Co środę robię mamie zakupy i myję okna. Siostra przyjeżdża dwa razy w roku, na święta. Na ścianie w dużym pokoju mama ma czternaście zdjęć siostry i jej dzieci. Moje wnuki są w albumie, w szufladzie. Mama mówi, że nie było już miejsca
Czternaście. Policzyłam je w środę, kiedy mama poszła do łazienki i zostałam sama w dużym pokoju z mopem w ręku. Czternaście zdjęć w ramkach - sześć na ścianie nad kanapą, trzy na komodzie, pięć na regale między porcelanowymi figurkami aniołów. Lucyna z mężem na Krecie. Lucyna z dziećmi na komunii Wiktorii. Wnuki Lucyny na sankach. Lucyna w ogrodzie, Lucyna na Wielkanoc, Lucyna w nowej kuchni.
Odstawiłam mop i otworzyłam dolną szufladę komody. Album z bordową okładką leżał pod instrukcją do telewizora i starą książką telefoniczną. Na trzeciej stronie - Kacper i Zosia na huśtawce.
Na piątej - Kacper w czapce mikołaja. Dalej nic, bo reszty zdjęć mama najwyraźniej nie wklejała. Leżały luzem, wsunięte między ostatnie strony. Trzy z chrzcin Zosi, jedno z mojego imieninowego obiadu, na którym mama zresztą była i się uśmiechała.
Zamknęłam szufladę, kiedy usłyszałam jej kroki na korytarzu.
- Jolka, a okna zrobiłaś już? - zawołała z łazienki. - Bo na tym jednym w kuchni to chyba jakiś tłuszcz się osadził, nie wiem skąd.
- Zaraz zrobię, mamo.
Wstałam z kolan i pomyślałam, że mam pięćdziesiąt osiem lat, dwa kolana po artroskopii i co środę klękam na podłodze w tym mieszkaniu, żeby wytrzeć kurze spod regału, na którym stoi pięć zdjęć mojej siostry. Lucyna tymczasem mieszka pod Gdańskiem i przyjeżdża na Wielkanoc i Wigilię - czasem na jedno, czasem na drugie, bo jej Marek nie lubi jeździć po ciemku zimą.
Nie wiem, kiedy zaczęłam liczyć te zdjęcia. Może rok temu, może dwa. Ale od kiedy zaczęłam, nie mogę przestać. Patrzę na tę ścianę i widzę statystykę: czternaście do zera. Bo moich tam nie ma. Ani jednego.
Mąż mówi, że przesadzam.
- No weź, Jolka - powiedział w niedzielę, kiedy mu o tym opowiedziałam. - Matka ma osiemdziesiąt dwa lata, może po prostu nie pomyślała. Zaniesiesz jej zdjęcie Kacpra, to powiesi.
Zenon jest dobrym człowiekiem, ale nie rozumie jednej rzeczy: ja nie chcę zanosić. Ja chcę, żeby mama sama chciała powiesić.
Mieszkamy w Częstochowie, piętnaście minut autobusem od mamy. Lucyna jest siedem godzin pociągiem. I to nie jest tak, że mama jej nie widuje - dzwonią do siebie codziennie, po dwadzieścia minut, czasem dłużej.
Wiem, bo parę razy trafiałam na koniec rozmowy. Mama się wtedy śmiała takim ciepłym głosem, jakim do mnie nigdy nie mówi. Do mnie mówi: Jolka, kup masło, ale to w sreberku, nie to żółte. Jolka, pamiętaj o rachunku za gaz. Jolka, odsuń tę szafkę, bo za nią pewnie pająki.
Pracuję na pół etatu w sklepie spożywczym na osiedlu. Kiedyś na pełen, ale po drugiej artroskopii pani doktor powiedziała, że stanie po osiem godzin to nie jest plan na przyszłość. Więc teraz pracuję od szóstej do dwunastej, a po południu albo jadę do mamy, albo siedzę z wnukami, bo córka Agata ma dwie zmiany w szpitalu i ktoś musi odebrać dzieci ze szkoły.
Środa to mój dzień u mamy. Od ośmiu lat, co środę, bez wyjątku.
