Syn namówił mnie, żebym sprzedała garaż po ojcu, bo "tylko podatek od niego płacisz, mamo". Pieniądze przelałam mu na wkład. W niedzielę pokazał rzut nowego mieszkania: salon, sypialnia, pokój dziecka i gabinet - "dla taty Marty, bo pracuje zdalnie".
Bartek rozłożył rzut mieszkania na stole tak szeroko, że róg kartki zamoczył się w moim rosole. Nawet tego nie zauważył.
- Patrz, mamo. Tu salon, z wyjściem na balkon. Tu nasza sypialnia. Tu pokój Hani, okno na wschód, będzie miała słońce od rana. A tu... - stuknął palcem w mały prostokąt przy wejściu - gabinet.
- Gabinet? - odsunęłam talerz. - A ty od kiedy pracujesz w domu?
- Nie ja. To dla taty Marty. On pracuje zdalnie, projektuje instalacje, potrzebuje ciszy.
Marta uśmiechnęła się do mnie znad kubka, trochę dumnie, trochę jakby przepraszała. Hania wydłubywała łyżką marchewkę z dna miseczki. A ja patrzyłam na ten prostokąt narysowany cienką czarną linią i liczyłam w głowie. Cztery pokoje. Ani jednego, w którym ktokolwiek pomyślał o mnie.
Pięćdziesiąt dwa tysiące złotych. Tyle przelałam Bartkowi trzy tygodnie wcześniej. Tyle był wart murowany garaż mojego taty w ciągu garaży za blokami na Bocianku.
- A ja gdzie będę spała, jak przyjadę do Hani? - zapytałam. Lekko, jakby żartem.
- Mamo, kanapa w salonie się rozkłada. Wygodna, sprawdzałem w sklepie.
Marta spuściła wzrok na obrus. Zapamiętałam to spuszczenie wzroku, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co znaczy.
Jeszcze w lutym Bartek siedział u mnie w kuchni i mówił tym swoim spokojnym, rozsądnym głosem, którym pewnie rozmawia z klientami w banku:
- Mamo, po co ci to? Samochodu nie masz od lat, dziadek nie żyje od jedenastu, a ty tylko podatek od niego płacisz. I dach ci tam cieknie. Gdybyś sprzedała, moglibyśmy wziąć większe mieszkanie. Hania miałaby swój pokój.
Dach rzeczywiście ciekł w rogu, nad regałem, na którym stały słoiki taty ze śrubkami, posegregowanymi według rozmiaru. Podatek wynosił kilkadziesiąt złotych rocznie, płaciłam go w dwóch ratach i nigdy nie uważałam tego za ciężar. Ale "Hania miałaby swój pokój" - na to nie umiałam nic odpowiedzieć.
Kupił pan Zbigniew z sąsiedniego bloku, dla wnuka. W kwietniu podpisaliśmy u notariusza na Sienkiewicza. Dzień przed podpisaniem poszłam do garażu ostatni raz. Pachniało smarem i starymi gazetami. Wzięłam tylko jeden słoik ze śrubkami i kombinerki taty z czerwonymi rączkami, owiniętymi taśmą izolacyjną. Resztę zostawiłam panu Zbigniewowi. Ręce mam od trzydziestu lat w ziemi w szkółce roślin w Masłowie, wiem, że nie wszystko da się przesadzić.
Po tamtej niedzieli Bartek nie dzwonił. Zwykle dzwonił w środy, wracając z pracy. W środę zadzwoniłam więc ja, ale odebrała Marta - Bartek był pod prysznicem.
- Marta, co kupić Hani na urodziny? Nie chcę dublować prezentów - zapytałam.
- Najlepiej coś do jej pokoju, pani Jolanto. Lampkę albo półkę na książeczki, bo w nowym mieszkaniu wszystko będzie od zera. - Ożywiła się. - Wie pani, ja się tak cieszę, że tata z nami zamieszka. On po rozwodzie od sześciu lat wynajmuje kawalerkę w Ostrowcu. A bez niego bank by nam dał najwyżej na dwa pokoje. Tata wchodzi z nami do kredytu.
Cisza w słuchawce.
- Bartek pani nie mówił? - zapytała już ciszej.
Nie mówił.
