Kiedy na emeryturze zaczęłam sprzątać mieszkania, córka prosiła, żebym "nie mówiła ludziom". Od pięciu lat w czwartki sprzątam u pani prezes firmy budowlanej. W październiku córka zadzwoniła, czy nie mogłabym "przy okazji, przez znajomość" zapytać o pracę dla zięcia.

Stałam na drabince w kuchni pani Elżbiety i dopolerowywałam szklany klosz nad stołem, kiedy w kieszeni fartucha zawibrował telefon. Monika. W czwartek o jedenastej Monika nigdy nie dzwoniła. Wiedziała, gdzie wtedy jestem, choć od pięciu lat obie udawałyśmy, że nie wie.

Zeszłam, wytarłam ręce w ściereczkę i odebrałam.

- Mamo, masz chwilę? - Głos miała za wysoki. Takim samym mówiła w podstawówce, kiedy przynosiła uwagę do podpisania.
- Jestem w pracy, Moniś.

- No właśnie. - Pauza. - Bo ty jesteś u tej pani... od budowlanki, tak?
- U pani Sobczak. Czwartek. Przecież wiesz.
- Mamo, a nie mogłabyś tak... przy okazji? Przez znajomość. Zapytać, czy nie szukają kogoś. Dla Pawła.

Patrzyłam na swoje odbicie w drzwiach lodówki. Sześćdziesiąt siedem lat, siwe odrosty, żółte gumowe rękawiczki wystające z kieszeni. "Przez znajomość". Przez pięć lat byłam dla mojej córki tematem, którego się nie porusza przy gościach, a teraz nagle miałam znajomości.

- Ja tu myję okna, dziecko.
- Wiem, mamo. Ale ona cię lubi, sama mówiłaś. Paweł od czerwca nic nie ma. Wysłał chyba czterdzieści CV. - Zamilkła, a potem dodała ciszej: - Rata za mieszkanie jest dwudziestego.

Powiedziałam, że pomyślę. Rozłączyła się, zanim zdążyłam zapytać o dzieci.

Trzydzieści jeden lat przepracowałam w fabryce na Psim Polu, ostatnie piętnaście jako szefowa zmiany. Miałam pod sobą trzy linie i czterdzieści kobiet, a niektóre z moich dziewczyn do dziś kłaniają mi się w tramwaju.

Kiedy przeszłam na emeryturę, okazało się, że emerytura ledwo starcza na czynsz, leki i prezenty dla wnuków. A ja całe życie byłam na nogach od piątej rano i w domu siedzieć nie umiałam. Sąsiadka z czwartego piętra, Krysia, sprzątała po domach od lat i pewnego dnia przy śmietniku rzuciła:

- Lucynka, ty jesteś dokładna jak nikt. Jedna moja pani szuka kogoś na czwartki. Płaci uczciwie, nie zagląda przez ramię.

Tą panią była Elżbieta Sobczak. Firma Sobczak Budownictwo stawia osiedla na Jagodnie i pod Wrocławiem. Duże mieszkanie na Krzykach, rozwiedziona, syn w Londynie, w lodówce zawsze tylko jogurty i musztarda.

Monice powiedziałam przy niedzielnym obiedzie. Odłożyła widelec.

- Mamo, ty? Szefowa zmiany, co rządziła czterdziestoma babami, będzie myła komuś kibel? A jak cię zobaczy któraś z twoich dziewczyn z fabryki? - A potem, już łagodniej: - Dobrze, rób, jak chcesz. Tylko proszę cię, nie mów ludziom.

Nie mówiłam. Na wigilii u rodziców Pawła Monika powiedziała, że "mama dorabia, pomaga znajomej w sklepie". Uśmiechnęłam się i podałam teściowej Pawła pierogi.

A rok później, kiedy ortodonta powiedział, że Kuba musi mieć aparat, a Paweł z Moniką akurat spłacali nowy samochód, położyłam na stole kopertę z sześcioma tysiącami. Monika się rozpłakała, przytuliła mnie i ani razu nie zapytała, skąd je mam. Wiedziała. Po prostu nie chciała tego usłyszeć na głos.

Przez cały weekend po tamtym telefonie nie mogłam spać. Kręciłam się, wstawałam do kuchni, piłam herbatę z cytryną i układałam zdania. "Pani Elżbieto, ja nigdy o nic nie prosiłam, ale...". "Pani Elżbieto, mój zięć jest inżynierem budownictwa...". Każde brzmiało jak żebranie.

Najgorsze było to, że Paweł naprawdę był porządnym chłopakiem. Piętnaście lat w jednej firmie, kierownik robót, ani razu nie podniósł głosu na Monikę. W czerwcu jego firma weszła w restrukturyzację i zwolniła połowę ludzi. Widziałam go na imieninach Zosi - siedział w kącie z telefonem i odświeżał skrzynkę mailową, jakby od tego miało coś przyjść.

