Zrezygnowałam z pracy, żeby opiekować się chorym ojcem. Robiłam to trzy lata - codziennie, sama. Kiedy ojciec zmarł, brat przyjechał z notariuszem i testamentem, o którym nic nie wiedziałam

Gdyby ktoś mi powiedział, że trzy lata nocnych dyżurów przy ojcu skończą się sceną z notariuszem w mojej kuchni - roześmiałabym się. Albo rozpłakała. Teraz już nie wiem, co czuję.

Tata zachorował tuż po mojej pięćdziesiątce. Udar, potem drugi, potem wózek inwalidzki. Mirek, mój brat, mieszkał pod Wrocławiem - cztery godziny jazdy. Dzwonił co niedzielę, pytał, jak tata. A ja w tym czasie rzuciłam pracę w urzędzie, bo nie dało się łączyć pełnego etatu z człowiekiem, który potrzebuje pomocy przy wszystkim. Przy jedzeniu, przy myciu, przy wstawaniu w nocy.

Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni. Ani jednego dnia urlopu, bo od czego? Koleżanki z urzędu najpierw dzwoniły, potem pisały SMS-y, potem przestały. Znajomi odpadali po kolei. Zostałam ja, tata i wieczne pranie pościeli.

Mirek przyjeżdżał na święta i długie weekendy. Wynosił śmieci, wkręcał żarówkę, siadał z tatą przed telewizorem. W niedzielę wieczorem wsiadał w samochód i wracał do swojego życia. A ja zostawałam.

Kiedy tata umarł, poczułam pustkę tak gęstą, że nie dało się przez nią przejść. I ulgę. Straszną, wstydliwą ulgę, o której nie powiem nikomu. Mogłam spać do siódmej. Mogłam wyjść do sklepu bez zegarmistrza w głowie, odmierzającego minuty nieobecności. Mogłam usiąść na balkonie i nie nasłuchiwać dzwonka z pokoju taty.

Pogrzeb był cichy. Przyszło kilkanaście osób - sąsiadki, koleżanki taty z dawnej pracy, dwie kuzynki. Mirek płakał. Ja stałam sucha, bo wypłakałam się już dawno, w tych nocach, kiedy tata nie poznawał mnie i wołał mamę, nieżyjącą od piętnastu lat.

Tydzień po pogrzebie Mirek zadzwonił, że przyjedzie. Ucieszyłam się. Pomyślałam, że chce porozmawiać, posprzątać pokój taty, może usiądziemy nad albumem ze zdjęciami. Że wreszcie będziemy razem w żałobie, bo na pogrzebie nie zdążyliśmy - było za dużo spraw do załatwienia i ludzi do powitania.

Przyjechał z mężczyzną w garniturze. Notariusz. Usiedli w kuchni, na tych samych krzesłach, na których jadałam z tatą obiad. Notariusz postawił teczkę na stole, obok wazonika z zasuszoną lawendą.

- Tata zostawił testament - powiedział Mirek, nie patrząc mi w oczy. - Spisany u notariusza dwa lata temu.

Dwa lata temu. Tata jeszcze rozmawiał. Jeszcze prosił o herbatę z miodem i narzekał na sąsiada z góry, który za głośno puszczał telewizor. Jeszcze pytał, czy Mirek dzwonił. I najwyraźniej - jeździł z Mirkiem do kancelarii notarialnej, o czym nie wiedziałam.

- Mieszkanie zapisał mi - dodał brat.

Cisza. Zegar w przedpokoju tykał jak zawsze. Notariusz otwierał teczkę, układał papiery. A ja siedziałam w kuchni ojca - która już nie była moją kuchnią - i myślałam o tym, jak w lipcowym upale zmieniam mu pościel po raz drugi tego dnia, a on przeprasza cichym głosem, że jest ciężarem. I o tym, że Mirek wtedy był nad morzem ze swoimi dziećmi.

- Czy tata coś powiedział? - zapytałam. - Dlaczego tak?

Mirek wzruszył ramionami. Wyglądał na zmęczonego, jakby ta rozmowa kosztowała go więcej, niż się spodziewał.

- Mówił, że tobie i tak zostanie emerytura. Że ja mam kredyt na dom. Że to sprawiedliwe.

Sprawiedliwe. Trzy lata bez własnego życia, bez wypłaty, bez snu - to była sprawiedliwość taty. Kochanego, ciepłego taty, który głaskał mnie po głowie i mówił "córeczko". Tego samego taty, który pozwalał mi się wyniszczyć, a pod spodem planował z Mirkiem podział.

Nie wiem, czy tata zdawał sobie sprawę. Może naprawdę myślał, że to sprawiedliwe - jeden ma kredyt, druga ma emeryturę. W jego pokoleniu nieruchomość to było coś. Emerytura to było coś. Może nie rozumiał, że ja nie mam emerytury za trzy lata pracy - mam dziurę w stażu i świadczenie, za które ledwo starczy na rachunki. A może Mirek mu to tak przedstawił. Nie wiem. Nie wiem i to jest najgorsze.

Mogłam krzyczeć. Mogłam wyrzucić ich obu - Mirka i notariusza - za drzwi. Zamiast tego wstałam, nalałam sobie herbaty i powiedziałam, żeby wyszli. Że muszę pomyśleć.

Notariusz zbierał papiery bez słowa. Mirek stał jeszcze w drzwiach.

- Nie gniewaj się, Renata. Tata tak chciał.

Zamknęłam za nim drzwi. Usiadłam na podłodze w przedpokoju, pod wieszakiem, na którym wisiała jeszcze taty kurtka - ta jesienna, brązowa, z łatą na łokciu. Pachniała nim. Starym człowiekiem, tytoniem, płynem po goleniu, którego używał od trzydziestu lat.

Przez głowę przelatywały mi strzępy - jak tata trzymał mnie za rękę po swoim drugim udarze i szeptał, że boi się zostać sam. Jak prosiłam Mirka, żeby wziął choć dwa tygodnie, a on mówił, że nie może, że szef nie puści, że żona nie da rady z dziećmi. Jak kiedyś, po naprawdę ciężkiej nocy, zadzwoniłam do niego o piątej rano i powiedziałam, że nie daję rady. Przyjechał wtedy. Na jeden weekend. Potem przez pół roku nie pytał, jak się czuję.

Nie wiem, czy jestem zła na tatę. Chyba bardziej na siebie - że nie zapytałam wcześniej. Że nie postawiłam warunków. Że po prostu robiłam, co trzeba, dzień po dniu, i nie pomyślałam, że ktoś w tym czasie układa papierki u notariusza. Byłam tak zajęta opieką, że nie zauważyłam, kiedy przestałam być córką, a stałam się funkcją.

Nie płakałam. Siedziałam i myślałam o tym, że przez trzy lata byłam pewna jednej rzeczy: że tata wie, co dla niego robię. Że widzi. Że docenia, nawet jeśli nie mówi. I teraz nie wiem, czy się myliłam, czy nie. Może widział i doceniał - ale kredyt Mirka był ważniejszy. Może kochał nas oboje - tylko inaczej liczył.

Na kuchence stał garnuszek, w którym rano robiłam tacie owsiankę. Jeszcze go nie schowałam. Jeszcze do niedawna był ciepły.