Syn poprosił o trzy tysiące na czynsz, "bo do wypłaty nie starczy, mamo". Dałam z tego, co odkładam na pogrzeb. W czwartek jego teściowa w przychodni pokazała mi w telefonie zdjęcia: cała rodzina w Turcji, z basenem, "wrócili w niedzielę, wnuki opalone jak nigdy".
Doktor Wójcik miał czterdzieści minut spóźnienia i Bożena zdążyła mi już opowiedzieć o swoim kolanie, o sąsiadce z czwartego piętra i o tym, że truskawki na Górniaku chodzą po trzydzieści złotych, zanim wyjęła z torebki telefon.
- Lucyna, no musisz to zobaczyć! - przysunęła się do mnie na plastikowym krzesełku tak blisko, że poczułam jej perfumy. - Patrz, jaki basen. A tu Oliwka na zjeżdżalni. A tu Kubuś, widzisz, jak mu nos spaliło?
Patrzyłam. Mój wnuk w kąpielówkach w rekiny, z lodem w ręku. Moja synowa w słomkowym kapeluszu. Mój syn, Grzesiek, opalony na brąz, z kolorową opaską na nadgarstku, taką, jaką dają w hotelach, gdzie wszystko jest wliczone w cenę. Za nimi palmy i woda tak niebieska, jakiej w życiu nie widziałam na żywo.
- Turcja - powiedziała Bożena z dumą, jakby to ona ich tam zawiozła. - Wrócili w niedzielę. Wnuki opalone jak nigdy. To Grzesiek ci nie pokazywał?
- Nie zdążył - usłyszałam własny głos. Spokojny. Obcy.
- A, chłopy. Mój Witek też nigdy nic nie pokazywał, wszystko trzeba z niego wyciągać.
Wtedy z gabinetu wychyliła się pielęgniarka i zawołała moje nazwisko. Wstałam, wzięłam torebkę i weszłam. Doktor zmierzył mi ciśnienie i zmarszczył brwi.
- Sto sześćdziesiąt na sto. Pani Lucyno, pani się czymś denerwuje?
- Nie - powiedziałam. - Wcale.
Dwa tygodnie wcześniej Grzesiek siedział w mojej kuchni na Widzewie, na tym samym taborecie, na którym jako dziesięciolatek odrabiał matematykę. Kręcił w palcach łyżeczką od herbaty i nie patrzył mi w oczy.
- Mamo, głupio mi, naprawdę. Ale potrzebuję trzy tysiące na czynsz. Do wypłaty nie starczy, a spółdzielnia już raz przysłała upomnienie.
- Co się stało?
- Nic się nie stało. Agnieszce w sklepie obcięli godziny, u mnie w firmie przesunęli premię... Oddam w czerwcu. Najpóźniej w lipcu.
Nie dopytywałam. Poszłam do pokoju, otworzyłam meblościankę i wyjęłam z dolnej szuflady puszkę po duńskich ciasteczkach. Na wieczku, na pasku przylepca, sama kiedyś napisałam długopisem: "POGRZEB". Odliczyłam trzydzieści stuzłotówek i wróciłam do kuchni.
- Mamo, nie, z tego nie - zaczął, kiedy zobaczył puszkę.
- Wiem, na co to jest. Bierz.
W drzwiach, już w kurtce, rzucił jeszcze:
- Na majówkę jedziemy do teściów na działkę. Tam zasięg słaby, więc nie panikuj, jak nie odbiorę.
Nie panikowałam. Przez cały tydzień dostałam jednego SMS-a: "Wszystko ok, buziaki od dzieci". Uśmiechnęłam się nad nim i pomyślałam, że dobrze chociaż, że dzieciaki złapią trochę powietrza, skoro w domu tak ciężko.
Z przychodni wracałam pieszo, chociaż autobus podjechał pod sam przystanek. Bzy kwitły przy każdym bloku, pachniało tak, że w innym dniu stanęłabym i wąchała. A ja szłam i liczyłam. Ile kosztuje taki hotel na cztery osoby? Sąsiadka z parteru mówiła, że jej córka za Egipt dała kilkanaście tysięcy. Kilkanaście. A on przyszedł do mnie po trzy.
Odkładałam od śmierci Zdzisława. Sześć lat temu okazało się, że na koncie mamy tyle, co kot napłakał, a zasiłek z ZUS-u nie pokrył nawet połowy pogrzebu. Grzesiek wziął wtedy pożyczkę. Nie powiedział mi - sama się domyśliłam, kiedy przez rok chodził w tych samych rozklejonych butach.
Stałam nad grobem męża i obiecałam sobie: mnie mój syn nie będzie chował na kredyt. Z każdej emerytury, która i tak ledwo starczała na rachunki i leki, odkładałam choćby stówkę. Przez sześć lat uzbierało się sporo. Teraz było o trzy tysiące mniej.
Nie zadzwoniłam. Bo co miałabym powiedzieć? "Okłamałeś mnie"? Powiedziałby, że nie, że czynsz naprawdę był. A potem przez miesiąc by nie przychodził. Znam go. Na niedzielę i tak byli zaproszeni na obiad, rosół i schabowe, jak co drugi tydzień.
