Teściowa czterdzieści lat powtarzała, że nie pasuję do ich rodziny. Teraz dzwonią do mnie z jej domu opieki w Chełmie, bo córki nie odbierają. Jeżdżę co środę z obiadem w słoikach
Telefon zadzwonił w poniedziałek rano, kiedy wychodziłam z domu do pracy. Numer nieznany, chełmski kierunkowy. Odebrałam odruchowo i usłyszałam głos młodej kobiety, która przedstawiła się jako opiekunka z Domu Opieki "Pogodna Jesień". Pytała, czy jestem synową pani Genowefy Witkowskiej.
Powiedziałam, że tak. A potem usłyszałam zdanie, które powtarzam sobie do dziś, kiedy nie mogę zasnąć.
- Pani Jolanto, pani teściowa ma panią zapisaną jako jedyny kontakt awaryjny. Córki nie odbierają telefonów od trzech tygodni.
Stałam na klatce schodowej z kluczami w jednej ręce i torbą w drugiej, i nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Bo Genowefa Witkowska - ta sama kobieta, która na moim weselu powiedziała głośno do swojej siostry, że Wojtek mógł trafić lepiej - ta sama, która przez czterdzieści lat nie zaprosiła mnie do stołu wigilijnego w swoim domu - właśnie ta kobieta podała mój numer jako jedyny pewny.
Zamknęłam drzwi. Wróciłam do kuchni. Zadzwoniłam do biura, że się spóźnię. I usiadłam przy stole, patrząc na ścianę, bo musiałam to przetrawić.
Genowefa trafiła do domu opieki osiem miesięcy wcześniej. Wiedziałam o tym - Wojtek dzwonił do swoich sióstr, Basi i Marty, i słyszałam urywki rozmów. Że matka nie daje sobie rady. Że noga nie trzyma po złamaniu.
Że trzeba było podjąć decyzję, bo sama nie chciała, ale nie miała wyjścia. Basia z Gdańska obiecała, że będzie jeździć co miesiąc. Marta z Krakowa powiedziała, że weźmie na siebie sprawy finansowe. Obie zapewniły, że to tymczasowe, że jak mama wydobrzeje, wróci do swojego mieszkania.
Sęk w tym, że Genowefa nie wydobrzała. A córki, jak to córki Genowefy - rozeszły się po swoich sprawach.
Nie zrozumcie mnie źle. Basia i Marta to nie złe kobiety. Basia prowadzi firmę, ma dwójkę nastolatków, jej mąż pracuje na platformie wiertniczej i jest w domu trzy miesiące w roku. Marta po rozwodzie ciągnie sama dwóch synów na studiach. Obie mają pod górkę. Ale obie miały też te same telefony w historii połączeń - od domu opieki - i obie naciskały czerwoną słuchawkę.
Kiedy powiedziałam Wojtkowi o tym telefonie, odłożył widelec i patrzył na mnie przez dłuższą chwilę.
- I co im powiedziałaś? - zapytał w końcu.
- Że przyjadę w środę.
Wojtek pokiwał głową, jakby to było oczywiste. Jakby nie pamiętał tych wszystkich wigilii, na które jeździł do matki sam, bo ja - cytuję Genowefę - psułam atmosferę. Jakby nie pamiętał, jak jego matka mówiła przy dzieciach, że ich babcia to ja, a tamta babcia to ta prawdziwa. Jakby nie słyszał, jak dwadzieścia lat temu Genowefa powiedziała do naszej córki: - Urodą to poszłaś w matkę, niestety.
A może właśnie dlatego pokiwał głową. Bo wiedział, że zrobię to, czego jego siostry nie zrobiły. Nie dlatego, że jestem lepsza. Tylko dlatego, że tak mam.
Pracuję w księgowości od trzydziestu lat. Kolumny muszą się zgadzać. Zobowiązania trzeba regulować. Nawet jeśli nie ty je zaciągnąłeś.
Pierwsza środa. Jechałam z Lublina tę godzinę z kawałkiem i próbowałam sobie wyobrazić, jak to będzie. Genowefa miała osiemdziesiąt dwa lata, zdemencję we wczesnym stadium i złamanie szyjki kości udowej, po którym nie wróciła do pełnej sprawności.
