Przez trzydzieści lat mąż jeździł "na działkę" co sobotę. Po jego udarze syn pojechał tam zabrać narzędzia. Działka była zadbana, ale klucze pasowały też do domku, w którym stały dwa talerze, dwa kubki i damskie kapcie

Kapcie były bordowe, z wełnianym podbiciem, numer trzydzieści osiem. Leżały obok drzwi domku na działce - równiutko, jak ustawiane codziennie. Marcin zadzwonił do mnie prosto stamtąd i powiedział tylko:

- Mamo, tato miał tu kogoś.

Stałam w korytarzu szpitala z telefonem przy uchu. Przez szybę widziałam Ryszarda na łóżku - podłączonego do kroplówki, z lekko przekrzywionymi ustami po udarze. Nie odpowiedziałam synowi.

On mówił dalej - że w domku stoją dwa talerze na suszarce, dwa kubki, że w szafce wiszą ręczniki, których nie zna, i że na parapecie jest doniczka z fiołkiem, podlana świeżo, choć Ryszard leży w szpitalu od tygodnia.

- Zabieram narzędzia i wracam - powiedział Marcin. - Pogadamy wieczorem.

Wieczorem nie pogadaliśmy. Ja siedziałam w kuchni przy herbacie, którą nalewałam trzy razy i trzy razy zapominałam wypić. Marcin przyjechał, postawił skrzynkę z narzędziami w przedpokoju, usiadł naprzeciwko i czekał.

- Jakie kapcie? - zapytałam w końcu.

Opisał mi je. Bordowe, z wełnianym podbiciem, lekko zdeptane na piętach. Rozmiar damski, ale nie mój - ja noszę czterdziestkę. I nie moje, bo ja na tej działce byłam może pięć razy przez trzydzieści lat. Ryszard zawsze mówił, że to jego miejsce, jego spokój. Że potrzebuje soboty dla siebie.

A ja mu to dawałam. Trzydzieści lat sobót.

Pracuję w urzędzie miejskim w Poznaniu od dwudziestu sześciu lat. Osiem godzin dziennie przy dokumentach, petentach, pieczątkach. Kiedy Ryszard wyjeżdżał rano na działkę, ja robiłam pranie, odkurzałam, szłam na zakupy, gotowałam obiad na niedzielę.

Potem dzwoniła mama albo siostra, albo sąsiadka Krysia z parteru wpadała na kawę. Soboty były moje i były jego - osobno. Wydawało mi się to normalne.

Marcin znalazł jeszcze zdjęcie. Małe, kolorowe, przyciśnięte magnesem do lodówki w domku. Ryszard na tle rabatki z różami, uśmiechnięty, opalony. Obok niego kobieta. Ciemne włosy, okulary, jakaś bluzka w kwiaty. Twarz niewyraźna na zdjęciu z telefonu, które mi przysłał syn, ale widać było, że się śmieje. Oboje się śmieją.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam Ryszarda tak uśmiechniętego.

W szpitalu siedziałam przy nim codziennie. Ryszard po udarze mówił wolno, z trudem, plątał słowa. Lekarz powiedział, że rehabilitacja potrwa miesiące, że mowa może wrócić, ale nie w pełni.

Patrzyłam na tego mężczyznę - mojego męża od trzydziestu czterech lat - i myślałam o bordowych kapciach. O fiołku na parapecie. O kobiecie w okularach, która gdzieś teraz pewnie też czeka i nie wie, co się stało.

Bo Ryszard na pewno jej nie zadzwonił. Ryszard leży i nie potrafi powiedzieć zdania bez przerwy na oddech.

- Tere... sa - wykrztusił któregoś dnia, kiedy poprawiałam mu poduszkę.

- Jestem - odpowiedziałam.

Patrzył na mnie z tym swoim nowym spojrzeniem - jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, ale słowa utykały gdzieś w drodze między głową a ustami. Może chciał powiedzieć o niej. A może chciał powiedzieć, żebym podała mu wodę.

Marcin chciał jechać na działkę jeszcze raz, rozejrzeć się dokładniej. Powiedziałam, żeby nie jechał.

- Ale mamo, trzeba wiedzieć...

- Trzeba? - przerwałam mu. - Trzydzieści lat nie wiedziałam i jakoś żyłam.

Ale to nie była prawda. Nie żyłam - jakoś - bo nie wiedziałam. Żyłam, bo nie chciałam wiedzieć. Te wszystkie soboty, kiedy Ryszard wracał o szóstej z lekkim zapachem dymu i trawy - nigdy nie pytałam, z kim pali ognisko na działce.

Te telefony, na które wychodził do drugiego pokoju - myślałam, że dzwoni kolega z ROD-u. Te nowe skarpetki, które pojawiały się w szufladzie, chociaż ja ich nie kupowałam. Widziałam to wszystko i nie widziałam.

