Kiedy córka się rozwodziła, zabroniła mi "utrzymywać kontakty z Markiem". Marek i tak co jesień wymienia mi opony i przykręca karnisze. Na moje siedemdziesiąte urodziny w sobotę zadzwonił jeden telefon. Od byłego zięcia.
- Sto lat, pani Danusiu. Nie obudziłem?
Była ósma dwadzieścia. Siedziałam w kuchni nad sernikiem, który upiekłam w piątek wieczorem, nie bardzo wiedząc dla kogo. Telefon leżał obok talerzyka ekranem do góry, od siódmej. Sprawdzałam go co kilka minut, jakbym pilnowała mleka na gazie.
- Nie obudziłeś - powiedziałam. - Ja już od dawna nie śpię do ósmej.
- Siedemdziesiątka, co? Pani to w ogóle nie wygląda.
Zaśmiałam się, bo co miałam zrobić. Głupio mi było, że głos mi się łamie. Marek to usłyszał, bo zawsze słyszał takie rzeczy. Zapytał, czy ktoś już dzwonił. Skłamałam, że Paweł z Norwegii, rano. Paweł nie dzwonił. Kuba przysłał w nocy esemesa z tortem i trzema serduszkami. Agnieszka - nic.
- A Aga? - zapytał ostrożnie.
- Pewnie zadzwoni po południu. Ma sobotę, sprząta.
Marek milczał chwilę za długo. Potem powiedział, że jest w Częstochowie w sprawach warsztatu i czy mógłby wpaść koło trzeciej. Na chwilę. Zgodziłam się, zanim zdążyłam pomyśleć, co by na to powiedziała moja córka.
A wiedziałam doskonale, co by powiedziała. Powiedziała mi to w listopadzie, przez telefon, tak głośno, że musiałam odsunąć słuchawkę od ucha.
- Mamo, ja cię prosiłam o jedną rzecz. O jedną! Kuba mi mówi, że tata był u babci i zmieniał opony. Ty wiesz, jak ja się czuję?
- Agusiu, ja nie mam komu tych opon...
- To idź do wulkanizacji jak normalny człowiek! Zapłacę ci!
- Nie chodzi o pieniądze.
- No właśnie, nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że ty zawsze stoisz po jego stronie.
Odłożyła słuchawkę. Od tamtej pory rozmawiałyśmy jak urzędniczki z dwóch różnych okienek. Uprzejmie i krótko. Na Wigilię przyjechała z Kubą, przywiozła barszcz w słoiku i pojechała do Krakowa przed pasterką. Na Wielkanoc zadzwoniła, złożyła życzenia, zapytała o ciśnienie. Ani słowa o Marku.
Nigdy nie stałam po jego stronie. Tylko że nikt mi nie uwierzy, jeśli powiem prawdę: że ja nie stałam po żadnej stronie, bo nie wiedziałam, gdzie te strony są. Agnieszka i Marek byli małżeństwem dziewiętnaście lat.
Potem Agnieszka poznała w pracy kogoś, kto czytał książki i jeździł na festiwale filmowe, a Marek wracał z warsztatu z czarnymi paznokciami i zasypiał przed telewizorem przy "Familiadzie". Wyprowadziła się z Kubą. Tamten ktoś po półtora roku wyjechał do Gdańska i już nie wrócił.
Wiem, że ją bolało. Wiem też, że Marek płakał u mnie w kuchni, przy tym samym stole, w dniu, kiedy przyszło pismo z sądu. Dorosły chłop, czterdzieści osiem lat, ręce jak łopaty. Pił herbatę z cytryną i nie mógł utrzymać szklanki.
Przez dwadzieścia lat byłam dla niego "mamą". Po rozwodzie zaczął mówić "pani Danusiu". Sam z siebie. Jakby chciał mi dać do zrozumienia, że rozumie, co się zmieniło. Ale w październiku zadzwonił jak zawsze: "Pani ma jeszcze letnie na tej Fabii? Bo zaraz przymrozki." I przyjechał. I przy okazji zobaczył, że karnisz w dużym pokoju wisi na jednym kołku, bo drugi wyrwał się razem z tynkiem.
Po śmierci mojego Zbyszka zostałam sama w mieszkaniu na Tysiącleciu. Trzydzieści osiem lat w aptece, potem emerytura, która ledwo starczała na rachunki i leki. Sąsiadki mówiły, że mam szczęście, bo dzieci żyją, wnuki są, zdrowie jakoś trzyma. Miałam szczęście. Tylko że to szczęście siedziało w Krakowie i w Bergen, a w sobotę przed moimi urodzinami nikt nie zapytał, czy coś upiec.
