Po śmierci mamy pojechałyśmy z siostrą do notariusza w Nowym Sączu. Zapytałam o dom w Krynicy, w którym spędzałyśmy każde wakacje. Notariusz przejrzał papiery: "Dom został darowany w 2019 roku. Obdarowana siedzi obok pani".
- Dom został darowany w dwa tysiące dziewiętnastym roku - powiedział notariusz, nie odrywając wzroku od monitora. - Obdarowana siedzi obok pani.
Przez sekundę myślałam, że się przesłyszałam. Że to jakiś prawniczy zwrot, którego zwykły człowiek nie rozumie. Odwróciłam się do Joli. Moja młodsza siostra siedziała z torebką na kolanach i wpatrywała się w blat biurka tak uważnie, jakby liczyła słoje w drewnie.
- Jola?
Nie odpowiedziała. Pan rejent zsunął okulary na czubek nosa i zaczął tłumaczyć - spokojnie, jak dziecku. Że sprawdził księgę wieczystą, że to jawny rejestr, że właścicielką nieruchomości w Krynicy-Zdroju od stycznia dwa tysiące dziewiętnastego roku jest Jolanta Sowa, na podstawie umowy darowizny. Że do spadku po naszej mamie wchodzi mieszkanie przy Lwowskiej i rachunek w banku. Domu w spadku nie ma.
Nie pamiętam, jak podpisywałam akt poświadczenia dziedziczenia. Pamiętam tylko długopis na łańcuszku, zapach kawy z sekretariatu i to, że ręka mi drżała tak, że podpis wyszedł jak u staruszki.
Na schodach złapałam ją za łokieć.
- Sześć lat - powiedziałam. - Sześć lat i ani słowa.
- Ela, nie tutaj. Proszę cię. Nie na ulicy.
- A gdzie? Na cmentarzu, przy mamie?
Wyrwała rękę i poszła w stronę parkingu. Wsiadłam do swojego samochodu - przyjechałam z Wrocławia, pięć godzin drogi, jak zawsze sama, bo Andrzej nie mógł wziąć wolnego. Myślałam, że Jola pojedzie do siebie, na Millenium. Ale na rondzie skręciła na Krynicę.
Jechałam za jej srebrną skodą przez Kamionkę i Muszynę, a w głowie przewijały mi się obrazy jak ze starego rzutnika. Drewniany dom, który zbudował jeszcze dziadek. Weranda pachnąca żywicą. Mama w fartuchu, lepiąca pierogi z jagodami na ceracie w kratkę. Pokoik na poddaszu, gdzie spałyśmy z Jolą na jednym tapczanie i kłóciłyśmy się o koc. Potem moje dzieci w tym samym pokoiku. Potem coraz rzadziej, bo praca, bo wnuki, bo ostatnie dwa lata Chorwacja, bo tak chciała synowa.
I co tydzień telefon do mamy.
- A dom? Wszystko w porządku?
- A co ma być nie w porządku, Elu? Stoi.
Stał. Tylko już nie był jej.
Jola zaparkowała pod furtką. Weranda była świeżo pomalowana na miodowy kolor, w oknach nowe plastikowe ramy. Zauważyłam to dopiero teraz, choć przecież musiały tu być od lat. Siostra wyjęła z torebki pęk kluczy i otworzyła drzwi tak zwyczajnie, jakby wracała z zakupów. Bo wracała. Do siebie.
W kuchni nastawiła wodę na herbatę. Stałam w progu, nie zdejmując płaszcza.
- Mów.
- Mama sama chciała - powiedziała do czajnika, nie do mnie. - Przyszła do mnie po świętach, w osiemnastym. Pamiętasz, co powiedziałaś w wigilię?
- Co niby powiedziałam?
- Przy zmywaniu. Że jak mamy zabraknie, to dom trzeba będzie sprzedać, bo kto by tu jeździł. I że Andrzej już nawet pytał znajomego, ile by za taką działkę w Krynicy dali.
Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i zamknęłam je. Bo pamiętałam. Po drugim kieliszku wina, z rękami w pianie, rzucone tak sobie, w powietrze. Myślałam, że mama siedzi w pokoju przy telewizorze.
