Wnuk przy każdym niedzielnym obiedzie siedział z telefonem - gderałam, że nawet rosołu nie zje jak człowiek. Sąsiadka pokazała mi stronę "Obiady u babci Zosi": czterdzieści dwa tysiące osób, zdjęcia moich pierogów. Ktoś napisał: "Tęsknię za taką niedzielą". Wnuk odpisał: "Ja mam taką co tydzień".

Ostatni raz trzasnęłam ręką w stół, aż łyżki podskoczyły w wazonie z rosołem.

- Kacper, albo schowasz ten telefon, albo nie ma co tu przychodzić w niedzielę - powiedziałam i sama się przestraszyłam, bo nigdy tak do niego nie mówiłam.

Wnuk podniósł głowę. Przez sekundę widziałam w jego oczach coś dziwnego - nie złość, nie bunt, ale taki przerażony błysk, jakby ktoś go przyłapał na czymś, czego nie powinien robić. Schował telefon do kieszeni bluzy, wymamrotał "przepraszam, babciu" i zaczął jeść. Ale ja widziałam, jak jego ręka co chwilę zjeżdżała pod stół - sprawdzał coś ukradkiem, myśląc, że nie widzę.

Widziałam.

Przez następne dwa tygodnie nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak zegar w kuchni tyka, i myślałam: co on tam robi w tym telefonie? Dwa lata temu jego kolega ze szkoły zaczął grać na automatach przez internet - matka się dowiedziała, gdy przyszło wezwanie do zapłaty.

Rok temu córka koleżanki z kościoła - ta młodsza, Patrycja - wplątała się w jakąś grupę na Facebooku, gdzie ludzie namawiali ją na "inwestycje", i straciła trzy tysiące złotych. Takie rzeczy słyszałam z każdej strony.

A Kacper miał dwadzieścia lat, studiował zaocznie, dorabiał w magazynie na dwie zmiany. Skąd by miał pieniądze na głupoty? Ale przecież ci oszuści właśnie na takich celują - na młodych, zmęczonych, szukających łatwego grosza.

Zadzwoniłam do córki.

- Magda, porozmawiaj z Kacprem. On coś robi w tym telefonie.
- Mamo, on ma dwadzieścia lat. Wszyscy siedzą w telefonach.
- Nie, to jest coś innego. Ja widzę. Chowa się z tym, rozumiesz? Jak ktoś chowa, to znaczy, że coś jest nie tak.

Magda westchnęła. Powiedziała, że przesadzam, że Kacper jest dorosły, że ona nie będzie mu przeglądać telefonu. Że to nie jej sprawa. Odłożyła słuchawkę, a ja zostałam z ciszą i z tym zegarem.

W następną niedzielę zrobiłam pierogi z kapustą i grzybami - te, które Kacper lubi najbardziej. Obserwowałam go. Jadł, rozmawiał, opowiadał o pracy - ale co jakiś czas wyciągał telefon, robił coś szybko i chował. Raz - jestem pewna - zrobił zdjęcie pierogom. Tak po prostu. Wycelował telefonem w talerz, kliknął i schował.

Po co ktoś robi zdjęcie pierogom?

Mogłam zapytać. Powinnam była zapytać. Ale nie zapytałam, bo bałam się odpowiedzi. Bo jeśli to naprawdę było coś złego, to wolałam jeszcze chwilę nie wiedzieć. Tak działam od zawsze - mój mąż, Henryk, mówił, że chowam głowę w piasek. Może miał rację, choć sam nie żyje od ośmiu lat i nie może mi tego powiedzieć.

Rozwiązanie przyszło stamtąd, skąd się nie spodziewałam - od Teresy z parteru.

Teresa to moja sąsiadka od trzydziestu lat. Razem suszyłyśmy pranie na strychu, razem chodziłyśmy na zebrania w szkole, razem pilnowałyśmy sobie dzieci, gdy jedna z nas szła do lekarza. Teresa zna mnie lepiej niż moje córki. I to Teresa pewnego wtorku zadzwoniła do drzwi z tabletem w ręce i powiedziała:

- Zosiu, usiądź i popatrz na to.

Na ekranie była strona. Na górze napis: "Obiady u babci Zosi". Zdjęcie - mój talerz, ten z niebieskimi kwiatkami, a na nim pierogi. Pod spodem tekst: "Dziś kapusta z grzybami. Babcia mówi, że grzyby są z lasu spod Nałęczowa, ale ja podejrzewam, że z Biedronki. I tak najlepsze na świecie."

