We wrześniu przyszedł kominiarz z dorocznym przeglądem. Ucieszył się na widok męża, że drugi raz w tym tygodniu się widzą - w piątek robił przegląd "u pana", na Konopnickiej. Na Wyspiańskiego mieszkamy trzydzieści lat. Mąż mówi, że na Konopnickiej "nikogo nie zna".
- O, dzień dobry pani! - kominiarz uśmiechnął się szeroko, stawiając walizkę z narzędziami na wycieraczce. - A pana to ja już w tym tygodniu widziałem. W piątek robiłem przegląd na Konopnickiej, u pana. Pan pamięta?
Zbigniew stał w drzwiach kuchni z kubkiem kawy. Widziałam, jak palce zacisnęły mu się na uchu kubka. Jedna sekunda. Może dwie. A potem ten jego uśmiech - trochę za szeroki, trochę za szybki.
- Na Konopnickiej? Nie, panie Marku, to pan kogoś pomylił.
Kominiarz wzruszył ramionami i poszedł sprawdzać ciąg w łazience. Zbigniew wrócił do kawy. A ja stałam w przedpokoju z mokrą ścierką w ręku i wiedziałam - tak jak się wie rzeczy, których jeszcze nie można udowodnić - że kominiarz nikogo nie pomylił.
Na Wyspiańskiego mieszkamy trzydzieści lat. Wprowadziliśmy się, kiedy Ania miała dwa latka, a Bartek rodził się dwa miesiące później. Trzy pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, blok po termomodernizacji - jasny, z kolorowymi balkonami pełnymi pelargonii. Przez trzydzieści lat znałam tu każdą rysę na klatce schodowej. I myślałam, że znam też każdy kąt życia mojego męża.
Zbigniew miał swój warsztat samochodowy na obrzeżach - nieduży, ale ciągnął nas przez całe życie. Wychodził rano koło siódmej, wracał między piątą a szóstą, czasem później, bo coś "nie szło". Nie pytałam. Przez trzydzieści lat nauczyłam się nie pytać o rzeczy, na które i tak dostanę gotową odpowiedź.
Tego wieczoru, kiedy kominiarz wyszedł, umyłam naczynia, wyłączyłam telewizor i powiedziałam, że idę spać. Nie spałam. Leżałam w ciemności i liczyłam.
Ile razy w ostatnich latach Zbigniew "musiał zostać w warsztacie"? Ile razy wracał o siódmej z tłumaczeniem, że klient przyjechał na ostatnią chwilę? Ile razy wychodził w sobotę "po części" i wracał po trzech godzinach? Osobno - nic szczególnego. Razem - schemat.
Przez następne dwa tygodnie nic nie robiłam. Chodziłam do szkoły - dwadzieścia trzy lata uczę polskiego w podstawówce przy Jasnogórskiej - wracałam, gotowałam, prałam. I obserwowałam. Zbigniew zachowywał się normalnie. To było najgorsze. Żadnej nerwowości, żadnego nagłego czyszczenia telefonu, żadnych nowych perfum. Albo naprawdę nie miał nic do ukrycia, albo ukrywał tak długo, że przestało go to kosztować.
W trzeci piątek po wizycie kominiarza powiedziałam w szkole, że muszę wyjść wcześniej. Wzięłam tramwaj i pojechałam na Konopnickiej.
To krótka ulica. Trzy bloki i rząd starych kamienic. Szłam powoli, czytając tabliczki z numerami, i nie wiedziałam, czego właściwie szukam. Dowodu? Potwierdzenia? A może miałam nadzieję, że niczego nie znajdę i będę mogła wrócić do swoich trzydziestu lat spokoju?
Pod dwunastką zobaczyłam balkon na pierwszym piętrze. Pelargonie. Czerwone, gęste, takie same jak u nas. I firankę z tym samym wzorem, który kupowałam w Leroy Merlin dwa lata temu. Zbigniew wtedy jeszcze powiedział, że ładna.
Widocznie kupił drugą.
