodziłam na kurs dwa razy w tygodniu - we wtorki i czwartki. Wtorki wybrałam specjalnie. Bo Roman odszedł we wtorek i chciałam, żeby wtorki znowu były czymś, a nie dziurą w tygodniu.
W pracowni poznałam Hanię, emerytowaną pielęgniarkę, która robiła miseczki na oliwki i opowiadała o wnukach. I Krysię, rozwódkę jak ja, która lepiła talerze i nie opowiadała o niczym. Kiedy powiedziałam im o telefonie Romana, Hania zapytała: a chcesz, żeby wrócił? A Krysia nic nie powiedziała, tylko lepiła talerz z taką siłą, jakby go karała za coś.
Magda powiedziała: nie wpuszczaj go, mamo. Bartek powiedział: to twoja decyzja, ja się nie wtrącam.
A ja siedziałam teraz naprzeciwko Romana i myślałam o jajecznicy. O tym, jak w soboty robił jajecznicę z cebulą, choć ja wolałam bez. Jak przez trzydzieści lat nie nauczył się, że nie lubię cebuli w jajecznicy, a ja przez trzydzieści lat nie powiedziałam mu tego, bo nie chciałam go urazić. Trzydzieści lat jajecznicy z cebulą. Czy to jest miłość, czy przyzwyczajenie? I czy chcę do tego wracać?
Patrzyłam na niego i myślałam o garnku z krzywym brzegiem, który stał na półce w pracowni pani Ewy. O tym, jak pierwszy się zepsuł, i drugi, i trzeci. O tym, jak glina spada z koła, kiedy ręce za mocno ściskają. Trzeba delikatnie. Trzeba pozwolić, żeby sama znalazła kształt.
- Nie wiem, czy możesz - powiedziałam. - Ale możesz spróbować.
Nie rzucił mi się na szyję. Nie obiecywał, że będzie inaczej. Pokiwał głową i wypił herbatę. Potem umył kubek - swój i mój - i powiedział, że zarezerwował pokój w hotelu na Rynku Kościuszki, że nie chce naciskać, że da mi czas.
Kiedy wyszedł, usiadłam przy stole i patrzyłam na dwa umyte kubki na suszarce. Jego i mój. Jak kiedyś. Tylko że teraz na półce nad zlewem stał jeszcze jeden kubek - ten, który sama zrobiłam na kursie. Krzywy, gruby, z moim odciskiem kciuka na uchu.
Trzy kubki na jedną kobietę. To chyba za dużo.
Albo w sam raz.
We wtorek poszłam na kurs jak zwykle. Usiadłam przy kole, wzięłam glinę w ręce i zaczęłam formować. Pani Ewa stanęła za mną i powiedziała cicho: ładnie ci idzie, Tereso. Trzymaj równo. Nie puszczaj.
Nie puszczałam.
Wieczorem napisałam do Romana, że w niedzielę może przyjść na obiad. Że zrobię rosół. Bez cebuli.
Nie wiem, czy to będzie nowy garnek, czy sklejony stary. Nie wiem, czy glina wytrzyma piec. Ale wiem jedno - wtorki zostają moje.