Dwa tygodnie po udarze pojechałam tam sama.

Działka była naprawdę piękna. Porzeczki, maliny, pomidory w donicach. Trawnik skoszony równo. Przy furtce kwitły piwonie - białe i różowe, posadzone starannie. Ryszard nigdy nie miał cierpliwości do kwiatów w domu. Żarówkę wymieniał, kran naprawiał, ale kwiatami się nie zajmował. A tu - piwonie, róże, nawet lawenda pod płotem.

Otworzyłam domek. Dwa talerze na suszarce - Marcin miał rację. Ale nie byle jakie - białe, z niebieskim wzorem, ładne. U nas w domu talerze są z Ikei, kupione piętnaście lat temu. Tu ktoś wybrał porcelanę.

W szafce pod oknem znalazłam koc, złożony w kostkę. Pod kocem - zeszyt. Zwykły, szkolny, w kratkę. Otworzyłam.

Nie był to dziennik. Ryszard nie pisał dzienników. Były tam przepisy - na ciasto drożdżowe, na zupę pomidorową, na pulpety. Ale nie jego pismem. Pismo kobiece, staranne, z zaokrąglonymi literami. A obok niektórych przepisów dopiski Ryszarda - "dobre", "za dużo soli", "zrobiłem - wyszło".

Zamknęłam zeszyt. Siadłam na drewnianym krześle przy małym stole, na którym stały te dwa kubki - jeden zielony, jeden w paski - i zaczęłam płakać. Nie z wściekłości. Z czegoś gorszego - ze zrozumienia.

Ryszard miał tu swoje życie. Prawdziwe, codzienne, z przepisami na zupę i kwiatami. Nie romans w hotelu, nie sekretny telefon z hasłem. Drugie życie - powolne, spokojne, z fiołkiem na parapecie i damskimi kapciami przy drzwiach.

Wróciłam do szpitala. Ryszard spał. Siadłam przy nim i patrzyłam na jego twarz - tę samą twarz, którą znałam od trzydziestu czterech lat. Zmarszczki przy oczach, blizna na brodzie z młodości, siwe włosy na skroniach. Znałam każdy centymetr tej twarzy. I nic nie wiedziałam o człowieku pod spodem.

Myślałam o tej kobiecie. Nie znałam jej imienia, nie widziałam wyraźnie twarzy. Wiedziałam tylko, że nosi trzydzieści osiem, pisze starannym pismem i umie robić ciasto drożdżowe. I że pewnie teraz siedzi gdzieś i zastanawia się, dlaczego Ryszard nie przyjeżdża w sobotę.

Mogłam ją znaleźć. Na ROD-ach wszyscy wszystko wiedzą - wystarczyło zapytać sąsiadkę z działki obok. Mogłam zadzwonić do zarządu. Mogłam przejrzeć telefon Ryszarda, który leżał w szafce przy łóżku szpitalnym.

Nie zrobiłam nic z tego.

Bo co bym jej powiedziała? Że mi go oddała? Że ma zostawić fiołka i kapcie? Że trzydzieści lat jego sobót to kradzież?

A może to ja ukradłam jego niedziele, poniedziałki i wtorki? Może on u niej miał to, czego u mnie brakowało - nie wiem co. Rozmowę? Ciszę innego rodzaju? Zupę pomidorową z przepisu w zeszycie w kratkę?

Ryszard wyszedł ze szpitala po sześciu tygodniach. Chodzi powoli, mówi lepiej, ale nadal szuka słów. Nie wrócił na działkę - nie jest w stanie prowadzić. Siedzi w fotelu w salonie, ogląda teleturnieje i czasem patrzy przez okno w stronę, z której kiedyś wyjeżdżał w sobotnie poranki.

Nie zapytałam go o nic. On nie powiedział nic sam.

Kapcie pewnie nadal stoją przy drzwiach domku. Fiołek pewnie usechł, bo nikt go nie podlewa. Albo ta kobieta przychodzi i podlewa. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.

A może chcę. Może dlatego w zeszłą sobotę, kiedy Ryszard zasnął po obiedzie, otworzyłam szufladę z jego dokumentami i szukałam czegoś - nie wiem czego. Numeru telefonu, kartki, czegokolwiek. Nie znalazłam.

Marcin dzwoni co niedzielę. Pyta, jak tata. Nigdy nie wspomina o działce, o kapciach, o zdjęciu. Zdjęcie skasował - mówił, że tak lepiej.

Nie wiem, czy lepiej. Wiem tylko, że w piątki, kiedy Ryszard kładzie się spać wcześniej, siadam w kuchni z herbatą i myślę o kobiecie, która nosi trzydzieści osiem i pisze zaokrąglonymi literami. Zastanawiam się, czy ona też pije herbatę w piątki. I czy też nie może zasnąć.