Wchodzę z siatkami, układam w lodówce, myję okna - bo mama uważa, że okna trzeba myć co tydzień, jakby mieszkała przy ruchliwej ulicy, a nie na trzecim piętrze w bloku z widokiem na park. Odkurzam, czasem gotuję zupę na dwa dni. Wyciągam pranie z pralki, bo mama nie może się schylać. Podlewam kwiaty na balkonie, bo mama mówi, że konewka jest za ciężka.
Lucyna dzwoni.
Zaczęłam to obserwować dokładniej mniej więcej dwa lata temu, kiedy mama miała operację biodra. To ja załatwiałam szpital, ja jeździłam z papierami do NFZ, ja brałam wolne w sklepie i siedziałam na korytarzu ortopedii cztery godziny, czekając na wynik. Lucyna zadzwoniła wieczorem.
- Jolka, powiedz mamie, że trzymam kciuki i jak wyjdzie ze szpitala, to przywiozę jej ten koc, co jej się podobał.
Koc przyszedł pocztą trzy tygodnie później. Mama położyła go na kanapie i powiedziała sąsiadce z dołu: - Lucynka mi taki piękny koc przysłała. Taka uważna dziewczyna.
A ja stałam w kuchni i kroiłam cebulę do rosołu, który gotowałam mamie trzeci raz w tym tygodniu, bo po operacji potrzebowała ciepłego jedzenia.
Nie powiedziałam nic. Pokroiłam cebulę, obtarłam oczy i pomyślałam, że łzawienie od cebuli to naprawdę wygodna rzecz.
Ostatnio próbowałam poruszyć temat zdjęć. Przyniosłam mamie odbitkę - Kacper na szkolnym przedstawieniu, przebrany za rycerza, z tarczą z kartonu i szczerbatym uśmiechem.
- O, fajne - powiedziała mama. - Daj, włożę do albumu.
- Mamo, może mogłabyś jedno powiesić? Na regale jest jeszcze miejsce. Obok Wiktorii.
Mama spojrzała na mnie, jakbym zaproponowała coś dziwnego.
- Jolka, tam wszystko ładnie stoi. Nie będę teraz przestawiać.
Wróciłam do domu i nie mogłam zasnąć do drugiej w nocy. Zenon spał obok i chrapał równo, a ja leżałam i myślałam o tym, że mam pięćdziesiąt osiem lat i wciąż czekam, aż mama powie, że jestem ważna.
Bo o to chodzi - nie o zdjęcia.
Zdjęcia to symbol. Czternaście ramek na ścianie to czternaście razy: widzę cię, Lucynko. Album w szufladzie to: Jolka, ty i tak tu jesteś, po co ci ramka.
Rozmawiałam o tym z Agatą. Córka słuchała, pijąc herbatę, i w pewnym momencie powiedziała coś, co mnie zatrzymało.
- Mamo, a ty masz moje zdjęcie w salonie?
Miałam. Jedno, na półce za telewizorem, trochę zasłonięte kablem od dekodera. Agata kiwnęła głową i nie powiedziała nic więcej, ale ja zrozumiałam, o co pytała.
Wieczorem wyjęłam z szuflady wszystkie zdjęcia Agaty i wnuków, jakie miałam. Dziewięć odbitek. Pojechałam do sklepu z ramkami i kupiłam sześć najtańszych - białych, prostych, po siedem złotych.
Wróciłam do domu, wstawiłam zdjęcia i porozwieszałam w przedpokoju i w kuchni. Kacper na huśtawce. Zosia z warkoczami. Agata na studiach - jeszcze przed szpitalem, jeszcze z długimi włosami i tym swoim szerokim uśmiechem.
Zenon wrócił z pracy, zobaczył i powiedział: - O, ładnie.
Nie powiedział nic więcej, ale ładnie to w jego przypadku naprawdę znaczy ładnie.
W następną środę pojechałam do mamy jak zwykle. Siatki, lodówka, okna, kurze. Kiedy mama poszła do łazienki, otworzyłam szufladę i wyjęłam album z bordową okładką. Poszłam do przedpokoju i włożyłam go do swojej torby.
Mama nie zapytała o album. Ani tego dnia, ani następnego, ani przez kolejne trzy tygodnie.
A ja przestałam liczyć zdjęcia na jej ścianie. Nie dlatego, że ich tam mniej. Dlatego, że teraz mam swoje.
Na lodówce w mojej kuchni wisi zdjęcie Kacpra przebranego za rycerza. To, które mama włożyłaby do szuflady.
U mnie wisi na widoku.