Mąż umarł w lutym. Wnuczka zgrywała mi zdjęcia z jego telefonu, "żeby babcia miała na pamiątkę", i znalazła album "Hel": każdy lipiec od 2012 roku, plaża, ten sam koc w kratę. W lipcu mąż jeździł na zjazd emerytów kolejarzy do Częstochowy. Mówił, że mnie by tam nudziło.
- Babciu, a kiedy wy byliście na Helu?
Zuzia siedziała na moim tapczanie z laptopem na kolanach, a od laptopa do telefonu Zdziśka ciągnął się biały kabel. Ja nalewałam herbatę do szklanek w metalowych koszyczkach, tych samych, z których piliśmy od wesela. Odstawiłam dzbanek i się zaśmiałam.
- Na Helu? Dziecko, ja nad morzem ostatni raz byłam na koloniach w siedemdziesiątym szóstym.
- To kto tu jest? - Odwróciła ekran w moją stronę.
Nie zobaczyłam najpierw plaży. Ani wydm, ani mew, ani tego, że słońce świeci tam jakoś bielej niż w Łodzi. Zobaczyłam koc. Zielono-bordową kratę z frędzlami, przypaloną w jednym rogu żelazkiem, bo w osiemdziesiątym dziewiątym prasowałam na nim pościel i zagadałam się z sąsiadką przez balkon. Koc po mojej mamie. Ten, który zniknął z szafy w dwunastym roku i o który przez pół roku miałam cichy żal do synowej.
Na kocu siedział Zdzisiek. W tej swojej białej czapce z daszkiem, z podwiniętymi nogawkami, zmrużony od słońca. Uśmiechał się do kogoś, kto trzymał telefon.
- Tu jest cały album - mówiła Zuzia coraz ciszej. - Nazywa się "Hel". Dwa tysiące dwanaście, trzynaście, czternaście... Babciu, tu jest każdy rok.
Usiadłam obok niej. Herbata stygła.
Zdzisiek umarł w lutym, w nocy, we własnym łóżku, obok mnie. Lekarz z pogotowia powiedział "serce" i dodał, że tak to by każdy chciał odejść. Telefon przez dwa miesiące leżał w szufladzie meblościanki, razem z jego zegarkiem i portfelem. Nie umiałam go ruszyć.
Dopiero Zuzia, ta nasza siedemnastoletnia mądrala, powiedziała, że zgra mi zdjęcia, żebym miała na pamiątkę, zanim telefon się do końca rozładuje i coś przepadnie. Kod znalazłam w zeszycie przy starym telefonie stacjonarnym.
Zdzisiek zapisywał tam wszystko: numer do przychodni, imieniny szwagra, PIN-y. Był maszynistą, przez trzydzieści osiem lat jeździł według rozkładu i w domu też musiał mieć wszystko w rubryczkach.
I ten człowiek, który nie umiał wysłać zdjęcia wnuczce bez trzech telefonów do syna, założył album. Podpisał go. Ułożył po latach.
Wzięłam od Zuzi laptopa.
Dwa tysiące dwanaście - sam Zdzisiek. Na kocu, na falochronie, przy smażalni z rybą na papierowym talerzyku. Dwa tysiące trzynaście - obok jego czapki leżał na kocu słomkowy kapelusz. Damski.
Dwa tysiące piętnaście - kobieca ręka z obrączką nalewała herbatę z termosu do plastikowego kubka. Dwa tysiące osiemnaście - ona cała. Szeroka w biodrach, w sukience w maki, z krótkimi siwymi włosami, które wiatr podwiewał do góry. Śmiała się, z głową odchyloną do tyłu.
Nie była młodsza ode mnie. Nie była ładniejsza. Mogłaby stać za mną w kolejce w Biedronce i nawet bym jej nie zauważyła.
To bolało najbardziej.
Bo co lipiec Zdzisiek pakował walizkę na zjazd. Najpierw spotkanie emerytów kolejarzy w Częstochowie, potem rekolekcje, potem wycieczka autokarem po Jurze. Dwa tygodnie.
- Lucynko, ciebie by tam zanudzili na śmierć - mówił, składając koszule. - Same wspominki o parowozach i kto komu w osiemdziesiątym roku podebrał premię.
A ja się nawet cieszyłam. W lipcu była działka, pomidory, ogórki do słoików, wiśnie na nalewkę. Dopóki pracowałam jako szefowa zmiany w zakładach cukierniczych, lipiec to były jeszcze nadgodziny przy lodach. Dwa tygodnie bez nikogo, kto pyta, co na obiad, to był dla mnie urlop.
Wracał opalony.
- W Częstochowie też słońce świeci - śmiał się, jak mu mówiłam, że wygląda jak po wczasach.
A ja potem, rozpakowując walizkę, wytrząsałam mu piasek z butów. Sama, szczotką na szufelkę. Myślałam, że to z alejek na Jasnej Górze.
