Kiedy syn się rozwiódł, zapowiedział, że jeśli będę się widywać z Agatą, "to znaczy, że wybrałaś ją". Agata i tak co miesiąc wozi mnie do okulisty i zostaje na kawę. W lutym złamałam rękę. Przez cały luty zupę w słoiku przywoziła mi jedna osoba.

Słoik stał na środkowej półce lodówki, między masłem a resztką kiełbasy. Zwykły słoik po ogórkach, z czerwoną nakrętką i kawałkiem papierowej taśmy przyklejonej z boku. Na taśmie niebieskim długopisem, drobnym, pochyłym pismem: "Żurek. Czwartek. Podgrzać, nie gotować!".

Grzegorz trzymał go w ręce i patrzył na to pismo tak, jak się patrzy na twarz kogoś, kogo dawno się nie widziało.

Siedziałam przy stole z prawą ręką w gipsie na temblaku i liczyłam w głowie, ile słoików schowałam rano do szafki pod zlewem. Siedem? Osiem? Tego jednego najwyraźniej przeoczyłam.

- Mama sama ugotowała? - zapytał, nie odwracając się.

Mogłam skłamać. Przez cały luty kłamałam przecież gładko, przez telefon, wieczorami: że sąsiadka pomaga, że zamawiam obiady, że daję sobie radę lewą ręką. Ale z lewą ręką nie da się napisać "Podgrzać, nie gotować" tak równo. On to wiedział. Ja wiedziałam, że on wie.

- Nie - powiedziałam. - Nie sama.

Odstawił słoik na blat. Bardzo ostrożnie, jakby był ze szkła cieńszego niż zwykle.

Półtora roku wcześniej stał w tej samej kuchni, w tej samej kurtce, i mówił szybko, za szybko, jak zawsze, kiedy coś go bolało. Że papiery podpisane, że bez orzekania o winie, bo po co się szarpać. Że mieszkanie na Zaodrzu sprzedają, a on zostaje na stałe we Wrocławiu, i tak tam pracował od lat. Wtedy, przy drzwiach, już w butach, dodał:

- I jeszcze jedno, mamo. Jeśli będziesz się z nią widywać, to znaczy, że wybrałaś ją.

Nie krzyczał. To było gorsze niż krzyk. Powiedział to tak, jakby czytał regulamin.

Nie odpowiedziałam. Kiwnęłam głową, a on uznał to za zgodę.

Tymczasem od czterech lat co miesiąc dostaję zastrzyk w oko. Brzmi to gorzej, niż jest - w szpitalu na oddziale okulistycznym robią to w kilka minut, ale potem przez pół dnia widzę jak przez zaparowaną szybę i nie przejdę sama przez jezdnię. Zdzisław nie żyje od dziewięciu lat. Grzegorz zawsze był we Wrocławiu. To Agata pierwsza powiedziała: "Ja mamę zawiozę, mam wolne przedpołudnia w środy". Pracowała w aptece na zmiany, układała sobie grafik pod moje oko. Cztery lata.

Tydzień po rozwodzie zadzwoniła.

- Pani Halino, środa, dziewiąta, jak zawsze?

I ja, kobieta, która przez dwadzieścia pięć lat prowadziła sklep spożywczy na osiedlu i nigdy nie dała sobie wcisnąć przeterminowanego towaru, powiedziałam cicho: "Jak zawsze". A synowi nie powiedziałam nic.

Więc jeździłyśmy. Po zastrzyku Agata prowadziła mnie pod łokieć do samochodu, potem do mnie na górę, robiła kawę z ekspresu przelewowego, który mi kiedyś kupili na imieniny, i siedziała godzinę. O Grzegorzu nie rozmawiałyśmy. Raz tylko, przy drugiej kawie, powiedziała, patrząc w okno:

- Ja go nie przestałam lubić. Ja przestałam z nim żyć. To nie to samo.

Nie dopytywałam. Czternaście lat małżeństwa, z czego ostatnie pięć na dwa miasta, weekendy jak z kalendarza, rozmowy o rachunkach. Nie trzeba być mądrą, żeby zrozumieć, jak to się wypala.

Czwartego lutego poszłam wyrzucić śmieci. Przy altanie śmietnikowej było szkło lodu pod cienką warstwą śniegu. Pamiętam tylko dźwięk - suchy, jak łamana gałązka - i to, że nie mogłam wstać, bo nie miałam się na czym podeprzeć. Podniósł mnie chłopak z trzeciej klatki. Na SOR-ze powiedzieli: złamanie nadgarstka, gips na sześć tygodni.

