Gaz płaci za mnie córka przez aplikację - co miesiąc daję jej dwieście złotych gotówką, "bo mama się w tym pogubi". W pierwszy zimny poniedziałek października przyszedł pan z gazowni i zakręcił kurek przy liczniku: zaległość od lutego, tysiąc osiemset czterdzieści.

- Zaległość od lutego, proszę pani. Tysiąc osiemset czterdzieści złotych. Mam zlecenie, muszę zamknąć.

Stałam w progu z kubkiem herbaty i nie rozumiałam ani słowa. Mężczyzna w granatowej kurtce z logo gazowni był mniej więcej w wieku mojej córki. Miał czerwone od zimna uszy i patrzył gdzieś ponad moim ramieniem, jakby było mu głupio.

- To jakaś pomyłka - powiedziałam. - Gaz płaci córka. Co miesiąc. Przez aplikację.

- Ostatnia wpłata była w styczniu. - Odwrócił do mnie tablet. - Były wezwania, było powiadomienie o wstrzymaniu. Ja tylko wykonuję zlecenie.

Licznik mam na klatce, w metalowej szafce przy schodach, więc nawet nie musiał wchodzić. Słyszałam, jak zgrzyta zawór, jak szeleści drucik plomby. Potem podsunął mi protokół do podpisu. Podpisałam, bo nie wiedziałam, co innego zrobić. Ręka tak mi drżała, że "Kępa" wyszło jak "Kepa", bez ogonka.

Kiedy zamknęłam drzwi, piecyk w łazience stuknął jeszcze raz i ucichł. Zapaliłam go tego ranka pierwszy raz od wiosny, bo w nocy na szybach samochodów pod blokiem osiadł szron. Teraz w mieszkaniu robiło się cicho w ten szczególny sposób, w jaki robi się cicho, kiedy coś przestaje działać.

Zadzwoniłam do Iwony. Raz, drugi, trzeci. Poczta głosowa. Napisałam SMS: "Zadzwoń. Zakręcili gaz." Doręczono. Bez odpowiedzi.

Usiadłam w kuchni w płaszczu.

Czterdzieści lat uczyłam matematyki w podstawówce na Rakowie. Ułamki, procenty, pociągi wyjeżdżające z Częstochowy i z Katowic o różnych godzinach. Dzieci mówiły na mnie "Kępa-Tablica", bo u mnie wszystko musiało się zgadzać co do grosza. A kiedy trzy lata temu zmarł Zdzisław, okazało się, że nie wiem nawet, jak zapłacić za prąd.

Bo to on płacił. Zawsze. Najpierw chodził na pocztę z plikiem przekazów, potem przesiadł się na komputer, a ja nigdy nie pytałam. Tydzień po pogrzebie Iwona usiadła przy tym samym stole, przy którym teraz siedziałam, rozłożyła rachunki i powiedziała:

- Mamuś, zrobimy tak. Ja wszystko podepnę u siebie, ty mi dajesz gotówkę i masz spokój. Po co ci to, jeszcze się w tym pogubisz.

Powiedziała to tak ciepło, że nie umiałam się obrazić. Od tamtej pory co miesiąc, zaraz po emeryturze, odliczałam dwieście złotych do białej koperty i wsuwałam ją Iwonie do torebki, kiedy wpadała w niedzielę na obiad. Czasem dokładałam jeszcze słoik bigosu dla Kuby.

Siedziałam w wychładzającej się kuchni i nagle zaczęły mi wracać rzeczy, którym wcześniej nie poświęciłam ani jednej myśli.

W kwietniu przyszło awizo. Odebrałam na poczcie list polecony z gazowni i oddałam go Iwonie w niedzielę, razem z kopertą. Przeleciała go wzrokiem i schowała do torebki.

- Błąd w systemie, mamo. Już wyjaśniłam na infolinii.

We wrześniu przyszedł drugi. Tego nawet nie otworzyła.

- Oni zawsze tak straszą. Nie przejmuj się.

I jeszcze jedno. Od wiosny Iwona przestała zostawać na obiedzie. Wpadała na pół godziny, piła herbatę na stojąco, co chwilę zerkała w telefon. Myślałam - zmęczona, sklep, inwentaryzacje, Kuba na pierwszym roku w Krakowie. Ma swoje.

Miała swoje. Tylko nie wiedziałam, ile.

