Kuzynka zadzwoniła po powrocie z sanatorium w Kołobrzegu, obrażona, że mąż minął ją na molo i udał, że jej nie widzi. W te dni mąż był na pielgrzymce w Licheniu. Tak przynajmniej mówił, kiedy się pakował.
Telefon zadzwonił w piątek po południu, kiedy kończyłam podszywać podszewkę w żakiecie pani Kowalskiej. Zobaczyłam na ekranie "Celina" i odebrałam jedną ręką, drugą przytrzymując materiał pod igłą maszyny.
- Jolka, ja ci muszę coś powiedzieć, ale ty mnie wysłuchaj do końca - zaczęła kuzynka takim tonem, jakim zwykle zaczynała historie o sąsiadach. Tylko że tym razem głos jej lekko drżał.
- No mów, Celina, bo mi tu szpilki lecą - odpowiedziałam, nawet nie podnosząc wzroku znad materiału.
- Byłam w sanatorium w Kołobrzegu, wiesz, te nerki, co ci mówiłam. I w środę, trzeciego dnia, idę sobie po molo, patrzę - Bogdan. Twój Bogdan. Idzie z jakąś kobietą pod rękę, oboje w okularach słonecznych, jak na wakacjach. Ja go zawołałam, a on na mnie spojrzał i odwrócił się. Jakby mnie nie znał. Jolka, ja z tym człowiekiem siedziałam przy jednym stole na twoich imieninach pół roku temu.
Odstawiłam stopkę maszyny. Szpilki posypały się na podłogę i nawet się nie schyliłam.
- W środę, mówisz? - zapytałam spokojnie, chociaż coś mi ścisnęło żołądek tak, jakby zjadłam coś nieświeżego.
- W środę, koło drugiej. Na molo. Jolka, on miał tę swoją zieloną kurtkę, tę z kapturem. Nie pomyliłam się.
Bogdan w środę powinien być w Licheniu. Tak przynajmniej powiedział we wtorek rano, kiedy pakował torbę podróżną - tę starą, granatową. Stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam, jak składa koszule, i jeszcze pomyślałam, że na pielgrzymkę to chyba nie trzeba trzech koszul, ale nic nie powiedziałam, bo Bogdan nie lubił, gdy komentowałam jego pakowanie.
Pielgrzymki zaczęły się dwa lata temu. Bogdan, który przez trzydzieści lat małżeństwa kościół odwiedzał na Wigilię i na Wielkanoc - nagle odkrył w sobie potrzebę duchową. Nie kwestionowałam tego.
Ludzie się zmieniają. Sąsiadka z parteru zaczęła chodzić na jogę po pięćdziesiątce. Każdy ma prawo do swoich dziwactw. Licheń, Częstochowa, Góra Świętej Anny - trzy, cztery razy do roku. I nawet cieszyłam się z tych dni ciszy w mieszkaniu. Mogłam szyć do późna, słuchając radia, i nikt nie pytał, czemu jeszcze nie idę spać.
Teraz stałam w swoim pokoju do szycia w bloku na Wyżynach w Bydgoszczy i próbowałam policzyć w głowie. Trzy razy w tym roku. Styczeń - Częstochowa. Marzec - Licheń. I teraz, maj - znowu Licheń. Za każdym razem ta sama torba, ta sama kurtka, to samo "wrócę w czwartek".
- Jolka, słyszysz mnie? - dopytywała Celina. - Jolka?
- Słyszę.
- I co zrobisz?
- Nie wiem. Zadzwonię do ciebie.
Rozłączyłam się i usiadłam na krześle obrotowym, tym samym, na którym spędzałam po osiem godzin dziennie od dwudziestu lat, szyjąc i przerabiając ubrania dla pań z osiedla. Pięćdziesiąt pięć lat. Trzydzieści lat małżeństwa.
Dwoje dorosłych dzieci - Patryk w Gdańsku, Agnieszka w Bydgoszczy, ale na drugim końcu miasta i z własnym życiem. I mąż, który od dwóch lat jeździ do Kołobrzegu zamiast na pielgrzymki.
Bo teraz, siedząc w ciszy, zaczęłam składać kawałki, które wcześniej nie pasowały do siebie.
To, że z Częstochowy w styczniu przywiózł opakowanie po tabletkach na nadkwasotę - kupionych w aptece w Darłowie, co zobaczyłam, wyrzucając paragon z kieszeni. Darłowo. Nadmorskie miasteczko, nie klasztor.
To, że po każdej pielgrzymce prał swoje rzeczy sam, czego nigdy wcześniej nie robił. Bogdan, który przez trzydzieści lat zostawiał brudne skarpetki obok kosza, nagle po powrocie wrzucał torbę do pralki, zanim zdążyłam ją otworzyć.
To, że na telefonie zmienił kod PIN. Kiedyś oboje mieliśmy ten sam - rocznik Patryka - a pół roku temu stwierdził, że "lepiej mieć różne, bo bezpieczniej". A teraz pomyślałam, że bezpieczniej - ale dla kogo.
Bogdan wrócił w czwartek wieczorem. Spokojny, lekko zmęczony, z tą swoją miną człowieka, który dobrze wykorzystał czas.
- Jak było? - zapytałam z kuchni.
- Dobrze. Spokojnie. Dużo ludzi w tym roku.
