Mąż umarł w styczniu. Syn pomagał mi zamknąć jego Facebooka. W wiadomościach jedno okno - pisali codziennie od 2017. Ostatnie jej zdanie, dzień przed śmiercią: "Do jutra, mój jedyny"
Gdyby Bartek nie poprosił mnie o hasło do poczty Staszka, nigdy bym się nie dowiedziała. Żyłabym dalej z obrazem męża, który przez trzydzieści pięć lat wracał do domu na szóstą, wieszał kurtkę na trzecim haku od lewej i pytał, co na obiad.
Umarłabym kiedyś z tym obrazem, spokojna i pewna. Ale Bartek poprosił o hasło, a ja je znałam, bo Staszek zapisywał wszystko w zeszycie w szufladzie nocnej szafki.
To było pod koniec lutego, pięć tygodni po pogrzebie. Bartek przyjechał z Wrocławia na weekend, żeby pomóc mi z formalnościami. ZUS, bank, ubezpieczenie, telefon do odłączenia. Na liście miał też punkt - zamknąć Facebooka taty.
- Mamo, nie musisz przy tym siedzieć - powiedział, otwierając laptopa na kuchennym stole. - Ja się tym zajmę.
Ale ja chciałam siedzieć. Chciałam zobaczyć, co Staszek pisał do ludzi, kto mu składał życzenia na imieniny, kto komentował te jego zdjęcia z działki. Myślałam, że to będzie jak przeglądanie albumu - że się popłaczę, powspominam i poczuję, że był kochany.
Bartek zalogował się i zaczął klikać. Ja stałam za nim z herbatą w dłoni i patrzyłam na ekran. Najpierw ściana - życzenia urodzinowe od kolegi z pracy, jakieś udostępnione artykuły o wędkarstwie, zdjęcie kota sąsiadów. Normalność.
- Sprawdzę wiadomości, czy ktoś do niego pisał - mruknął Bartek i kliknął w Messengera.
Lista rozmów otworzyła się jak szuflada, której nikt nie spodziewał się znaleźć. Na samej górze - okno z imieniem Jolanta. Pod spodem maleńki podgląd ostatniej wiadomości. Bartek chyba przeczytał szybciej niż ja, bo nagle wyprostował plecy i przesunął kursor, jakby chciał zjechać niżej.
- Mamo - powiedział cicho. - Może jednak idź zrobić sobie jeszcze herbatę.
Ale ja już widziałam. Widziałam datę ostatniej wiadomości - dzień przed śmiercią Staszka. I widziałam to zdanie, które do końca życia będę pamiętała słowo w słowo: "Do jutra, mój jedyny".
Mój jedyny. Tak do niego napisała obca kobieta. Do mojego męża, z którym spałam w jednym łóżku przez trzydzieści pięć lat, do człowieka, który w sylwestra podawał mi kieliszek i mówił - za nas, Danusia, za kolejny rok.
Bartek zamknął laptopa. Ja postawiłam herbatę na blacie i usiadłam naprzeciwko niego. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, słuchając tykania zegara w przedpokoju - tego samego zegara, który Staszek kupił na targu w Nałęczowie dwadzieścia lat temu.
- Ile tam jest? - zapytałam.
- Mamo, nie musisz tego czytać.
- Ile tam jest, Bartek?
Otworzył laptopa z powrotem. Przewijał w dół, a ja patrzyłam, jak daty cofają się - 2025, 2024, 2023, dalej i dalej. Pisali do siebie niemal codziennie. Krótkie wiadomości, czasem dłuższe. Emotikony, których Staszek nigdy nie używał w rozmowach ze mną. Serduszka. Zdjęcia kwiatów. Jedno zdjęcie zachodu słońca z podpisem - "nasz widok".
Przewijanie zatrzymało się na marcu 2017. Pierwsza wiadomość. Staszek napisał: "Miło było dzisiaj porozmawiać. Pozdrawiam serdecznie, Stanisław". Grzecznie, oficjalnie, jak do urzędu.
Siedem lat. Przez siedem lat mój mąż pisał codziennie do innej kobiety, a ja nie zauważyłam niczego. I to jest chyba najgorsze - nie to, że pisał, ale to, że nic się nie zmieniło. Wracał na szóstą, wieszał kurtkę, pytał o obiad. Był taki sam. A może ja byłam taka sama i dlatego nie widziałam.
Bartek chciał zamknąć to konto od razu, usunąć wszystko, zapomnieć. Miał dwadzieścia osiem lat i wierzył, że niektóre rzeczy można po prostu skasować.
- Nie ruszaj tego - powiedziałam.
- Po co ci to, mamo?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Sama nie wiedziałam. Ale wiedziałam, że nie mogę pozwolić, żeby ktoś to wymazał, zanim zrozumiem, co właściwie się stało z moim małżeństwem.
Przez następne dwa tygodnie czytałam te wiadomości wieczorami, po kolacji, w pustym mieszkaniu na Czubach. Siadałam na kanapie, otwierałam laptopa Staszka i czytałam jak powieść - od początku, chronologicznie.
Marzec 2017, kwiecień, maj. Grzeczne wiadomości zamieniały się w cieplejsze. Potem w czułe. Potem w takie, przy których musiałam odkładać komputer i wychodzić na balkon oddychać.