Przez cały ranek telefon milczał. O jedenastej zadzwoniła pani z banku, czy nie chcę lokaty. Prawie się popłakałam, kiedy zobaczyłam nieznany numer, bo przez sekundę myślałam, że to Agnieszka dzwoni z pracy.
Marek przyjechał o trzeciej. Z kwiatami - zwykłymi tulipanami z bazarku, w szarym papierze - i z wiertarką w torbie.
- Bo ten kołek w łazience, co pani mówiła w październiku - wyjaśnił, zdejmując buty w przedpokoju.
- Nic nie mówiłam o łazience.
- Mówiła pani. Że ręcznik spada.
Mówiłam. Sama zapomniałam.
Przykręcił wieszak, zjadł dwa kawałki sernika, pochwalił, że lepszy niż u jego matki, ale żebym jej nie mówiła. Kuchnia pachniała wanilią i wiórami z tynku. Siedzieliśmy przy oknie, za którym kwitł bez, ten sam, który Zbyszek posadził pod blokiem, kiedy się wprowadzaliśmy. I wtedy zapytałam o to, co mnie gryzło od rana.
- Marek, skąd ty wiedziałeś, że Aga nie zadzwoniła?
Odstawił szklankę. Popatrzył na mnie tak, jak patrzy człowiek, który zastanawia się, czy powiedzieć, czy zamilczeć na zawsze.
- Bo ona dzwoniła do mnie. W czwartek.
Nie zrozumiałam. Naprawdę nie zrozumiałam, przez dłuższą chwilę.
- Do ciebie?
- Rozmawiamy, pani Danusiu. Przez Kubę musimy. Wywiadówki, matura za rok, alimenty. - Wzruszył ramionami. - Zadzwoniła w czwartek wieczorem i zapytała, czy w sobotę mógłbym zajrzeć do pani. Że ona... że jak zadzwoni, to się znowu pokłócicie i zepsuje pani urodziny. A nie chce zepsuć. Prosiła, żebym nie mówił.
Siedziałam z łyżeczką w ręku. Ta sama córka, która w listopadzie krzyczała, że nie wolno mi go wpuszczać za próg. Ta sama, która przez pół roku mówiła do mnie jak do sąsiadki z windy. Wysłała mi go. Jak prezent, którego nie potrafiła sama przynieść.
- Ona nie jest zła na panią - powiedział cicho Marek. - Ona jest zła, że pani ze mną potrafi normalnie, a z nią nie. Że ja tu przychodzę i wszystko jest jak dawniej, a ona przyjeżdża i jest sztywno. Ona myśli, że pani ją przez ten rozwód... no, że pani ją ma za winną.
- A nie mam? - zapytałam. I sama się przestraszyłam tego pytania.
Marek nie odpowiedział. Dopił herbatę, spakował wiertarkę i w przedpokoju, wkładając buty, powiedział tylko:
- Niech pani do niej zadzwoni. Ona nie zadzwoni pierwsza. Ona nigdy nie dzwoniła pierwsza. Dziewiętnaście lat to wiem.
Kiedy wyszedł, długo siedziałam przy oknie. Myślałam o tym, że przez te trzy lata ani razu nie zapytałam Agnieszki, jak się czuje. Pytałam o Kubę, o pracę, o to, czy ma ciepłą kurtkę. A ona przyjeżdżała do matki, która co jesień witała w drzwiach jej byłego męża i częstowała go sernikiem, i musiała na to patrzeć jak na wyrok.
Nie byłam po jego stronie. Ale ona nie miała skąd o tym wiedzieć.
Zadzwoniłam o siódmej. Odebrała po czwartym sygnale.
- Mamo? - Głos miała zachrypnięty, jakby długo nic nie mówiła. - Przepraszam. Wszystkiego najlepszego. Ja chciałam, naprawdę, tylko...
- Wiem - powiedziałam. - Marek był. Wieszak mi przykręcił w łazience.
Cisza. Słyszałam, jak w tle szumi czajnik.
- Powiedział ci.
- Powiedział. Aga, pokłócimy się jeszcze nie raz. Ale dzwoń. Proszę cię. Ja mam siedemdziesiąt lat, nie mam już czasu na takie przerwy.
Usłyszałam, że płacze. Cicho, tak jak płakała jako mała dziewczynka, kiedy nie chciała, żeby ktoś zauważył. Rozmawiałyśmy prawie godzinę. O niczym ważnym - o Kubie, o tym, że w Krakowie leje, o przepisie na sernik, który ona zawsze zakalcuje. Na koniec powiedziała, że przyjedzie w czerwcu. Sama, na cały weekend.
Tulipany od Marka stoją w kryształowym wazonie po mamie. W październiku pewnie znowu zadzwoni w sprawie opon. A ja tym razem powiem o tym Agnieszce pierwsza.