Od października odbieram wnuka z przedszkola i siedzę z nim do wieczora - "tylko na zimę, mamo, w marcu wraca pani Gosia". Wczoraj Kubuś przy kolacji oznajmił, że pani Gosia już nie wróci. "Tata mówi, że babcia jest lepsza, bo nie trzeba jej płacić i nie chodzi na L4"
- Babciu, a pani Gosia już do nas nie przyjdzie.
Kubuś powiedział to z buzią pełną naleśnika, tak zwyczajnie, jakby mówił, że w przedszkolu były na obiad pulpety. Akurat polewałam mu drugiego śmietaną z cukrem i łyżka zawisła mi nad talerzem.
- Jak to nie przyjdzie, kochanie? W marcu wraca. Przecież już mamy marzec.
- Nie wraca. - Wzruszył ramionami i oblizał palec. - Tata mówił mamie, że babcia jest lepsza, bo babci nie trzeba płacić i babcia nie chodzi na L4.
Wyrecytował to starannie, słowo w słowo, jak wierszyk na Dzień Babci. Nawet to "L4" wymówił z namaszczeniem, choć na pewno nie miał pojęcia, co znaczy. Ja miałam. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości spółdzielni mieszkaniowej na Ratajach i przez moje biurko przeszło więcej zwolnień lekarskich, niż mój wnuk zjadł w życiu naleśników.
Odłożyłam łyżkę. Za oknem ktoś trzepał dywan, pierwszy raz od jesieni. Na parapecie w słoiku stały gałązki forsycji, które Kubuś sam wybrał na targu i które dopiero co się rozwinęły. A ja siedziałam w małej kuchni syna na Winogradach i liczyłam w myślach. Październik, listopad, grudzień, styczeń, luty. Codziennie o piętnastej pod przedszkolem. Codziennie do siódmej, a czasem do ósmej, kiedy Ania utknęła w korku albo Piotrek "musiał jeszcze coś dokończyć".
- Babciu, a mogę jeszcze jednego?
- Możesz, synku.
Usmażyłam mu jeszcze jednego. Ręce robiły swoje, a w głowie kręciło mi się to jedno zdanie. I wcale nie najbardziej bolało "nie trzeba płacić". Najbardziej bolało "lepsza". Tak się mówi o pralce. O odkurzaczu, który rzadziej się psuje.
Piotrek przyszedł do nas w pierwszą niedzielę października. Z sernikiem z cukierni - i to powinno było dać mi do myślenia, bo mój syn od studiów nie przyniósł do domu żadnego ciasta.
- Mamo, mam taką prośbę... Pani Gosia musi wyjechać do córki do Niemiec, tam wnuczek ma się urodzić. Do marca. Mogłabyś odbierać Kubę? Tylko na zimę.
Jerzy odezwał się zza gazety, nie podnosząc głowy:
- Teresa się właśnie zapisała na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Czwartki ma zajęte.
- Jurek, daj spokój - machnęłam ręką. - Wykłady nie zając, nie uciekną. Dziecko jest ważniejsze.
Byłam na dwóch. Historia sztuki, sala na pierwszym piętrze, pani doktor z siwym kokiem opowiadała o romańskich kościołach tak, że zapomniałam, że mam sześćdziesiąt trzy lata. Na trzeci już nie poszłam. Zeszyt w kratkę, kupiony specjalnie, przeleżał zimę w szufladzie z rachunkami.
Teraz, nad tą patelnią, przypominały mi się rzeczy, które przez zimę puszczałam mimo uszu. Jak Ania w grudniu zapytała w przedpokoju: "A mama nie jest zmęczona?" - i Piotrek wszedł jej w słowo, że przecież mama lubi.
Jak w lutym spytałam, czy pani Gosia potwierdziła powrót, a on odpowiedział "tak, tak, wszystko ustalone", patrząc w telefon. Numeru do niej nigdy nie miałam. Wszystko załatwiali oni. Ja tylko odbierałam, karmiłam, czytałam o Muminkach i wychodziłam, kiedy w zamku zgrzytał klucz.
Ania wróciła pierwsza, za dwadzieścia siódma. Zobaczyła moją twarz i od razu odstawiła torbę na podłogę.
- Coś z Kubą?
- Z Kubą nic. Kuba mi powiedział, że pani Gosia nie wróci.
Usiadła na taborecie w kurtce. Długo nic nie mówiła.