Nie było w nich nic wulgarnego. Ani jednego sprośnego słowa. To było gorsze niż seks - to była bliskość. Staszek pisał do tej Jolanty rzeczy, których nigdy nie powiedział mi. Że czasem w nocy leży i myśli o sensie życia.
Że żałuje, że nie pojechał na studia do Krakowa, kiedy miał osiemnaście lat. Że boi się starości. Że potrzebuje kogoś, kto go słucha, a nie kogoś, kto mu mówi, żeby wziął kolejną tabletkę na ciśnienie.
To ostatnie zdanie bolało bardziej niż wszystko. Bo ja mu mówiłam o tabletkach. Codziennie rano kładłam mu blister na stole przy kawie i mówiłam - Staszek, weź tabletkę. I myślałam, że się nim opiekuję. A on widział w tym coś innego.
Kim była ta Jolanta? Z wiadomości wynikało, że mieszkała gdzieś pod Radomiem. Że miała psa rasy shih tzu. Że lubiła seriale kryminalne i uprawiała pomidory na balkonie. Że straciła męża lata temu i żyła sama.
Że widzieli się może kilka razy w roku - Staszek jeździł na targi ogrodnicze w Kielcach dwa razy do roku i pewnie wtedy się spotykali. Może jeszcze gdzieś. Nie wiem. Nie chciałam wiedzieć wszystkiego.
Ale wiedziałam jedno - ta kobieta nie zabrała mi męża. Staszek odszedł sam, kawałek po kawałku, wiadomość po wiadomości, przez siedem lat. A ja siedziałam obok i pilnowałam, żeby wziął tabletkę.
Jednej nocy, koło drugiej, gdy nie mogłam spać, wpisałam w wyszukiwarkę Messengera słowo "Danuta". Chciałam wiedzieć, czy Staszek kiedykolwiek wspomniał o mnie w rozmowach z nią. Wyskoczył jeden wynik. Jeden na siedem lat. Staszek napisał: "Danuta jest dobrą kobietą. Po prostu nie umiemy ze sobą rozmawiać. Może nigdy nie umieliśmy".
Siedziałam z tym zdaniem do rana. Piłam herbatę, która dawno wystygła, i myślałam o trzydziestu pięciu latach milczenia. Bo on miał rację - nie umieliśmy rozmawiać. Nie umieliśmy od początku, od wesela w osiemdziesiątym dziewiątym, kiedy tańczyliśmy pierwszy taniec i nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia, więc się uśmiechaliśmy. Potem przyszły dzieci, kredyt, praca, zakupy, sprzątanie - i było o czym mówić, ale nie ze sobą, tylko obok siebie. On do telewizora, ja do telefonu z siostrą.
Koleżanka Marta powiedziała mi, że powinnam być wściekła.
- On cię okłamywał przez siedem lat, Danuta. Siedem lat!
Ale ja nie umiałam być wściekła. Byłam zmęczona. Zmęczona żałobą, która teraz była podwójna - opłakiwałam i męża, i małżeństwo, które okazało się czymś innym, niż myślałam. Nie gorszym. Nie lepszym. Innym.
Czy Staszek ją kochał? Nie wiem. Czy kochał mnie? Chyba tak, po swojemu, w ten cichy, codzienny sposób - kurtkę na trzeci hak, co na obiad, kieliszek w sylwestra. Może to było za mało. Może dla niego potrzebował jeszcze kogoś, kto zapyta go o sens życia o drugiej w nocy, a nie o tabletkę o siódmej rano.
Do Jolanty nigdy nie napisałam. Bartek chciał, żebym to zrobiła - albo żeby on napisał, wściekły, w imieniu nas obojga. Nie pozwoliłam.
- Ona go właśnie straciła, Bartek - powiedziałam. - Tak samo jak ja.
Syn patrzył na mnie, jakby nie rozumiał. Może kiedyś zrozumie. Może kiedy będzie miał sześćdziesiąt dwa lata i trzydzieści pięć lat małżeństwa za sobą, zrozumie, że miłość i zdrada mogą mieszkać w jednym człowieku, w jednej szufladzie, w jednym zeszycie z hasłami.
Facebooka Staszka w końcu zamknęliśmy. Ale zanim to zrobiliśmy, skopiowałam jedną wiadomość. Tę jedyną, w której wspomniał o mnie. "Danuta jest dobrą kobietą. Po prostu nie umiemy ze sobą rozmawiać". Wydrukowałam ją i schowałam do torebki. Nie wiem, po co. Może dlatego, że to jedyny moment, w którym Staszek powiedział o mnie prawdę.
Teraz jest kwiecień. Rano piję kawę sama, bez blistra z tabletkami na stole. Czasem stawiam dwa kubki i dopiero po chwili zauważam pomyłkę. Na balkonie sadzę bazylię, bo Staszek zawsze mówił, że to bezsensu - wyschnie. Nie wysycha.
Nie wiem, czy mu przebaczam. Nie wiem, czy jest co przebaczać. Wiem, że przez trzydzieści pięć lat żyłam z człowiekiem, którego znałam z jednej strony. Odwrócił się do mnie tą stroną, którą chciał pokazać. A drugą stronę pokazał kobiecie, która miała psa shih tzu i uprawiała pomidory na balkonie.
Zegar z Nałęczowa dalej tyka w przedpokoju. Nie mam serca go zdjąć.