Po tej rozmowie wyszłam z domu, choć było po ósmej. Nogi same zaniosły mnie na Bocianek. Bzy za garażami kwitły jak co roku, ktoś pomalował drzwi na zielono. Wyjęłam z torebki klucz taty, który ciągle nosiłam na kółku razem ze swoimi. Wsunęłam go w kłódkę. Nie pasował. Pan Zbigniew zmienił kłódkę - miał do tego pełne prawo.
Stałam tam z tym kluczem w ręku i dopiero wtedy wszystko ułożyło mi się w głowie. Moje pieniądze to był wkład. Pieniądze ojca Marty - zdolność kredytowa. Ojciec Marty dostał pokój. Ja dostałam kanapę, która się rozkłada.
Bartek przyszedł w sobotę, bo od miesiąca obiecywał wymienić mi uszczelkę w kranie. Klęczał pod zlewem, a ja postawiłam na stole słoik ze śrubkami.
- Rozmawiałam z Martą - powiedziałam.
Przestał kręcić kluczem. Długo nie wychodził spod zlewu.
- Mamo, ja chciałem ci powiedzieć.
- Kiedy? Jak już podpisałam u notariusza?
Wyszedł, usiadł na taborecie, wytarł ręce w spodnie, jak robił, kiedy miał dziesięć lat i stłukł szybę w piwnicy.
- Bo wiedziałem, jak to zabrzmi. Że ty dajesz, a on dostaje pokój. - Głos mu się załamał. - Mamo, mam trzydzieści cztery lata i bez dwóch rodziców nie stać mnie na mieszkanie dla własnego dziecka. Wiesz, jak to jest siedzieć w banku i słyszeć, że twoja pensja to za mało? Bałem się, że jak ci powiem o teściu, to się wycofasz. A bez twoich pieniędzy nie było wkładu.
Bałem się, że się wycofasz. Czyli policzył mnie. Jak pozycję w tabelce, którą trzeba dopiąć przed spotkaniem w banku.
- Ja nie chciałam pokoju, Bartek - powiedziałam w końcu. Ręce mi drżały, słoik zabrzęczał, kiedy go przesunęłam. - Chciałam, żebyś mi powiedział prawdę, zanim oddałam garaż dziadka.
Kran kapał. Nikt z nas go nie zakręcił.
- Przepraszam - powiedział tak cicho, że prawie nie usłyszałam.
Przez cały tydzień nie spałam. A w następną niedzielę pojechałam do nich na obiad z teczką. Byli wszyscy, Ryszard też - przyjechał z Ostrowca obejrzeć wykończenia. Kiedy Marta postawiła na stole sernik, wyjęłam kartkę i położyłam ją obok talerza Bartka.
- To umowa pożyczki - powiedziałam. - Pięćdziesiąt dwa tysiące. Oddajesz w ratach, na jakie cię stać, ale co miesiąc. Garażu dziadka już nie odzyskam, ale nie będę udawać, że go oddałam z radością.
Bartek poczerwieniał aż po uszy.
- Mamo, poważnie? Własnemu synowi? Przy ludziach?
Marta patrzyła w obrus, jak tamtej niedzieli. Hania rysowała flamastrem kotka na serwetce. Cisza zrobiła się taka, że słychać było lodówkę.
I wtedy Ryszard sięgnął po kartkę. Przeczytał ją powoli, zdjął okulary.
- Pani Jolanta ma rację - powiedział. - Ja co miesiąc spłacam swoją część bankowi i mam za to pokój. Pani dała więcej niż ja, a nie ma nic. - Spojrzał na zięcia. - Połowę rat pani Jolancie będę oddawał ja. Skoro siedzę w gabinecie, to niech ten gabinet ma swoją cenę. A jak pani przyjedzie do Hani, to ja śpię na kanapie.
Bartek siedział z długopisem w ręku dłuższą chwilę. Potem podpisał. Pod spodem, mniejszymi literami, podpisał się Ryszard.
Pierwszy przelew przyszedł dziesiątego sierpnia. W tytule Bartek wpisał sam, bez mojej prośby: "Za garaż dziadka. Przepraszam". Wydrukowałam to potwierdzenie i schowałam do słoika ze śrubkami.
Za garaż płaciłam podatek dwa razy w roku i nikt nigdy nie zapytał, ile mnie to kosztuje. Teraz co miesiąc to ja dostaję przelew - i za każdym razem przypomina mi, że matka też ma prawo powiedzieć "nie za darmo".