- Piotr mówił, że mama sama zaproponowała - odezwała się w końcu cicho. - Że mama się nudzi na emeryturze i tylko czeka, żeby ktoś jej potrzebował. Ja... Myślałam, że mama wie. Że pani Gosia skończyła u nas we wrześniu.
- Dlaczego?
- Bo w zeszłym roku była siedem razy na zwolnieniu. Raz ona, raz jej mąż, raz wnuczka. A ja za każdym razem brałam wolne, aż kierowniczka powiedziała mi wprost, że następnym razem pogadamy inaczej. A potem rata nam skoczyła... - Rozłożyła ręce. - Nie zwolniliśmy jej przez pieniądze, mamo. Znaczy... też przez pieniądze.
Piotrek przyszedł pół godziny później. Usłyszał, że w kuchni jest za cicho, i stanął w drzwiach, jeszcze w butach. Kubuś w pokoju oglądał bajkę, przez ścianę dochodziła piosenka o strażaku.
- Synku - powiedziałam. - Ja nie jestem pralką.
Nie krzyczałam. Chyba wolałby, żebym krzyczała. Zrobił się czerwony, tak jak w podstawówce, kiedy przynosił do podpisu uwagi w dzienniczku.
- Mamo, ja to powiedziałem głupio. Jako żart, przy Ani, nie wiedziałem, że on słucha...
- Ale powiedziałeś. I wcześniej powiedziałeś mi "do marca".
Oparł się o futrynę.
- Bałem się, że jak powiem, że na stałe, to odmówisz. Że tata ci wybije z głowy. A jak powiem do marca, to... to się przyzwyczaisz. Kuba się przyzwyczai. I jakoś to będzie. - Przetarł twarz dłonią. - Mamo, ja mam trzydzieści sześć lat, jestem inżynierem i nie stać mnie na nianię. Wiesz, jak to się mówi na głos? Nijak. Łatwiej było nakłamać.
I to było najgorsze - że go rozumiałam. Że w tym jego "łatwiej" było coś mojego. Ja też przez całe życie wolałam powiedzieć "nic się nie stało", niż przyznać, że się stało.
Wstałam i zdjęłam płaszcz z wieszaka. Ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam trafić w rękaw, i Ania bez słowa mi go przytrzymała. Z pokoju wybiegł Kubuś w skarpetkach.
- Babciu, a jutro przyjdziesz?
W przedpokoju zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak w łazience kapie kran.
- Jutro przyjdę, Kubuś.
W tramwaju na Rataje patrzyłam na swoje odbicie w szybie i nie wiedziałam, czy jestem bardziej zła na syna, czy na siebie.
Jerzy nie powiedział "a nie mówiłem". Zrobił herbatę z cytryną, postawił przede mną i położył obok ulotkę Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Tę z października. Przez całą zimę trzymał ją w swojej szufladzie, pod instrukcją od telewizora.
- Nowy cykl z historii sztuki rusza po świętach - powiedział tylko. - Sprawdzałem.
Następnego dnia odebrałam Kubę jak zawsze. A w niedzielę Piotrek przyszedł do nas na obiad. Bez sernika. Usiadł przy stole i czekał, aż odezwę się pierwsza.
- Poniedziałek, wtorek, środa - jestem - powiedziałam. - Czwartek i piątek nie. W czwartki mam wykłady, a piątki są moje. Mogę iść do fryzjera, mogę do koleżanki, mogę leżeć z książką. I nie będę się z tego tłumaczyć.
- A kto w czwartki...
- Zadzwoń do pani Gosi. Może weźmie dwa dni. Dwa dni to nie pięć.
Zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru. Okazało się, że pani Gosia od zimy sprząta biura do południa i dwa popołudnia w tygodniu bardzo jej pasują. Ania przyznała potem, że i tak wychodzi taniej niż każdy jej wolny dzień na dziecko. Piotrek zapłacił za mój semestr. Nie oponowałam. Uznałam, że po pięciu miesiącach to nie prezent, tylko rozliczenie - a rozliczenia lubię mieć czyste.
W pierwszy czwartek po Wielkanocy siedziałam w drugim rzędzie z zeszytem w kratkę, a pani doktor z siwym kokiem pokazywała katedrę w Chartres. Wieczorem zadzwonił Kubuś.
- Babciu, a czemu dzisiaj nie przyszłaś?
- Bo babcia miała szkołę.
- Babcie chodzą do szkoły? - zdziwił się.
- Ta babcia chodzi.
Na L4 rzeczywiście nie chodzę. Ale w czwartki mnie nie ma - i to już nie podlega negocjacjom.