Córka poprosiła, żebym poszła za nią na zebranie do szkoły wnuka - "ty masz czas, mamo". Po zebraniu wychowawczyni zatrzymała mnie w drzwiach, żeby "przekazać rodzicom, że za Kraków jeszcze nie zapłacili, termin minął w piątek". Czterysta na Kraków córka wzięła ode mnie w kwietniu, "bo u nich do dziesiątego krucho".

- Pani jest babcią Kuby, prawda? Dobrze, że panią łapię.

Pani Sowa, wychowawczyni czwartej b, przytrzymała mnie za łokieć, kiedy inni rodzice już przepychali się w drzwiach z kurtkami pod pachą. Uśmiechała się, ale tak, jak się uśmiecha ktoś, kto zaraz powie coś niewygodnego.

- Bo widzi pani, za Kraków jeszcze nie ma wpłaty. Termin był w piątek. Ja wiem, że różnie bywa, tylko muszę do jutra podać pani z biura podróży listę. Niech pani przekaże rodzicom, dobrze?

- Na pewno zapłacą - powiedziałam. - Pewnie przelew nie doszedł.

Skinęła głową. Obie wiedziałyśmy, że przelewy dochodzą.

Wyszłam przed szkołę i usiadłam na ławce pod kasztanowcem, choć wcale nie planowałam siadać. Nogi same mnie posadziły. Czterdzieści lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej w Opolu i w głowie mam takie urządzenie, które nie daje mi spokoju, dopóki rubryki się nie zgadzają. A tu się nie zgadzały.

Trzeci kwietnia. Magda przyszła do mnie z Kubą, wypiła herbatę, zjadła dwa kawałki sernika i dopiero w przedpokoju, z ręką na klamce, powiedziała:

- Mamo, a nie pożyczyłabyś czterysta? Na tego Kraków dla Kuby. U nas do dziesiątego krucho, a pani Sowa chce wcześniej. Dziesiątego oddam.

Dziesiątego nie oddała. Dwudziestego też nie. Jak raz zagadnęłam, machnęła ręką: "W maju, mamo, wszystko się poprzesuwało". Nie naciskałam. Matka nie jest bankiem, a córka to nie dłużnik - tak sobie powtarzałam.

Teraz był maj. I pieniędzy nie było ani u mnie, ani w szkole.

Zadzwoniłam od razu, jeszcze z ławki.

- I co tam było na zebraniu? - zapytała Magda. W tle grał telewizor.

- Nic takiego. Wycieczka, oceny, ktoś z rodziców się kłócił o szafki.

Nie wiem, dlaczego skłamałam. Może chciałam zobaczyć jej twarz, kiedy będę pytać.

W drodze do domu przypomniało mi się mnóstwo drobiazgów, które wcześniej odkładałam na półkę z napisem "nie twoja sprawa". Że Bartek, zięć, od lutego zawsze spał, kiedy do nich wpadałam w niedzielę. "Ma teraz nocki" - mówiła Magda. Że w Wielkanoc przynieśli tylko babkę, a przecież Magda zawsze piekła mazurek, bo Kuba go uwielbia. Że Kuba, kiedy go odprowadzałam na basen, zapytał nagle:

- Babciu, a jak ktoś ma katar, to nie może jechać na wycieczkę?

- A masz katar?

- Mama mówi, że w czerwcu mogę mieć.

Wtedy się zaśmiałam. Teraz, w autobusie numer dziewięć, przestało mi być do śmiechu.

Do Magdy pojechałam następnego dnia, bez zapowiedzi. Otworzył mi Bartek. W dresie, nieogolony, w środku dnia. Za nim w kuchni stała Magda z mokrymi rękami i jak mnie zobaczyła, wiedziała już wszystko. Znam to spojrzenie od trzydziestu ośmiu lat. Tak samo patrzyła, jak miała siedem lat i rozbiła mój kryształowy wazon od cioci Basi.

- Pani Sowa mnie zaczepiła po zebraniu - powiedziałam, zanim zdjęłam buty. - Za Kraków nie ma wpłaty.

Bartek odwrócił się i bez słowa poszedł do pokoju. Drzwi zamknął cicho, co było gorsze, niż gdyby trzasnął.

Magda wytarła ręce w ścierkę. Długo. Bardzo długo jak na dwie dłonie.

- Siadaj, mamo.