Stałam tam chyba kwadrans. Nie miałam odwagi wejść na klatkę i zadzwonić domofonem. Nie miałam odwagi wrócić do domu i udawać, że nic nie widziałam. Więc stałam, sparaliżowana, patrząc na te pelargonie, i czułam, jak trzydzieści lat trzeszczy pod nogami jak cienki lód.
Wieczorem, przy kolacji, powiedziałam:
- Zbyszek, kto mieszka na Konopnickiej dwanaście?
Nie podniósł głowy znad zupy. Ale łyżka zatrzymała się w połowie drogi do ust.
- Skąd takie pytanie?
- Byłam tam dziś.
Cisza. Nie dramatyczna, nie filmowa. Zwykła kuchenna cisza, w której bulgocze czajnik i mruczy lodówka. I w tej ciszy Zbigniew powoli odłożył łyżkę na talerz i powiedział:
- Miałem ci powiedzieć.
Nie krzyczałam. Nie było łez, nie było tłuczenia talerzy. Był stół, dwa talerze pomidorowej i mąż, który patrzył gdzieś obok mnie - w ścianę za moim ramieniem.
Powiedział, że to trwa od ośmiu lat. Że Beata jest pielęgniarką, mieszka sama, poznali się, kiedy zawoziła do warsztatu samochód. Że nie planował. Że to "jakoś tak wyszło". Że wynajmuje to mieszkanie, bo ona sama nie daje rady.
- I co teraz? - zapytałam.
- Nie wiem, Jolu.
Trzy słowa. Trzydzieści lat małżeństwa i trzy słowa.
Nie wyrzuciłam go tamtego wieczoru. Ani następnego. Przez kilka dni żyliśmy w dziwnym zawieszeniu - jedliśmy razem, spaliśmy w jednym łóżku, nie rozmawialiśmy. Chodziłam do szkoły i tłumaczyłam szóstoklasistom wiersz Mickiewicza, a w głowie miałam pelargonie na balkonie przy Konopnickiej i firankę kupioną w Leroy Merlin.
Ania przyjechała w następną sobotę. Chyba wyczuła coś przez telefon. Usiadła ze mną w kuchni, nalała herbaty i powiedziała:
- Mamo, wiesz, że cokolwiek się stanie, to ja tu jestem, nie?
I wtedy się rozpłakałam. Nie z powodu Zbigniewa, nie z powodu Beaty, nie z powodu tych ośmiu lat. Rozpłakałam się, bo moja córka powiedziała to, czego od trzydziestu lat nie powiedział mi mąż.
Zbigniew wyprowadził się pod koniec października. Bez kłótni, bez adwokatów - na to przyjdzie czas później. Zabrał swoje rzeczy w trzech kursach swojego busa. Za każdym razem, wynosząc kartony, mówił "przepraszam". Za pierwszym razem brzmiało to jak wyznanie. Za trzecim - jak nawyk.
Nie nienawidzę go. Chciałabym, ale nie potrafię. Trzydzieści lat to za dużo, żeby zmieścić w jednej emocji. Czasem myślę o tych piątkach, kiedy "zostawał w warsztacie", i czuję złość tak gęstą, że trudno oddychać.
A czasem widzę go, jak rano zakładał buty przy drzwiach - powoli, spokojnie, z tym samym zamyślonym wyrazem twarzy - i myślę: w którym momencie nas zgubiliśmy? Czy to było jedno duże zdarzenie, którego nie zauważyłam? Czy tysiąc małych, które zignorowałam?
Krysia z trzeciego piętra zapukała wczoraj z ciastem i zapytała, czy wszystko w porządku, bo dawno nie widziała Zbigniewa. Powiedziałam, że wyjeżdża służbowo. Nie wiem, po co kłamałam. Może z przyzwyczajenia. Może dlatego, że przez trzydzieści lat nikt w tym bloku nie widział naszych pęknięć i nie chciałam, żeby zaczęli teraz.
Jest grudzień. Na balkonie stoją puste doniczki po pelargoniach. W styczniu zasadzę nowe.