Czterdzieści dwa tysiące obserwujących.

Czterdzieści dwa tysiące ludzi oglądało moje pierogi, mój rosół, moje gołąbki. Moje serniki z rodzynkami i ten brzydki obrus w maki, który kupiłam na pchlim targu w Lublinie piętnaście lat temu.

Siedziałam z Teresą przy kuchennym stole i przewijałyśmy tę stronę w milczeniu. Zdjęcia niedzielnych obiadów - co tydzień, od dwóch lat. Rosół z kluskami, schabowy z kapustą, knedle ze śliwkami, barszcz z uszkami na Wigilię. Każde zdjęcie miało opis - krótki, zabawny, ciepły. Kacper pisał o mnie tak, jak ja nigdy o sobie nie umiałam.

"Babcia nie wierzy w przepisy. Mówi, że jak trzeba mierzyć, to znaczy, że się nie umie gotować."

"Dzisiaj kompot z rabarbaru. Babcia twierdzi, że rabarbar leczy wszystko. Na pytanie co konkretnie, odpowiada: wszystko."

"Rosół gotował się od szóstej rano. Wiem, bo babcia dzwoniła o siódmej, żebym nie przychodził za późno, bo wystygnie. Jest dziesiąta."

Teresa patrzyła na mnie, a ja nie mogłam nic powiedzieć, bo miałam ściśnięte gardło.

- Przewiń niżej - szepnęłam.

Były tam komentarze. Setki komentarzy. Ludzie pisali, że tęsknią za niedzielami u własnych babć. Że ich babcie już nie żyją. Że odkąd wyjechali za granicę, nie jedli domowego rosołu. Że płaczą nad zdjęciem pierogów. Jedna kobieta napisała: "Moja babcia robiła takie same. Umarła w marcu. Dziękuję, że tu jesteś."

I pod tym komentarzem odpowiedź Kacpra: "Przytulam. Każda niedziela jest dla tych, którzy nie mają swojej."

Teresa wstała, zrobiła mi herbatę i nie mówiła nic. Znała mnie na tyle, żeby wiedzieć, że potrzebuję ciszy.

Siedziałam do wieczora i czytałam. Nie komentarze - opisy Kacpra. On pisał o mnie. O tym, jak kroję cebulę i płaczę, ale twierdzę, że to od cebuli. O tym, jak co niedzielę pytam, czy mu smakuje, choć gotuje dla niego od dwudziestu lat i doskonale znam odpowiedź. O tym, jak nie mogę się zdecydować, czy sernik lepszy z rodzynkami czy bez, więc robię dwa.

Pisał o moim domu. O tych serwetkach szydełkowych, które zrobiła moja mama. O kuchennym oknie, z którego widać kasztanowiec. O zegarze, który tyka za głośno, ale którego nie wymienię, bo kupił go Henryk.

Kacper nie siedział z telefonem na obiadach, bo mnie ignorował.

On dokumentował każdą niedzielę, bo wiedział coś, czego ja nie wiedziałam - że te obiady, ta kuchnia, ten obrus w maki i te pierogi z kapustą to jest coś, za czym czterdzieści dwa tysiące ludzi tęskni.

Następna niedziela wyglądała tak samo jak wszystkie. Rosół, schabowy, kompot. Kacper przyjechał, zdjął buty, wszedł do kuchni. Wyciągnął telefon.

- Rób - powiedziałam.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Rób to zdjęcie. Tylko powiedz tym swoim ludziom, że grzyby naprawdę są z lasu spod Nałęczowa. Nie z żadnej Biedronki.

Kacper uśmiechnął się tak, jak uśmiechał się, gdy miał pięć lat i dawałam mu łyżkę ciasta do lizania. Podniósł telefon, wycelował w garnek z rosołem i kliknął.

Potem usiadł i zjadł dwa talerze. Bez telefonu.

Tamtego wieczoru, gdy zmywałam naczynia, pomyślałam o Henryku. O tym, jak zawsze mówił, że marnuję się w tej kuchni, że powinnam otworzyć bar albo cukiernię. Śmiałam się wtedy - kto by przychodził do takiego baru?

Czterdzieści dwa tysiące osób.

Chyba wiedział, mój Henryk. Zawsze wiedział lepiej.