W czwartek pani Elżbieta pracowała w domu. Siedziała przy stole w kuchni z laptopem i dwoma telefonami. Kiedy skończyłam łazienkę, zrobiła nam kawę, jak czasem robiła.

- Pani Lucyno, co pani taka cicha dzisiaj? Wnuki zdrowe?

Postawiłam filiżankę. Ręce mi się trzęsły tak, że spodeczek zadzwonił.

- Mój zięć szuka pracy - powiedziałam. Wszystkie przećwiczone zdania gdzieś wyparowały. - Jest kierownikiem robót. Ja nie wiem, czy wypada...

Pani Elżbieta przyglądała mi się chwilę bez słowa.

- Niech wyśle CV do kadr. Normalnie, mailem. Ja to przejrzę, ale niczego nie obiecuję, pani Lucyno. U mnie ludzie nie są z polecenia, tylko z roboty.
- Ja wiem. Dziękuję.

Wróciłam do odkurzacza i odkurzałam ten sam dywan chyba trzy razy.

Paweł dostał zaproszenie na rozmowę po tygodniu. W połowie listopada zaczął pracę jako kierownik budowy na Jagodnie. Monika zadzwoniła z płaczem, mówiła "mamusiu, dziękuję, dziękuję", a ja stałam w przedpokoju i po raz pierwszy od dawna czułam, że do czegoś się przydałam.

Dwa tygodnie później, w niedzielę, przyniosłam do nich sernik. Paweł bawił się z dziećmi w pokoju, a Monika zamknęła drzwi kuchni i długo układała kubki w zmywarce.

- Mamo... - zaczęła, nie odwracając się. - Może byś już tam nie chodziła?

Trzymałam w rękach talerzyk z sernikiem. Widelczyk stuknął o porcelanę.

- Gdzie?
- No do niej. Do Sobczakowej. Paweł się źle z tym czuje. Mówi, że jak ona go mija na budowie, to on nie wie, gdzie oczy podziać. Że wszyscy pomyślą, że dostał pracę przez teściową, która... no wiesz.
- Która myje jej kibel - powiedziałam.

Monika odwróciła się. Twarz miała czerwoną.

- Nie musisz tak mówić.
- A jak mam mówić? Przecież dostał przez nią. Bo ty zadzwoniłaś. Do mnie, w czwartek o jedenastej.

Zapadła cisza. Za ścianą Zosia piszczała ze śmiechu. Monika osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi.

- Ja się nie ciebie wstydzę, mamo - powiedziała w końcu przez palce. - Ja się wstydzę, że ja ci nie umiem pomóc. Że ty w twoim wieku szorujesz cudze podłogi, a ja nawet nie mogę ci powiedzieć "przestań, my ci dołożymy". Bo nie mamy z czego. I wszyscy na to patrzą.

Pogłaskałam ją po włosach, jak kiedyś. Nie powiedziałam nic. Sernik został na blacie nieruszony.

W czwartek pojechałam na Krzyki jak zwykle, tramwajem o ósmej dwadzieścia. Pani Elżbieta jeszcze była w domu, piła kawę na stojąco.

- Pan Paweł dobrze sobie radzi - powiedziała, sięgając po kluczyki. - Kierownik kontraktu mówi, że porządny. Że pierwszy na budowie, ostatni schodzi.
- Córka chce, żebym do pani już nie przychodziła - powiedziałam. Sama nie wiem, czemu. Może dlatego, że od tygodnia nikomu nie mogłam tego powiedzieć.

Odstawiła kubek.

- A pani chce przestać?
- Nie.

Pokiwała głową i przez chwilę patrzyła w okno.

- Moja mama sprzątała biura w Oleśnicy przez dwadzieścia lat. Wieczorami, po swojej pracy. W liceum mówiłam koleżankom, że jest księgową. - Uśmiechnęła się krzywo. - Wstydziłam się jej aż do pogrzebu. Potem już nie było komu powiedzieć, że przestałam.

Wyszła. Słyszałam, jak winda zjeżdża na dół.

Wieczorem napisałam do Moniki SMS-a. Pisałam go godzinę, a wyszły trzy zdania: "Kochanie, w czwartki jestem zajęta. Jak zawsze. W niedzielę przyniosę szarlotkę, bo sernik wam nie zszedł".

Odpisała po północy jednym słowem: "Dobrze". A pod spodem, po kilku minutach: "Kocham cię, mamo".

Nie wiem, czy Paweł kiedyś przestanie spuszczać wzrok na budowie. Nie wiem, czy Monika powie kiedyś przy rodzicach Pawła, czym naprawdę "dorabiam". Może nie powie nigdy.

Ale w każdy czwartek staję na drabince w kuchni na Krzykach i poleruję szklany klosz nad stołem. I patrzę w swoje odbicie trochę dłużej niż kiedyś.