Grzegorz zadzwonił wieczorem. Był przerażony, słyszałam to, choć mówił rzeczowo. Że od listopada ma nową pracę, okres próbny, nie może teraz brać urlopu. Że przeleje mi pieniądze na catering. Że jak trzeba, to zamówi mi zakupy przez internet.

Catering przyjechał dwa razy. Pudełka z plastiku, kotlet jak podeszwa, ziemniaki z proszku. Trzeciego nie otworzyłam.

Agata przyjechała szóstego lutego, bez dzwonienia. Stała w drzwiach z siatką, w siatce trzy słoiki owinięte ręcznikiem, jeszcze ciepłe.

- Rosół, pomidorowa i krupnik - powiedziała. - Krupnik jest na jutro, bo zgęstnieje.

Potem przychodziła co dwa dni. Czasem tylko na kwadrans, przed popołudniową zmianą. Zabierała puste słoiki, zostawiała pełne. Umyła mi głowę nad wanną, bo jedną ręką się nie dało. Pokroiła chleb na cały tydzień i zamroziła w kromkach. Nie mówiła nic wielkiego. Nie musiała.

A ja wieczorami odbierałam telefon od syna i mówiłam: "Daję radę, synku".

Grzegorz przyjechał raz, w ostatnią niedzielę lutego. Przywiózł mandarynki i nowy czajnik, bo stary przeciekał. I otworzył lodówkę.

Teraz stał z tym żurkiem na blacie, a ja czekałam. Na wybuch, na trzaśnięcie drzwiami, na "czyli jednak wybrałaś". Słyszałam tykanie zegara nad drzwiami i to, jak w rurze za ścianą szumi woda u sąsiadów.

- Wiem - powiedział w końcu.

Myślałam, że się przesłyszałam.

- Co wiesz?

Usiadł naprzeciwko mnie. Wyciągnął telefon, przewinął coś kciukiem i położył go na ceracie, ekranem do mnie. Litery były dla mnie za małe, ale nie musiałam czytać. Rozpoznałam imię u góry.

- Napisała do mnie po tygodniu - powiedział cicho. - Że mama ma rękę w gipsie i że ona wozi zupy. I że nie muszę nic odpisywać.

- I odpisałeś?

- Napisałem "dziękuję". - Potarł twarz dłońmi. - A potem pisałem co kilka dni. Czy mama je. Czy gips nie uciska. Czy ktoś pomaga przy kąpieli.

Patrzyłam na niego. Na mojego czterdziestodwuletniego syna, który w dzieciństwie chował złe oceny pod wycieraczką, bo wolał, żebym je sama znalazła, niż żeby musiał mi je pokazać.

- Grzesiu. To po co mi kazałeś wybierać?

Długo milczał. Za oknem ktoś odśnieżał samochód, skrobaczka zgrzytała o szybę.

- Bo się bałem - powiedział wreszcie. - Że jak ty z nią będziesz piła kawę, to w końcu przyznasz jej rację. Że to ze mną było coś nie tak. Że to ja nie przyjeżdżałem, ja nie dzwoniłem, ja byłem zawsze "w pracy".

Wskazał głową lodówkę.

- I miałem rację. Zobacz. Ona tu jest co dwa dni. A ja przywiozłem czajnik.

Nie powiedziałam mu, że się myli. Bo trochę się nie mylił. I nie powiedziałam, że ma rację, bo to też nie byłoby całą prawdą. Wstałam, podeszłam do szafki pod zlewem i lewą ręką wyjęłam z niej osiem pustych, wymytych słoików. Ustawiłam je na stole jeden obok drugiego.

- To nie jest wyścig, synku - powiedziałam. - Ona woziła zupy. Ty siedziałeś we Wrocławiu i pytał, czy jem. Ja przez miesiąc kłamałam ci w żywe oczy. Nikt tu nie wygrał.

Gips zdjęli mi dziesiątego marca. Ręka jest jeszcze słaba, ale nóż już utrzymam.

W następną środę, przed okulistą, Agata wniosła na górę pustą siatkę po słoiki. Wydałam jej osiem. Dziewiąty był pełny - pomidorowa, pierwsza, jaką ugotowałam po sześciu tygodniach. Zjadłyśmy po talerzu przy kawie.

Dziesiąty słoik, taki sam, stoi teraz w mojej zamrażarce, z kawałkiem taśmy przyklejonej z boku. Napisałam na niej lewą ręką, krzywo, ale czytelnie: "Dla Grzesia. Na Wielkanoc. Podgrzać, nie gotować".

Jeszcze nie wiem, czy przyjedzie. Ale słoik czeka. Słoiki mają to do siebie, że wracają.