Mąż odszedł do innej w 2014 roku, a jego mama została sama w bloku w Częstochowie. Przez dziesięć lat co sobotę robiłam jej zakupy i woziłam ją do kardiologa, bo syn "miał nową rodzinę". Na otwarcie testamentu były mąż przyszedł z żoną i w poczekalni pytał, ile metrów ma balkon. Mieszkanie zapisała mnie.
- Ela, a ten balkon u mamy to ile ma? Cztery metry? Pięć? Bo Monika mówi, że jakby go obudować, to by wyszedł pokoik dla małej.
Janusz zapytał o to w poczekalni kancelarii notarialnej przy Alejach, między automatem z wodą a fikusem w plastikowej doniczce. Zwyczajnie, jakby pytał o pogodę. Jego żona siedziała obok z telefonem na kolanach i kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku.
Patrzyłam na niego i nie mogłam wydobyć słowa. Trzy tygodnie wcześniej staliśmy nad grobem jego matki na Kulach. Płakał wtedy, naprawdę płakał, widziałam. A teraz mierzył balkon, na którym Irena co roku w maju sadziła pelargonie, bo "bez czerwonego na balkonie to jak bez firanek".
- Nie wiem, Janusz. Nie mierzyłam.
- Jak to nie wiesz? Przecież ty tam co tydzień byłaś.
Co tydzień. Powiedział to lekko, prawie z uznaniem, jakby chwalił mnie za sumienność. Monika wreszcie podniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie uprzejmie. Ma czterdzieści sześć lat, zadbane paznokcie i córkę w piątej klasie. Nigdy nie była dla mnie niemiła. To chyba było najgorsze.
Po co tu jestem, wiedziałam tylko z grubsza. Dwa tygodnie wcześniej zadzwoniła pani z kancelarii. Że pan Janusz umówił się na poświadczenie dziedziczenia, że jego mama sporządziła u nich testament w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku i że jestem w nim wymieniona, więc powinnam być obecna. Nic więcej nie mogła powiedzieć. Ja też nie dopytywałam. Myślałam: pewnie kryształowa patera. Albo zegar ze ściany w dużym pokoju, który zawsze chwaliłam.
Janusz najwyraźniej myślał to samo. Dlatego pytał o balkon.
Odszedł w październiku dwa tysiące czternastego. Spakował dwie walizki i komputer, po resztę przyjechał później. Mieliśmy za sobą dwadzieścia cztery lata małżeństwa, dwoje dorosłych dzieci i mieszkanie na Tysiącleciu, które zostało przy mnie, bo on "nie chciał się kłócić". Monika pracowała w Katowicach, była w ciąży. Wyprowadził się do niej i w praktyce wyprowadził się też z Częstochowy.
Irena zadzwoniła wtedy do mnie pierwsza. Nie do niego.
- Elżbieto, coś ty mu zrobiła? - to były jej pierwsze słowa.
Nie odzywałyśmy się do siebie przez pół roku. A potem, któregoś marca, zadzwoniła pani Zosia z jej piętra. Że Irena od trzech dni nie schodzi po chleb, że jakaś szara na twarzy, że syn nie odbiera. Pojechałam po lekcjach, jeszcze z dziennikiem w torbie. Zawiozłam ją do przychodni. Migotanie przedsionków, leki, kontrola za miesiąc.
- Ela, ja teraz nie dam rady, mała ma zapalenie oskrzeli, Monika sama nie ogarnie - powiedział mi wtedy Janusz przez telefon. - Dzięki, że pojechałaś. Naprawdę.
I tak się zaczęło. Soboty. Lidl, apteka, piekarnia na rogu, bo tylko tam był chleb "jak dawniej". Raz w miesiącu kardiolog. Irena siadała z przodu, z torebką na kolanach, i komentowała każdego kierowcę na Krakowskiej. Uczyłam matematyki w podstawówce trzydzieści lat, więc myślałam, że cierpliwości mam pod dostatkiem. Przy Irenie musiałam ją sobie dorabiać co tydzień od nowa.
Nigdy mnie nie przeprosiła za tamten telefon. Ale kiedyś, w poczekalni u kardiologa, powiedziała nagle, patrząc w ścianę:
- Ja go tak wychowałam. Że mu wszystko wolno. Ojciec chciał go trzymać krócej, a ja nie dałam.
Janusz przyjeżdżał na święta. Przywoził bombonierkę, siedział dwie godziny i patrzył na zegarek. Po jego wyjściu Irena mówiła tylko: "Widziałaś? Nawet płaszcza nie zdjął".