Usiadłam. Na stole leżały rachunki spięte klamerką do bielizny. Na samej górze wezwanie do zapłaty za prąd.

- Bartka zwolnili w lutym - powiedziała do ścierki, nie do mnie. - Magazyn przenieśli pod Wrocław, połowę ludzi wyrzucili. Szuka. Naprawdę szuka, mamo, codziennie. Ale ma pięćdziesiąt jeden lat i kręgosłup, a tam chcą młodych.

- A te czterysta?

- Na prąd poszło. I na leki dla Kuby, jak miał zapalenie ucha. Myślałam, że do maja coś się ruszy. Że Bartek coś znajdzie, oddam ci, zapłacę za wycieczkę i nikt się nawet nie dowie.

- Ja bym się nie dowiedziała, gdybyś nie wysłała mnie na zebranie.

Podniosła wreszcie oczy. Były czerwone.

- Wiem. Ja tam nie mogłam iść. Nie umiałam stanąć przed panią Sową i powiedzieć, że nie mamy. A ty masz czas, mamo. Ty zawsze masz czas i zawsze masz rację.

To ostatnie zdanie zabolało bardziej niż cała reszta. Bo nie powiedziała go złośliwie. Powiedziała je zmęczonym głosem, jak coś, co wie się od dawna.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś o Bartku?

Zaśmiała się krótko, bez wesołości.

- Mamo. Jak brałam ślub, powiedziałaś, że Bartek to "chłop do niczego, ale przynajmniej nie pije". Na każdą Wigilię pytasz, czy już dostał podwyżkę. Jak mieliśmy kupić samochód, mówiłaś, że ojciec w jego wieku miał już działkę i garaż. Miałam ci przyjść i powiedzieć, że wyrzucili go z roboty? Żebyś mogła wreszcie powiedzieć "a nie mówiłam"?

Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i nic z nich nie wyszło. Bo mówiłam. Wszystko to mówiłam. Uważałam, że to troska, że matka ma prawo. A moja córka przez trzy miesiące wolała kłamać, chować rachunki pod klamerką i wymyślać synowi katar, niż przyznać się przede mną, że jest im ciężko.

Siedziałyśmy w ciszy. W pokoju za ścianą Bartek chrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, i nie powiedział.

Wieczorem w domu wyjęłam z szafki pod telewizorem kopertę, w której trzymam odłożone na "czarną godzinę". Ojciec nazywał to tak, kiedy jeszcze żył. Przeliczyłam. Wyjęłam czterysta, a potem jeszcze trochę na kieszonkowe dla Kuby, bo w Krakowie każde dziecko chce smoka z Wawelu.

Rano pojechałam do szkoły i wpłaciłam w sekretariacie. Pani Sowa nie zapytała o nic, tylko szybko odhaczyła coś na liście i powiedziała, że Kuba się ucieszy.

Ale to nie była najtrudniejsza część. Najtrudniejsza była po południu, kiedy znowu zadzwoniłam do drzwi Magdy i tym razem poprosiłam Bartka, nie ją.

- Bartek, u mnie na balkonie skrzynki z pelargoniami już się sypią, a i kran w łazience cieknie od Bożego Narodzenia. Wezmę fachowca, to mnie oskubie. Zrobiłbyś? Zapłacę jak za fachowca.

Patrzył na mnie podejrzliwie, jakby szukał w tym haczyka. Szukał długo. W końcu kiwnął głową.

- W sobotę mogę. Tylko niech mama kupi uszczelki, powiem jakie.

Pierwszy raz od piętnastu lat powiedział do mnie "mamo". Udałam, że nie zauważyłam.

Magda stała za nim w korytarzu. Nic nie mówiła. Ale kiedy wychodziłam, wsunęła mi do kieszeni płaszcza karteczkę. Przeczytałam ją dopiero na przystanku. "Oddam Ci. Wszystko. Dziękuję, że nie powiedziałaś "a nie mówiłam"".

Kuba pojechał do Krakowa w czerwcu. Bez kataru. Przywiózł mi magnes ze smokiem, który wisi teraz na lodówce.

Patrzę na niego czasem rano, przy kawie, i myślę o tym, co powiedziała Magda. Że ja zawsze mam czas. Miałam go dużo, to prawda. Tylko przez te wszystkie lata zużywałam go głównie na to, żeby mieć rację.