Mąż odszedł, kiedy syn miał osiem lat - "nie nadaję się do pieluch i lekcji". Sama spłaciłam mieszkanie, syn skończył medycynę. W piątek były mąż zadzwonił pierwszy raz od czternastu lat: czy syn "nie mógłby go przyjąć bez kolejki, na kardiologię".
- Jola? Tylko się nie rozłączaj. To ja, Darek.
Stałam przy zlewie z nożem w jednej ręce i obranym do połowy ziemniakiem w drugiej. Telefon leżał na parapecie, na głośniku, bo byłam pewna, że to siostra dzwoni w sprawie niedzieli. Woda ciekła z kranu, a ja nie mogłam się ruszyć, żeby ją zakręcić.
Czternaście lat. Ostatni raz słyszałam ten głos w dniu osiemnastych urodzin Kuby.
- Czego chcesz? - zapytałam. Wyszło spokojniej, niż się spodziewałam.
- Słuchaj, ja wiem, że nie mam prawa... - zaczął i zakaszlał. - Mam coś z sercem. Rodzinna dała mi skierowanie do kardiologa, a tu termin na lipiec przyszłego roku. A Kazik mówił, że Kuba jest kardiologiem. Na Parkitce. Czy on by mnie nie mógł przyjąć... no wiesz. Bez kolejki.
Kazik to jego kuzyn, mieszka dwie klatki dalej. Wszystko się zgadzało. Tylko mi się w głowie nie mieściło.
- Bez kolejki - powtórzyłam.
- Jola, ja się boję. Duszno mi, jak idę do sklepu. Nogi mi puchną wieczorem jak banie.
Odłożyłam nóż. Dłonie miałam mokre i lepkie od skrobi.
- Kuba nikogo nie przyjmuje, Darek. Kuba kończy specjalizację. I nie wiem, czy w ogóle będzie chciał z tobą rozmawiać.
- To mu chociaż przekaż. Proszę cię.
Rozłączyłam się pierwsza. Potem usiadłam na taborecie i siedziałam tak długo, aż ziemniaki w misce zaczęły ciemnieć.
Kiedy odchodził, Kuba był w drugiej klasie. Pamiętam ten wieczór co do minuty, bo akurat siedzieliśmy nad tabliczką mnożenia. Darek stanął w przedpokoju z torbą sportową i powiedział, że on się nie nadaje do pieluch i lekcji.
Pieluch dawno w domu nie było - zmienił ich może kilka, kiedy Kuba był malutki. Ale on miał na myśli wszystko naraz: zebrania w szkole, katar, zupę na czternastą, niedziele u mojej matki. Miał trzydzieści dwa lata i jakąś Agnieszkę we Wrocławiu, o której dowiedziałam się dopiero w sądzie.
Mieszkanie na Tysiącleciu kupiliśmy rok wcześniej, na kredyt. Przy rozwodzie zrzekł się swojej części, a ja przejęłam raty. Pracowałam wtedy na produkcji w zakładzie, który robi opakowania, szefową zmiany zostałam dużo później.
Brałam nadgodziny, ile się dało. Alimenty przychodziły, kiedy przychodziły, potem pomagał fundusz alimentacyjny. Kuba odrabiał lekcje sam przy kuchennym stole, a ja sprawdzałam je wieczorem, w roboczym fartuchu, bo nie miałam siły się przebrać.
A czternaście lat temu Darek zadzwonił. Nie z życzeniami. Zapytał, czy skoro syn jest już pełnoletni, to on może przestać płacić. Powiedziałam, że Kuba ma przed sobą maturę, chce iść na medycynę i że prawo mówi co innego. Westchnął do słuchawki i rzucił: "No to niech się uczy, skoro taki zdolny". To było ostatnie zdanie, jakie od niego usłyszałam. Aż do tego piątku.
Nie powiedziałam Kubie od razu. W sobotę piekłam sernik na niedzielę i trzy razy brałam telefon do ręki. Za każdym razem go odkładałam. Bo co miałam powiedzieć? Synku, twój ojciec, którego nie było na twojej maturze ani na rozdaniu dyplomów, chce, żebyś go przepchnął przed jakąś babcię z Rakowa, która też czeka do lipca?
I jeszcze jedno mnie gryzło, czego wstydziłam się sama przed sobą. Że on naprawdę może być chory. Że coś się stanie, a ja tę wiadomość zatrzymam w szufladzie. Nie chciałam mu niczego dawać. Ale nie chciałam go też mieć na sumieniu.