Czy robiłam to dla niej? Uczciwie - na początku chyba trochę na złość jemu. Żeby każda sobota była wyrzutem, którego on nawet nie zauważał. Potem przestałam liczyć, dla kogo to robię. Po prostu była sobota.
- Państwo zapraszam - notariuszka wychyliła się z gabinetu.
Była po sześćdziesiątce, okulary na łańcuszku, głos jak u dyrektorki szkoły. Odczytała dane, datę, wszystkie formułki. A potem jedno zdanie, którego nie zapomnę do końca życia:
- "Do całego spadku powołuję moją byłą synową, Elżbietę. Dziękuję jej za wszystkie soboty."
Cisza była taka, że słyszałam, jak w sąsiednim pokoju ktoś zszywa dokumenty. Janusz siedział nieruchomo. Ucho zrobiło mu się czerwone - tak samo, jak dwadzieścia lat temu, kiedy syn przyłapał go na kłamstwie o zepsutym samochodzie. Kręcił obrączką na palcu, w kółko, w kółko.
- Przepraszam - odezwała się Monika. - To w ogóle jest możliwe? Była synowa? Przecież on jest jedynym dzieckiem.
- Spadkodawczyni mogła powołać do spadku każdą osobę - notariuszka zdjęła okulary. - Synowi przysługuje roszczenie o zachowek. To już ewentualnie sprawa do załatwienia między państwem albo przed sądem.
- Czyli połowa wartości - powiedziała Monika cicho. Widziałam, że już liczy.
Janusz nie powiedział nic. Podpisał, gdzie trzeba, i wyszedł pierwszy. Na schodach Monika rzuciła do niego, że trzeba iść do prawnika, jeszcze w tym tygodniu.
- Monia, idź do samochodu - powiedział. Poszła.
Zostaliśmy sami na chodniku. Kwitły kasztany, ludzie szli w stronę Jasnej Góry.
- Ile razy była u tego kardiologa? - zapytał.
- Nie wiem. Raz w miesiącu. Czasem częściej.
Kiwnął głową i odszedł. Nawet się nie pożegnał.
Tydzień później zaczęłam porządkować mieszkanie. W szufladzie meblościanki, pod serwetkami szydełkowymi, znalazłam teczkę z wyciągami z banku. Ułożone rocznikami, spięte gumką. Przeglądałam je bez celu, aż zobaczyłam powtarzającą się linijkę. Co miesiąc, od dwa tysiące piętnastego roku, przelew od Janusza. Tytuł: "mama".
Usiadłam na wersalce i siedziałam tak dobre pół godziny. Przez dziesięć lat byłam pewna, że nie dawał jej nic. Irena nigdy o tym nie wspomniała. Ani razu. Nawet kiedy narzekała na ceny leków.
Zadzwoniłam do niego wieczorem.
- Płaciłeś jej. Przez wszystkie te lata.
Długo milczał.
- Płaciłem. Żeby nie musieć przyjeżdżać - powiedział w końcu. - Ona to dobrze wiedziała. Dlatego ci nie mówiła. Bała się, że mnie rozgrzeszysz.
- A Monika?
- Wie, że coś wysyłałem. Nie wie, jak długo. - Westchnął. - Ela, nie będę się domagał zachowku. Powiedziałem jej wczoraj. Jest wściekła, ale jej przejdzie.
- Janusz, to jest twoja matka. Masz do tego prawo.
- Mam prawo - powtórzył. - A ty masz dziesięć lat sobót. Wiesz, że ja byłem w tej przychodni raz? Raz, Ela. I nie pamiętam nawet, na którym piętrze.
Zaproponowałam, żeby przyjechał zabrać, co chce. Album ze zdjęciami, zegarek po ojcu, cokolwiek. Przyjechał w następną sobotę. Sam.
Chodził po mieszkaniu jak po muzeum, niczego nie dotykając. Wziął album i zegarek. A potem wyszedł na balkon i stał tam bardzo długo, z rękami opartymi o barierkę, patrząc na podwórko, na którym kiedyś grał w piłkę. Nie przeszkadzałam mu.
Kiedy pojechał, wyjęłam z szuflady centymetr krawiecki Ireny i zmierzyłam ten balkon. Cztery metry i dwadzieścia centymetrów. Mieszczą się na nim dwa krzesła i skrzynka z kwiatami. Mieszkanie wynajmę studentce z politechniki - córka pani Zosi już pytała.
Ale pelargonie posadziłam. Czerwone, jak co roku w maju. Bo bez czerwonego na balkonie to jak bez firanek.