Przepisałam synowi mieszkanie w Bytomiu w zamian za dożywocie - "będziesz spokojna do końca, mamo". W marcu do skrzynki przyszło rozliczenie wody ze spółdzielni, ale nie na syna, tylko na jakiegoś Pawła Wróbla. Zadzwoniłam do syna. "Mamo, przecież dla ciebie nic się nie zmienia, pan Wróbel kupił mieszkanie razem z tobą".
Stałam przy skrzynkach na parterze, jeszcze w płaszczu, z siatką z Biedronki opartą o kolano, i czytałam nazwisko na kopercie trzeci raz. "Pan Paweł Wróbel". Mój adres, mój numer mieszkania, moje piętro. Tylko człowiek nie mój.
Pomyślałam najpierw, że spółdzielnia coś pomieszała. Czterdzieści lat przepracowałam w księgowości, wiem, ile błędów robi się przy przepisywaniu danych. Otworzyłam kopertę na schodach, bo nie wytrzymałam do trzeciego piętra. Rozliczenie zużycia wody za drugie półrocze, niewielka niedopłata. Właściciel lokalu: Paweł Wróbel. Od grudnia.
W kuchni postawiłam siatkę na podłodze, nawet nie wyjęłam masła do lodówki. Wybrałam numer Grzesia.
- No, mamo, co tam? - Był w samochodzie, słyszałam kierunkowskaz.
- Grzesiu, przyszło pismo ze spółdzielni. Na jakiegoś Wróbla.
Cisza. Kierunkowskaz tykał dalej.
- Mamo... przecież dla ciebie nic się nie zmienia. Pan Wróbel kupił mieszkanie razem z tobą. To znaczy... z dożywociem. Ty tam mieszkasz, jak mieszkałaś. To jest wszystko w akcie, wszystko zabezpieczone.
- Kupił? - powtórzyłam. - Kiedy kupił?
- Mamo, ja nie mogę teraz rozmawiać, jestem na A1. Przyjadę w niedzielę, wszystko ci wytłumaczę. Naprawdę nic się nie zmienia.
Rozłączył się, zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek więcej. Masło zaczęło mięknąć na podłodze w siatce, a ja siedziałam przy stole i patrzyłam na kaloryfer, na którym Kazik jeszcze w zeszłym życiu wieszał rękawiczki.
Kazik umarł cztery lata temu. Zostałam sama w trzech pokojach na Szombierkach, z meblościanką, którą razem wybieraliśmy w osiemdziesiątym szóstym, i z balkonem, na którym co roku sadziłam pelargonie. Grześ przyjeżdżał wtedy z Katowic co weekend. Nosił zakupy, wymieniał żarówki, siedział ze mną przy herbacie dłużej, niż musiał.
To on wymyślił dożywocie. Pamiętam, jak tłumaczył przy tym samym stole:
- Mamo, darowizna to głupota. Przy dożywociu jesteś chroniona na papierze. Ja się zobowiązuję, że będę o ciebie dbał, i to jest wpisane do księgi wieczystej. Nikt ci tego nie odbierze. Będziesz spokojna do końca, mamo.
Pojechaliśmy do notariusza na Piekarską. Podpisałam. Wierzyłam mu, bo był moim synem i bo przez całe życie nie dał mi powodu, żebym nie wierzyła.
Tamtego wieczoru wyjęłam akt notarialny z teczki w szafie, tej z dokumentami Kazika. Odnalazłam numer księgi wieczystej i weszłam na stronę ministerstwa. Wnuczka kiedyś pokazała mi, jak się sprawdza takie rzeczy, a ja cyferek nigdy się nie bałam.
Wszystko tam było. Czarno na białym. Dział drugi - właściciel: Paweł Wróbel, umowa sprzedaży z grudnia. Dział trzeci - prawo dożywocia na rzecz Jadwigi, czyli moje. Zostało. Grześ nie kłamał, że jestem zabezpieczona. Skłamał tylko o tym, że jestem jego matką, a nie przeszkodą w transakcji.
I wtedy, przy tym ekranie, zaczęłam układać rzeczy, których wcześniej nie chciałam układać. Że od jesieni przyjeżdżał co trzeci tydzień, a nie co tydzień. Że w listopadzie sprzedał swoją skodę i jeździł służbowym autem kolegi. Że na Wigilii był szary na twarzy i wyszedł przed pasterką, mówiąc, że boli go głowa. Że przed Nowym Rokiem pytał niby mimochodem, czy "jakby ktoś dzwonił w sprawie mieszkania, to mam mu po prostu dać jego numer".
W niedzielę przyszedł z ciastem z cukierni, jakby to były imieniny. Postawił je na stole i nie usiadł.
- Siadaj - powiedziałam. - Herbaty nie będzie, dopóki nie powiesz prawdy.
Usiadł. Długo obracał w palcach łyżeczkę.