W sobotę w nocy nie mogłam spać. Wyjęłam z albumu zdjęcie z Łeby. Jedyny raz, kiedy byliśmy razem nad morzem - ośrodek zakładowy, Grzesiek miał osiem lat i przez cały tydzień padało. Pamiętam, jak w pociągu powrotnym zapytał: "Mamo, a czemu Kamil z bloku leci do Bułgarii samolotem, a my nie?".
A ja, zmęczona po trzeciej z rzędu nocnej zmianie w fabryce, odpowiedziałam mu: "Bo ojciec Kamila kombinuje. A my jesteśmy uczciwi. U nas się nie jeździ, u nas się odkłada". Wtedy wydawało mi się, że uczę go czegoś mądrego.
W niedzielę pierwszy wpadł Kuba. Brązowy jak orzech, z białym paskiem na czole od czapki.
- Babciu! Mam coś dla ciebie! Kupiłem za swoje kieszonkowe!
Wcisnął mi w dłoń magnes. Gliniany żółw na tle morza i napis: "Alanya".
Grzesiek zamarł w przedpokoju z jedną ręką w rękawie kurtki. Agnieszka spojrzała na niego, potem na mnie, potem znowu na niego. I zrozumiałam, że ona nie wiedziała. Myślała, że teściowa wie, skąd te pieniądze i dokąd poszły.
- Nie powiedziałeś mamie? - spytała cicho.
- Piękny, Kubuś - przerwałam. - Powieszę na lodówce. Zdejmę Częstochowę, wisi tam już dwadzieścia lat, niech odpocznie.
Obiad zjedliśmy prawie w milczeniu. Tylko Oliwia opowiadała o animatorze, który mówił po polsku "dzień dobry" i "kurczę", i o tym, że w pokoju był balkon z widokiem na góry. Słuchałam. Kiwałam głową. Dokładałam ziemniaków.
Grzesiek został pomóc przy zmywaniu. Agnieszka zabrała dzieci na plac zabaw, chyba specjalnie. Stałam przy zlewie w żółtych rękawiczkach, on wycierał talerze.
- Bożena pokazała mi zdjęcia - powiedziałam, nie odwracając się. - W czwartek. W przychodni.
Talerz stuknął o blat.
- Mamo...
- Ja nie pytam, czemu pojechaliście. Pytam, czemu mi nie powiedziałeś.
Długo nie odpowiadał. Woda kapała z kranu.
- Bo byś powiedziała, że jak na Turcję jest, to na czynsz też ma być.
- Bo to prawda.
- No właśnie. - Zaśmiał się, ale nie było w tym nic wesołego. - Kupiliśmy w styczniu, w promocji, na raty bez procentu. Potem Agnieszce obcięli godziny i raty zjadły wszystko. Czynsz był naprawdę, mamo. Nie kłamałem, że brakuje.
- Kłamałeś, na co brakuje.
Odłożył ścierkę.
- Oliwia jest jedyna w klasie, która nigdy nie leciała samolotem. Na angielskim mieli napisać o wakacjach za granicą. Wiesz, o czym napisała? O Łebie u dziadków. Pani postawiła jej trójkę, bo "to nie za granicą". Przyszła do domu i płakała w łazience, żebyśmy nie słyszeli.
Zdjęłam rękawiczki. Ręce mi się trzęsły i nie wiedziałam, czy ze złości, czy z czegoś innego.
- A Bożenie powiedziałeś.
- Bożena dała dzieciom na kieszonkowe i pytała, czy mają krem z filtrem. - Spojrzał na mnie wreszcie. - Ty byś zapytała, ile to kosztowało.
Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i nic z nich nie wyszło. Bo zapytałabym. Pierwsze, co bym zrobiła, to zapytała, ile. A potem bym mu przypomniała o pożyczce po ojcu, o butach, o tym, że trzeba odkładać. I miałabym rację. I on wolał mnie okłamać, niż jeszcze raz usłyszeć, jak mam rację.
Siedzieliśmy potem przy kuchennym stole, każde nad swoją zimną herbatą. Za oknem Kuba krzyczał coś z huśtawki.
- Oddasz w lipcu - powiedziałam w końcu. - Tak jak mówiłeś.
- Oddam.
- I następnym razem zdjęcia najpierw pokazujesz mnie. Nie Bożenie. Mnie.
Kiwnął głową. Wyszedł bez słowa, ale w drzwiach przytulił mnie mocniej niż zwykle, tak jak przytulał, kiedy był mały i coś zbroił.
Wieczorem przypięłam żółwia na lodówce. Częstochowę włożyłam do szuflady. Potem wyjęłam z meblościanki puszkę, policzyłam pieniądze jeszcze raz i wzięłam długopis. Pod słowem "POGRZEB" dopisałam małymi literami: "i morze".
Kuba mówi, że w Alanyi woda jest ciepła jak w wannie. Mam sześćdziesiąt sześć lat i chyba pora sprawdzić to samej.