Czternaście razy wytrząsałam ten piasek.
- Babciu - Zuzia dotknęła mojej ręki. - Ja mogę to wszystko usunąć. Nikt nie musi wiedzieć. Ani tata, ani nikt.
Spojrzałam na nią. Miała łzy w oczach i zaciśnięte usta, zupełnie jak jej dziadek, kiedy się zawziął.
- Zostaw. Idź do domu, dziecko. Ja sobie poradzę.
Nie spałam tej nocy. Siedziałam w kuchni z jego telefonem i - Boże, wstyd mi to pisać - czytałam. Kontakt nazywał się "Basia H.". Ostatnia wiadomość od Zdziśka była z końca stycznia: "Basiu, w lipcu jak zawsze. Kup te śledzie co w zeszłym roku, były dobre".
Potem już tylko ona. Czternastego lutego: "Zdzisiu, wszystko dobrze?". W marcu: "Odezwij się chociaż słowem". I ostatnia, z początku kwietnia: "Wiem, że nie mogę dzwonić. Ale jak coś się stało, niech mi ktoś powie. Ja tylko chcę wiedzieć".
Ona nie wiedziała. Dwa miesiące pisała do zmarłego człowieka, a ja w tym czasie przyjmowałam kondolencje od sąsiadów.
I wtedy, w tej kuchni, o trzeciej nad ranem, przypomniałam sobie coś, czego wcale nie chciałam pamiętać.
- Pojedźmy kiedyś nad morze, Lucynko. Choć raz. Na tydzień.
Mówił to co roku. W dziewięćdziesiątym, w dwutysięcznym, w dwa tysiące dziesiątym. A ja co roku miałam odpowiedź: a działka? a kto podleje? a za co? a po co, przecież nad morzem zimno i tłok. Nie mówiłam tego złośliwie. Tak po prostu było, ktoś w tym domu musiał liczyć.
W dwa tysiące jedenastym dostał skierowanie z NFZ do sanatorium w Ciechocinku. Wrócił jakiś cichszy. I przestał pytać o morze.
Myślałam, że mu przeszło.
Trzy dni nosiłam się z tym telefonem. Synowi nie powiedziałam - Tomek by wszystko "załatwił", po swojemu, głośno. W sobotę pojechałam na działkę, bo w bloku miałam wrażenie, że ściany słuchają. Stanęłam przy altance, oparłam się o siatkę i wybrałam numer.
Odebrała po pierwszym sygnale.
- Zdzisiu?
Tyle nadziei w jednym słowie. Musiałam przełknąć, zanim się odezwałam.
- Tu Lucyna. Żona Zdzisława. Zdzisiek nie żyje. Od lutego.
Długo nic. W tle krzyczały mewy. Potem usłyszałam, jak siada, ciężko, na czymś, co skrzypnęło.
- Przepraszam - powiedziała w końcu. - Dziękuję, że pani zadzwoniła. Pani wcale nie musiała.
- Nie musiałam - przyznałam. - Ale pani pisała. Ktoś powinien odpowiedzieć.
Opowiedziała mi wszystko, bez wykręcania się, jakby od lat wiedziała, że ta rozmowa kiedyś przyjdzie. Barbara, wdowa od dwa tysiące dziewiątego, wynajmuje pokoje w Jastarni. Poznali się w Ciechocinku, przy jednym stoliku na stołówce. Rok później przyjechał.
- Ja nigdy nie chciałam, żeby on od pani odszedł - mówiła. - Zresztą by nie odszedł, ja to wiedziałam. On o pani cały czas mówił. Że pani ogórki są najlepsze w Łodzi. Że pani wszystko trzyma w garści i bez pani to by się dom rozsypał.
- To po co jeździł?
Zawahała się.
- Mówił, że w domu jest potrzebny. A u mnie był... chciany. Głupio to brzmi, wiem.
Nie brzmiało głupio. I to było najgorsze.
- A koc? - zapytałam.
- Przywiózł pierwszego roku. Powiedział, że chce mieć coś z domu. Odeślę go pani, jak pani sobie życzy.
Patrzyłam na rządek wysianej rzodkiewki, na konewkę Zdziśka przy beczce. Czterdzieści cztery lata. I czternaście lipców, których nie było w moim życiu, chociaż on cały czas siedział na kawałku mojego domu.
- Niech pani odeśle - powiedziałam.
Paczka przyszła w maju. Koc pachniał morzem i cudzym proszkiem do prania. Wyprałam go dwa razy. Przypalony róg został, bo takie rzeczy się nie spierają.
W lipcu pierwszy raz od czterdziestu ośmiu lat pojechałam nad morze. Do Łeby, z Zuzią, pociągiem, na tydzień. Na Hel nie - Hel był jego. Rozłożyłam koc na piasku, Zuzia zrobiła mi zdjęcie i założyła w moim telefonie album.
Nazwałam go "Łeba". Rok pierwszy.