Nie czekałam na telefon. Wzięłam protokół, dowód osobisty i autobusem pojechałam do centrum, do biura obsługi klienta. Młoda dziewczyna za szybą wydrukowała mi całą historię konta. Mówiła powoli, jakby tłumaczyła starszej pani, i pierwszy raz w życiu pomyślałam, że może rzeczywiście jestem starszą panią.

Ostatnia wpłata - styczeń. Dwa wezwania do zapłaty. We wrześniu powiadomienie o zamiarze wstrzymania dostaw, czternaście dni na uregulowanie. Faktury elektroniczne szły na adres mailowy. Dziewczyna przeczytała go na głos. To był adres Iwony.

- Jeśli pani dziś zapłaci, po zaksięgowaniu zlecimy ponowne podłączenie. Zwykle dwa, trzy dni robocze. Jest jeszcze opłata za wznowienie.

Poszłam do banku i przelałam wszystko z oszczędności, które odkładałam na sanatorium. Pani w okienku zapytała, czy na pewno chcę wysłać tak dużą kwotę do gazowni, czy nikt mnie do tego nie namawiał przez telefon. Prawie się roześmiałam.

Iwona przyszła wieczorem, przed siódmą. Otworzyła swoim kluczem, jak zawsze. Stanęła w drzwiach kuchni i zobaczyła mnie w płaszczu, przy czajniku elektrycznym, z wydrukiem z gazowni na ceracie.

Długo nic nie mówiła. Potem usiadła naprzeciwko, nie zdejmując kurtki.

- Mamo, ja chciałam oddać.

- Ile miesięcy chciałaś?

Spuściła głowę. I wtedy to wyszło, kawałek po kawałku, chaotycznie, bez porządku. Że w styczniu Grzegorzowi obcięli godziny w hurtowni. Że pokój Kuby w Krakowie podrożał od nowego semestru, a stypendium nie dostał. Że pierwszą kopertę ode mnie wzięła "tylko na chwilę", na czynsz za ten pokój, bo była pewna, że w lutym nadrobi. W lutym nie nadrobiła. W marcu też nie.

- Każdego miesiąca myślałam: w przyszłym. A potem było już tyle, że nie umiałam ci powiedzieć. Te listy... Mamo, ja je wyrzucałam w klatce, do kosza na makulaturę.

- Dlaczego nie przyszłaś do mnie?

Podniosła na mnie oczy. Czerwone, zmęczone, starsze niż jej czterdzieści cztery lata.

- Bo ty byś pomogła. A to ja miałam pomagać tobie. Od taty. Ja miałam być ta, która ogarnia.

Chciałam krzyczeć. Naprawdę chciałam. O szron na szybach, o podpis bez ogonka, o dziewczynę za szybą, która mówiła do mnie jak do dziecka. Ale patrzyłam na nią i widziałam, że ona nosi ten wstyd od lutego. Osiem miesięcy. Ja nosiłam go od dziewiątej rano.

- Iwona - powiedziałam w końcu. - Ja przez czterdzieści lat tłumaczyłam ludziom ułamki. Myślisz, że nie zrozumiałabym, że wam brakuje?

Rozpłakała się. Ja nie. Jeszcze nie.

Gaz wrócił w środę po południu. Pan w granatowej kurtce zdjął plombę, kiwnął mi głową na klatce i powiedział, że dobrze, że tak szybko. Jakbym zdała jakiś egzamin.

W niedzielę Iwona przyszła na obiad i została do końca. Po rosole poprosiłam, żeby pokazała mi tę aplikację. Ale nie u siebie - u mnie, na moim telefonie. Siedziałyśmy nad nim prawie godzinę. Okulary zjeżdżały mi z nosa, dwa razy wpisałam złe hasło, raz Iwona chciała mi zabrać telefon z ręki, a ja go nie oddałam.

Ustaliłyśmy, że odda, ile da radę i kiedy da radę. I że powie mi, kiedy nie da. Powiedziałam też, że w listopadzie dołożę się do pokoju Kuby. Nie z litości. Z tego samego powodu, dla którego ona trzy lata temu wzięła ode mnie rachunki.

Teraz faktury przychodzą na mój telefon. Sprawdzam je powoli, z okularami na czubku nosa, i jeszcze ani razu się nie pogubiłam.

Pogubiłyśmy się wcześniej. Obie. Każda w swoim milczeniu.