- W Licheniu?
- No, w Licheniu. Jolka, dasz mi spokój? Zmęczony jestem.
Jadł rosół w milczeniu. Siedziałam naprzeciwko i patrzyłam, jak łamie chleb i macza go w zupie - ten sam gest od trzydziestu lat. Te same ręce. I jednocześnie ktoś zupełnie obcy.
Nie zapytałam go tego wieczoru. Ani następnego dnia. Przez tydzień chodziłam po mieszkaniu jak zwykle - szyłam, gotowałam, rozwieszałam pranie. Bogdan nic nie zauważył, bo Bogdan nigdy nie zauważał.
Prawdę powiedziałam mu dopiero w następny piątek, znowu przy rosole. Wybrałam piątek, bo rosół dawał zajęcie rękom i oczom.
- Celina widziała cię w Kołobrzegu - powiedziałam spokojnie, jakbym mówiła o pogodzie. - Na molo. W środę. Z kobietą.
Bogdan przestał jeść. Łyżka zawisła w powietrzu na sekundę, może dwie. Potem odłożył ją powoli, jak człowiek, który ma czas.
- Celina się pomyliła - powiedział.
- Celina ma słabe nerki, ale wzrok jak sokół. I znała twoją kurtkę.
Cisza. Zegar w przedpokoju tykał tak głośno, że pomyślałam, że nigdy wcześniej go nie słyszałam.
- To nie jest to, co myślisz - powiedział w końcu.
- A co ja myślę, Bogdan?
- To znajoma. Z dawnych lat. Spotkaliśmy się przypadkiem.
- Przypadkiem. W Kołobrzegu. Kiedy miałeś być w Licheniu.
Nie odpowiedział. Wstał od stołu, zaniósł talerz do zlewu i stał tam przez chwilę, plecami do mnie, opierając ręce o blat. Patrzyłam na te plecy - szerokie, trochę zgarbione, w koszuli w kratę, którą mu sama uszyłam trzy lata temu - i myślałam, że powinnam coś czuć. Wściekłość. Ból. Rozpacz. A czułam głównie zmęczenie i dziwną jasność, jakby ktoś zapalił światło w pokoju, w którym długo siedziałam po ciemku.
- Jak ona ma na imię? - zapytałam.
- Jolka...
- Jak ma na imię. To chyba mogę wiedzieć.
- Teresa - powiedział cicho, nie odwracając się.
Teresa. Zwyczajne imię. Skinęłam głową, chociaż Bogdan tego nie widział.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Nie rzucałam talerzami. Wstałam, umyłam swój talerz, wytarłam ręce ściereczką i powiedziałam:
- Ja idę do siebie szyć. Rosół jest w garnku.
I poszłam. Zamknęłam drzwi pokoju, usiadłam przy maszynie i przez dwie godziny podszywałam podszewkę w żakiecie pani Kowalskiej. Ręce mi się trzęsły, ale szwy wychodziły proste. Trzydzieści lat praktyki robi swoje.
Bogdan zapukał koło dziesiątej.
- Jolka, porozmawiajmy.
- Nie dzisiaj - powiedziałam przez drzwi. - Dzisiaj muszę skończyć żakiet.
Następnego dnia też nie rozmawialiśmy. Bogdan chodził po mieszkaniu ciszej niż zwykle, zmywał po sobie naczynia, wynosił śmieci bez przypominania.
W sobotę, dwa tygodnie po telefonie Celiny, siedziałam na balkonie z kawą. Był maj, bzy na osiedlu kwitły tak intensywnie, że zapach wchodził aż na czwarte piętro.
Bogdan wyszedł na balkon i stanął obok. Nie usiadł - nie było drugiego krzesła, bo balkon był za mały na dwa.
- Mogę tu postać? - zapytał.
- Balkon jest wspólny - odpowiedziałam.
Staliśmy i siedzieliśmy w milczeniu. Gdzieś na dole dziecko jeździło na rowerze i skrzypienie łańcucha mieszało się z głosami sąsiadek o cenach pomidorów.
- Zamierzam z nią skończyć - powiedział Bogdan.
Piłam kawę i nie odpowiedziałam.
- Jolka, słyszysz? Mówię, że kończę.
- Słyszę, Bogdan. - Odstawiłam kubek na parapet. - Tylko że to nie zmienia tego, że przez dwa lata wychodziłeś z domu z torbą i kłamałeś mi prosto w twarz. I nie zmienia tego, że gdyby Celina nie pojechała do sanatorium, to byś kłamał dalej.
Bogdan milczał. Bo co miał powiedzieć? Że nie? Oboje wiedzieliśmy, że tak.
Nie podjęłam żadnej wielkiej decyzji tego dnia. Nie wyrzuciłam Bogdana, nie pojechałam do prawnika, nie zadzwoniłam do dzieci z płaczem. Następnego dnia poszłam na długi spacer nad Brdą, sama, bez telefonu.
Patrzyłam na wodę i myślałam, że przez trzydzieści lat budowałam coś, co uważałam za solidne. A teraz muszę zdecydować, czy to, co zostało, da się naprawić, czy lepiej postawić coś nowego. I że ta decyzja nie musi zapaść dzisiaj.
Żakiet pani Kowalskiej skończyłam w poniedziałek. Szwy były idealne.