W niedzielę Kuba przyszedł sam, bo Ola, jego żona, miała dyżur. Zjadł rosół, potem drugi talerz, jak zawsze po nocce. Patrzyłam, jak kroi sernik, i w końcu powiedziałam. Wszystko, słowo w słowo, razem z tym "bez kolejki".
Odłożył widelec. Długo nic nie mówił. Za oknem sąsiad trzepał dywan na trzepaku, równo, jakby coś odliczał.
- Daj mi ten numer - powiedział w końcu.
Coś we mnie pękło. Do dziś nie wiem dokładnie co.
- Kuba, on cię zostawił. Mnie zostawił. Ja przez dwadzieścia lat spłacałam to mieszkanie, ty siedziałeś sam nad zeszytami, a teraz on dzwoni, bo mu nogi puchną, i ty mu tak po prostu...
- Mamo. - Położył dłoń na mojej. - Ja go nie przyjmę bez kolejki. Nie mogę i nie chcę. Ale duszność i obrzęki to może być niewydolność. Jak się w nocy położy i nie będzie mógł złapać powietrza, to on nie będzie wiedział, że ma dzwonić na pogotowie, a nie czekać do lipca. Tylko to mu powiem. Raz.
Patrzyłam na niego i widziałam tamtego ośmiolatka nad tabliczką mnożenia. I jednocześnie kogoś zupełnie obcego, spokojnego, kto wie rzeczy, o których ja nie mam pojęcia.
Dałam mu numer.
Zadzwonił do mnie w środę wieczorem, po dyżurze. Głos miał zmęczony, ale jakiś inny.
- Rozmawiałem z nim. Dwadzieścia minut.
- I co?
- Kazałem mu wrócić do rodzinnej i poprosić o skierowanie z adnotacją "pilne", bo przy takich objawach mu się należy. Powiedziałem, co robić, jakby było gorzej. Nic mu nie załatwiałem, mamo. Będzie czekał jak każdy z pilnym skierowaniem.
Zamilkł na chwilę. Słyszałam, jak gdzieś w tle trzaska drzwiczka szafki.
- Ale wiesz, o co go zapytałem? O dziadka. O jego ojca. Bo ja nic nie wiem. Każdy lekarz na wywiadzie pyta o choroby w rodzinie, a ja zawsze mówię, że ze strony ojca nie wiem. No to już wiem. Dziadek umarł na zawał, miał pięćdziesiąt dwa lata. Stryj, którego nigdy nie widziałem, miał bajpasy przed sześćdziesiątką.
Usiadłam na tym samym taborecie co w piątek.
- On ci to tak po prostu powiedział?
- Powiedział jeszcze, że jak dziadek umarł, on miał czternaście lat. I że potem całe życie bał się, że też tak padnie, i dlatego wszystko robił na szybko. Nie wiem, czy to prawda, czy wymówka. Chyba sam nie wie. - Westchnął. - Idę się zbadać. Lipidogram, echo, wszystko. Mam trzydzieści dwa lata, nie panikuj. Ale dobrze, że wiem.
Długo potem nie mogłam zasnąć. Leżałam i myślałam, że przez dwadzieścia cztery lata Darek nie dał naszemu synowi nic. Ani czasu, ani porządnych pieniędzy, ani jednej kartki na święta. I dopiero teraz, kiedy sam przyszedł z wyciągniętą ręką, przypadkiem oddał mu coś, co może się okazać ważniejsze niż wszystkie zaległe alimenty razem wzięte.
Nie wybaczyłam mu. Nie zamierzam. Kiedy Kazik zaczepił mnie pod blokiem i powiedział, że Darek "bardzo dziękuje", kiwnęłam tylko głową i poszłam dalej z siatką. Ale złapałam się na tym, że nie czuję już tej złości, która siedziała we mnie od wieczoru z torbą sportową w przedpokoju. Zostało coś cichszego. Chyba zwykłe zmęczenie.
Kuba zrobił badania w zeszłym tygodniu. Cholesterol trochę za wysoki, reszta w porządku. Śmiał się, że teraz będę mu piekła sernik bez cukru, a ja śmiałam się razem z nim, choć ręce jeszcze trochę mi drżały.
Darek dostał termin na grudzień. Czeka w kolejce, jak wszyscy. Jak my przez te wszystkie lata - tylko że my nie mieliśmy do kogo zadzwonić.