Ostatni raz widziałam ją na pogrzebie Wojtka ojca, cztery lata temu. Stała przy grobie sztywna jak posąg i kiedy podeszłam złożyć kondolencje, skinęła głową tak, jakby dziękował jej listonosz za awizo.
Zabrałam rosół w słoiku. I kotlety mielone, bo pamiętałam - nie wiem skąd, ale pamiętałam - że Genowefa je lubiła z bułką tartą po wierzchu.
Kiedy weszłam do jej pokoju, siedziała w fotelu przy oknie i patrzyła na parking. Pokój był czysty, jasny, z żółtą narzutą na łóżku i sztucznym kwiatem na parapecie. Na stoliku nocnym stały dwa zdjęcia - Basi i Marty z dzieciństwa. Mojego zdjęcia tam nie było. Zdjęcia Wojtka też nie.
- Dzień dobry, pani Genowefo - powiedziałam, bo przez czterdzieści lat nie przeszłyśmy na "ty" i nie zamierzałam zaczynać teraz.
Spojrzała na mnie. Przez moment widziałam, jak jej oczy pracują - szukają, skąd mnie zna. Potem powiedziała:
- A ty co tu robisz?
Nie - witaj. Nie - miło, że przyjechałaś. A ty co tu robisz. Genowefa do końca.
- Przywiozłam obiad - odpowiedziałam i zaczęłam wyciągać słoiki z torby.
Patrzyła, jak rozkładam jedzenie na talerzu, który przyniosłam z domu, bo plastikowe tacki z domu opieki nie trzymały ciepła. Patrzyła, jak kroję kotlet na małe kawałki, bo czytałam, że przy demencji lepiej podawać jedzenie w mniejszych porcjach. I kiedy podsunęłam jej talerz, wzięła widelec i zaczęła jeść. Bez słowa. Bez podziękowań. Ale zjadła wszystko.
Od tego dnia jeżdżę co środę.
Minęło pięć miesięcy. Basia zadzwoniła raz - przepraszała, obiecywała, mówiła o pracy, o dzieciach, o czasie, którego nie ma. Marta nie zadzwoniła ani razu, ale przelała pieniądze na konto domu opieki - to jej wersja obecności.
Wojtek na początku jechał ze mną. Ale Wojtek pracuje jako kierowca ciężarowy i nie zawsze bywa w domu w środę. Więc najczęściej jadę sama.
Genowefa mnie nie lubi. To się nie zmieniło. Demencja zabrała jej dużo - krótkotrwałą pamięć, orientację w dniach tygodnia, umiejętność zapięcia guzików - ale nie zabrała jej charakteru. Dalej mówi do mnie per "ty" z tym swoim chłodnym tonem. Dalej nie dziękuje. Raz powiedziała opiekunce przy mnie: - Ta to nie rodzina, ta to synowa.
Opiekunka spojrzała na mnie przepraszająco. Ja tylko pokręciłam głową, żeby dała spokój. Znam Genowefę. Nie zmienię jej w pięć miesięcy. Nie zmieniłam jej w czterdzieści lat.
Ale wożę jej rosół. I kotlety. I kompot z jabłek, bo raz, dwa lata temu, Wojtek wspomniał, że jego matka zawsze gotowała kompot jabłkowy i tęskni za nim, bo w domu opieki podają tylko herbatę.
Czasem, kiedy jem obiad naprzeciwko niej w tym jasnym pokoju z żółtą narzutą, myślę o tym, co by powiedziała dwadzieścia lat temu, gdyby ktoś jej powiedział, że to ja - ta, która nie pasuje do rodziny - będę kroić jej kotlety na kawałki.
I myślę o jeszcze jednej rzeczy. Że Genowefa, mimo wszystko, podała mój numer. Nie Basi, nie Marty. Mój. I może to nie jest miłość, nie jest nawet sympatia. Ale jest coś, co nie ma polskiego słowa - coś między uznaniem a rozpaczliwą potrzebą kogoś, kto się pojawi.
Będę jutro pakować słoiki. Rosół, kotlety, kompot. Jak co tydzień.
Bo kolumny muszą się zgadzać.