- Nie siedziała w pokoju - Jola jakby czytała mi w myślach. - Stała w przedpokoju. Potem tydzień nie spała. Przyjechała do mnie z teczką dziadka i powiedziała: "Zapiszę na ciebie, ty nie sprzedasz. Tylko Eli nic nie mów, bo będzie wojna, a ja wojny w rodzinie nie przeżyję."
- I ty się zgodziłaś.
- A co miałam zrobić?! - pierwszy raz podniosła głos. - Kłócić się z nią? Ona miała siedemdziesiąt cztery lata i trzęsły jej się ręce! Wiesz, ile razy chciałam ci powiedzieć? Co lato. Jak dzwoniłaś, że nie przyjedziecie, to mi ulżyło. Rozumiesz? Ulżyło mi, że nie muszę ci patrzeć w oczy.
Czajnik zagwizdał. Żadna z nas go nie zdjęła.
- W dwudziestym pierwszym przelałam mamie trzy tysiące na dach - powiedziałam cicho. - Na twój dach, jak się okazuje.
- Twoje trzy tysiące są w tym dachu. Reszta, dwadzieścia osiem, jest moja. Odłożona na samochód. - Wyłączyła wreszcie gaz. - Podatek od nieruchomości też płacę ja. Mama ci mówiła, że płacę, bo mam bliżej. To akurat była prawda.
Usiadłam na taborecie. Ten sam taboret, na którym mama kroiła mi kanapki przed wyjściem nad potok. Patrzyłam na siostrę i nie wiedziałam, kogo bardziej mam za złe. Ją, że milczała. Mamę, że kazała jej milczeć. Czy siebie - że przez sześć lat ani razu nie zapytałam o nic więcej niż "czy stoi".
Bo najgorsze nie było to, że dom należy do Joli. Najgorsze było to, że mama mi nie ufała. I że może miała rację.
Zostałam na noc. Nie miałam siły wsiadać za kierownicę. Jola pościeliła mi na poddaszu, w naszym dawnym pokoiku, i bez słowa zeszła na dół. Leżałam pod kocem, o który kiedyś się biłyśmy, i w telefonie czytałam o zachowku. Że darowiznę dla spadkobiercy dolicza się bez względu na to, ile lat minęło. Że mam pięć lat na pozew. Że mogłabym zażądać od siostry pieniędzy.
Wyobraziłam sobie salę sądową. Jolę z tą samą torebką na kolanach. Siebie z adwokatem z Wrocławia. Mamę, która na to patrzy - i która właśnie tego bała się najbardziej.
Rano Jola siedziała przy stole nad kartką wyrwaną z zeszytu. Pisała coś i skreślała.
- Dzwoniłam do kancelarii - powiedziała, kiedy zeszłam. - Mogę ci darować połowę. Termin jest na czternastego. Mama by mnie zabiła. Ale mamy nie ma, a ty jesteś.
Patrzyłam na tę kartkę. Na jej krzywe pismo, takie samo jak w szkole. Na podkrążone oczy. Ona też nie spała.
- Nie chcę połowy - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak pewnie to zabrzmiało. - Andrzej by za dwa lata zaczął mówić o pośredniku. A ja bym się w końcu zgodziła. Znam siebie.
- To czego chcesz?
- Klucza. Tylko klucza. I żebyś mi już nigdy niczego nie mówiła "do czajnika".
Jola zdjęła z pęku jeden klucz - ten z czerwoną włóczkową pętelką, którą mama przywiązywała, żeby się nie mylił z kluczem do piwnicy. Położyła go na ceracie i przesunęła w moją stronę. Leżał chwilę między nami, a potem wzięłam go do ręki. Był ciepły od jej kieszeni.
W lipcu przyjechałam. Spałam na poddaszu, ona w pokoju mamy. Lepiłyśmy pierogi z jagodami, chodziłyśmy deptakiem do pijalni, kłóciłyśmy się o to, czy zasłony mają być żółte. O darowiźnie nie rozmawiałyśmy ani razu.
Nie wybaczyłam jej do końca. Mamie chyba też nie. Ale co wieczór, kiedy zamykałam za sobą furtkę, czerwona pętelka przypominała mi, że mama bała się wojny bardziej niż utraty domu.
Notariusz przejrzał nasze papiery w kwadrans. Nam przejrzenie siebie nawzajem zajmie pewnie resztę życia.