- Firma mi padła, mamo. Jeszcze w zeszłym roku. Wziąłem kredyt na sprzęt, potem dwa duże zlecenia nie zapłaciły. Sto czterdzieści tysięcy. Monika wie tylko o połowie. Przychodziły pisma, groziło mi, że wejdą na pensję, na wszystko... - Głos mu się złamał. - Ludzie kupują takie mieszkania. Z dożywociem. Taniej, dużo taniej, bo czekają. Pan Wróbel to normalny człowiek, sprawdziłem go. Mamo, ja nie miałem wyjścia.
- Mogłeś przyjść do mnie.
- I co? - Podniósł wreszcie oczy. - Powiedzieć ci, że twój syn jest bankrutem? Że tata by się wstydził? Wolałem, żebyś nie wiedziała. Myślałem... myślałem, że ty nigdy się nie dowiesz. Że będziesz tu sobie mieszkać spokojnie i...
Nie dokończył. Obydwoje wiedzieliśmy, jak kończy się to zdanie. I że pan Wróbel też wie.
Najdziwniejsze było to, że mu współczułam. Siedział przede mną czterdziestosiedmioletni mężczyzna z siwymi skroniami, a ja widziałam dziesięciolatka, który schował dzienniczek z jedynką pod wycieraczkę, bo bał się ojca. Tylko że teraz pod wycieraczką leżało moje życie.
W kwietniu zadzwonił domofon. Niski, krępy mężczyzna koło pięćdziesiątki, w kurtce z kapturem, z teczką pod pachą.
- Pani Jadwiga? Paweł Wróbel. Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Spółdzielnia mi powiedziała, że pani się... że pani dostała moją korespondencję. Chciałem się przedstawić. Żeby pani nie myślała, że ktoś tu się czai.
Wpuściłam go do kuchni, bo nie umiem nie wpuścić człowieka, który stoi w moich drzwiach. Nie zdjął kurtki. Powiedział, że jest elektrykiem, ma swoją małą firmę w Chorzowie, że kupił już dwa takie mieszkania i to jest jego emerytura, bo na ZUS nie liczy.
- Syn pani mówił, że pani o wszystkim wie - powiedział cicho. - Gdybym wiedział, że nie...
- To co? Nie kupiłby pan?
Milczał chwilę. Potem pokiwał głową, uczciwie, bez uśmiechu.
- Kupiłbym. Ale bym przyszedł wcześniej.
- Pan czeka, aż umrę - powiedziałam. Nie pytałam.
- Ja mam córkę, pani Jadwigo. Kiedyś to będzie dla niej. Kiedy - to nie ja decyduję. I naprawdę wolałbym, żeby pani żyła długo. Wtedy przynajmniej nikt mi nie powie, że zarobiłem na czyimś nieszczęściu.
Dziwnie to zabrzmiało. A jednak mu uwierzyłam bardziej niż własnemu synowi w grudniu.
Następnego tygodnia poszłam do kancelarii na Rynku. Pani mecenas, młoda dziewczyna z warkoczem, przeczytała akt i powiedziała to, co chciałam usłyszeć, i to, czego się bałam. Że z mieszkania nikt mnie nie ruszy, bo moje prawo jest wpisane w księgę. I że to, co Grześ obiecał w akcie - utrzymanie, pomoc, opieka w chorobie, godny pogrzeb - to nie były słowa przy herbacie. To jest jego zobowiązanie. Mogę go z niego rozliczyć.
Nie poszłam z tym do sądu. Napisałam list. Odręcznie, jak kiedyś pisało się do wojska. Przepisałam z aktu notarialnego wszystkie punkty, jeden pod drugim, i dopisałam na dole: "Od dzisiaj robisz to naprawdę. Nie przez telefon i nie przelewem. Osobiście. W każdą niedzielę. A Monice powiesz całą prawdę, bo ja jej nie będę okłamywać za ciebie".
Przyjeżdża. Od maja nie opuścił ani jednej niedzieli. Nosi zakupy, wymienia filtr w kranie, siedzi ze mną przy herbacie. Rozmawiamy mniej niż kiedyś i trochę ostrożniej, jak ludzie, którzy wiedzą o sobie za dużo. Monika przyjechała w czerwcu sama, bez niego, i długo płakała w moim przedpokoju. Wybaczyłam jej, że nie wiedziała. Jemu jeszcze nie wybaczyłam, i on to wie.
Rozliczenie wody przychodzi teraz regularnie, na pana Wróbla. Otwieram je, sprawdzam zużycie, płacę swoją część i odkładam kopertę na lodówkę pod magnes z Kołobrzegu.
Dwóch mężczyzn czeka na koniec mojego życia - jeden z kalkulatorem, drugi ze wstydem. A ja kupiłam w tym roku nowe pelargonie i zamierzam je podlewać jeszcze bardzo długo.